CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Średniowieczna crossfitowa bitwa

dodany przezKamil Timoszuk 10 kwietnia 2018 0 Komentarzy

Jak osiąga się sukces? Najczęściej robi się to dobrym planem, ciężką pracą i zaangażowaniem wielu osób. Jak się powtarza raz osiągnięty cel? Od tego weekendu mogą o tym opowiedzieć organizatorzy średniowiecznych zawodów crossfitowych w Rynie.

Jak to się dzieje, że gdy na polskiej scenie crossfitowej pojawiają się jakieś nowe zawody, to są one obdarzane różnym zaufaniem. Na jedne chętni walą drzwiami i oknami, a inne pozostają bez echa. Według mnie mają na to wpływ różne czynniki ale te najważniejsze to kto za daną imprezą stoi jako organizator, gdzie odbędzie się impreza oraz jak wiele można na niej wygrać.

Impreza Medieval Games debiutująca w 2017 roku, zdawała się spełniać wszystkie te trzy warunki. Przede wszystkim Bronisław Olenkowicz i Łukasz Trzonkowski byli gwarantem tego, że w Rynie nie będzie odstawionej żadnej fuszerki. W późniejszym czasie okazało się też, że za tymi dwoma panami stoi też Magda, bez której ta impreza prawdopodobnie by się nie odbyła. Bo to właśnie „jej” zamek stał się jednym z najbardziej nietypowych miejsc do tej pory, w jakim urządzono tego typu imprezę w tym kraju. A że na nagrody pieniężne jakie były do zgarnięcia też nie można było narzekać, to nic dziwnego, że cały projekt po prostu chwycił. Tak czasami jednak bywa, że gdy jedna edycja imprezy wyjdzie, to podczas kolejnej chce się udowodnić to, że można to zrobić jeszcze raz, jeszcze lepiej, z jeszcze większym rozmachem. I właśnie na tym wielu organizatorów najczęściej mówiąc wprost – wykłada się.

Po sukcesie z 2017 roku, było wiadomo, że dla wielu osób zawody Medieval Games 2018, będą imprezą niemal docelową. Taką, jaką był Amarok East Side Challenge przez 3 lata z rzędu. Zarówno dla zawodników, jak i kibiców, którzy zechcą obejrzeć te zawody na żywo. O kilku nowych pomysłach jakie zostaną wprowadzone w życie, dowiedzieliśmy się stosunkowo wcześnie. Tymi nowościami było dorzucenie kategorii Masters 40 i 45+ oraz Teams, która była prawdziwą perełką w tym roku. Ale o tym za chwilę 😉 Do tego też impreza wyszła po raz pierwszy poza mury zamku, za sprawą workoutu numer jeden polegającego na bieganiu. I jak stwierdził sam Bronek – największym zaskoczeniem tego biegania było to, że było to tylko i wyłącznie bieganie, bez żadnych udziwnień. To daje też do myślenia, że w tym całym crossfitowym pędzie, za tym aby było jak najciekawiej, a przez to czasem jak najdziwniej, zaskakiwać wszystkich potrafią rzeczy proste. Proste i jak się później okazało skuteczne. Sama trasa do biegania po której miałem okazję się przejść, była idealnie skrojona pod taką imprezę jak Medieval Games. Zresztą jeśli będzie trzecia edycja imprezy w Rynie to jestem za tym aby wyjść z większą ilością workoutów na świeże mazurskie powietrze. Te zaś w pierwszym workoucie najbardziej odpowiadało Marii Kurzawie, Annie Wiśniewskiej, Mateuszowi Wasilewskiemu i Aleksandrowi Błoszykowi, którzy wygrali bieganie na dystansie 4300 metrów.

Poprzez zwiększenie liczby kategorii zwiększono też liczbę dni rozgrywania imprezy z 2 do 3. Pierwszego dnia postanowiono też postawić na coś nie tylko wydolnościowego ale i siłowego. Dlatego drugim workoutem tego dnia była typowa drabina martwych ciągów. Drabina która udowodniła dwie rzeczy. Pierwszą z nich, że czego jak czego ale siły wielu polskim zawodnikom czy zawodniczkom nie brakuje. Śmiało można to stwierdzić, po tym jak drabiny kończące się na 250 kilogramach w Elite panów, 160 kilogramach Elite kobiet czy 220 Open panów były zamykane przez dobrych kilka osób, a wielu ocierało się właśnie o takie wyniki. Drugą rzeczą jaką udało się udowodnić tym workoutem było to, że podłoga w ryńskim zamku nie jest niezniszczalna, i wprowadzane obostrzenia w temacie rzucania sztangą nie są na wyrost. Swoją drogą to temat możliwości rzucania sztangą mam wrażenie, że w pewnym momencie urósł do rozmiarów do jakich urosnąć nie powinien. Głównie dlatego, że to organizator imprezy wyznacza jej zasady i standardy. I to może się wielu podobać lub nie, ale jeśli by dać władzę w ręce tylko zawodników, to jest niemal pewne że nie skończyłoby się to dobrze.

Drugi dzień zawodów był chyba jednym z najbardziej intensywnych crossfitowych dni w historii polskich imprez. To właśnie bowiem tego dnia, swoje kolejne workouty wykonywali uczestnicy rywalizacji Open i Elite, a do nich dołączyli jeszcze Mastersi wszystkich kategorii. Nic więc dziwnego, że aby to wszystko zmieścić w jednym dniu, imprezę trzeba było rozpocząć tuż po 7 rano. Po 14 kolejnych godzinach można było lekko zwariować 😉 Z całą pewnością nie można jednak stwierdzić, że były to godziny nudne lub nieciekawe. Bronisław Olenkowicz i Łukasz Trzonkowski po raz kolejny udowodnili, że jeśli chodzi o programowanie treningów na zawody są po prostu kozakami. Nikt bowiem po zakończonych Medieval Games 2018 nie może stwierdzić, że były to zawody nieciekawe lub co gorsza jednostronne. Każda z kategorii została przeczołgana wręcz pod każdym możliwym względem. Niemal każdy ewentualny brak umiejętności u zawodnika został wypunktowany i w naturalny sposób uwidoczniony, a każda zaleta miała możliwość zabłysnąć. Sprawdźcie to i przeanalizujcie sobie zresztą na portalu AthletesZone, gdzie dostępne są wszystkie treningi wraz z wynikami. Bardzo dobrym rozwiązaniem okazał się przygotowany pod te zawody rig, który dawał możliwości bardzo „telewizyjnej” i efektownej walki pomiędzy kolejnymi zawodnikami. Bardzo często było widać, jak kolejni startujący doskonale widzą kontem oka gdzie są ich rywale, i jak powinni się do tego „odnieść” tym co sami robią.

W rywalizacjach poszczególnych kategorii Masters nie brakowało zaciętych pojedynków czy kapitalnych momentów, które dosłownie rozgrzewały licznych kibiców na trybunach. Najgorętszym sektorem tego dnia był trybuna okupowana przez kibiców z Białegostoku. To oni bowiem mieli swoich dwóch faworytów, którym dopingowali w taki sposób, jaki ja czyli postronny obserwator bym sobie życzył na wszystkich imprezach. Tymi ludźmi byli Mariusz Gąsowski z CrossFit Białystok i Krzysztof Trochonowicz z CrossZone Białystok. Mariusz rzutem na taśmę w ostatnim workoucie w kategorii 40+ panów wyprzedził Michała Dwornika i wskoczył na najniższy poziom podium. Tuż przed nim znalazła się reprezentacja dwóch warszawskich boxów – Radosław Fijałkowski (CrossFit GCW) i Marcin Kołodziej (CrossFit R99).

W kategorii 45+ najlepszym zawodnikiem, a do tego showmanem został Krzysztof Trochonowicz. Wszystko przez jego piorunujący finisz w dwóch ostatnich workoutach, które wygrał. Sam zawodnik tym faktem był zaskoczony w półfinale do tego stopnia, że po skończonych ćwiczeniach jego radość sprawiła, że zamiast biec do mety, gdzie zatrzymywany jest czas, zaczął cieszyć się z kibicami 😉 Na szczęście przytomności nie zabrakło sędziemu, który w dosadny sposób pokazał mu drogę do celu. W finale natomiast, Krzysztof uzyskując przewagę mógł już na większym spokoju podążyć do mety tanecznym krokiem, dosłownie 😀

Kapitalne sportowe, a chwilami wręcz magiczne chwile, działy się też u pań i rywalizacji 35+. Tam Karolina Nowotka Szubska z bydgoskiego CB163, postarała się aby był to dla niej dobry weekend wygrywając po prostu swoją kategorię. Jednak po raz kolejny potwierdziła się teza, że nie zawsze trzeba być na pierwszym miejscu aby czuć się wygranym. To stwierdzenie idealnie pasuje do Justyny Zielińskiej z CrossFit Elektromoc. To właśnie ta zawodniczka w finale mierzyła się bar muscle upami. Przez długi czas nie wychodziła jej ta sztuka, ale na szczęście nie poddawała się i walczyła do samego końca. Raz za razem, po każdej nieudanej próbie wchodziła po raz kolejny i starała się raz jeszcze. Aż w końcu coś zaskoczyło. Przy owacji wszystkich kibiców w zamku, którzy niemal wchodzili na drążek razem z Justyną, udało się! Jej pierwszy bar muscle up zrobiony na zawodach stał się faktem 🙂 Jednak to nie był koniec, bo poniesiona energią kibiców Justyna, za chwilę zrobiła to po raz drugi! I może nie były to najpiękniej wykonane technicznie ruchy, ale w tej właśnie chwili to było po prostu MEGA! Poza tym, jeśli ktoś ma wrażenie, że to był czysty przypadek to chętnie wyprowadzę go z błędu. To był efekt ogromnej pracy włożonej w to, aby w tej chwili i w tym właśnie miejscu to zaprocentowało. Idealnie to można zobaczyć śledząc Justę i jej postępy na jej mediach społecznościowych. Jak dla mnie jest to idealna kandydatka do mojego wyróżnienia jakie przyznawałem na tych zawodach… 😉

Jeśli ktoś jeszcze nie miał dość CrossFitu po zmaganiach w piątek i sobotę, to w niedzielę dostał taką pigułę, że nie ma wręcz prawa po niej narzekać 🙂 Tego dnia do rozstrzygnięcia zostało to kto wygra kategorie Elite pań i panów oraz rywalizację drużynową. Aczkolwiek jeśli chodzi o starcia czołowych polskich zawodników i zawodniczek to tutaj za wiele emocji nie było. Mateusz Wasilewski i Maria Kurzawa potwierdzili swoją świetną formę, kontrolując te zawody od początku do końca. Mnie osobiście cieszy sukces Mateusza, bo jego powrót do rywalizacji crossfitowej uważam, że tylko podwyższa jej poziom w Polsce. I nawet jeśli było kilka innych gorących momentów, takich jak choćby 123 wall balle w 4 minuty Tomasza Żukowskiego, czy świetny pojedynek na sledy, to na tych zawodach mistrz był tylko jeden.

O Marii Kurzawie zaś napisano już ostatnio tyle, że nie wiem czy jest sens coś dodawać 😉 10 przygotowanych na te zawody workoutów i 10 wygranych – śmiało można to nazwać dominacją. I póki co, jestem przekonany o tym, że jeśli w danej polskiej imprezie nie wystartuje Gabi Migała, to taki scenariusz może się powtarzać w najbliższym czasie bardzo często. Czy to źle? W żadnym wypadku. Maria sobie na to miejsce w jakim się znajduje ciężko zapracowała, a teraz po prostu zbiera owoce swojej pracy. Już się nie mogę doczekać Regionalsów w Berlinie, które już za niewiele ponad miesiąc!

Na koniec zaś zostawiłem sobie prawdziwą truskawkę na torcie, która wymaga oddzielnego akapitu. Rywalizacja drużynowa, w wielu crosfitowych imprezach odnoszę wrażenie, traktowana jest po macoszemu. Taka trochę typowa zapchajdziura. A jak już się pojawia, to bardzo często ma ona niewiele wspólnego z współpracą w zespole. Bo co to za teamowe zawody w których każdy robi coś swojego, a później tylko sumuje się wszystkie wyniki? Ja tego nie kupuję. Dlatego tym bardziej autentycznie jaram się tym co zobaczyłem w Rynie. W wieczór poprzedzający start Medieval Games, Bronek opowiadał o workoutach przygotowanych na rywalizacje drużynową z prawdziwym błyskiem w oku. Ja natomiast po prostu mu wierzyłem, że to może się udać, mając gdzieś z tyłu głowy wspomnienie z Ostródy i świetnych zawodów jego autorstwa pod nazwą Mazury Team Challenge. Wtedy nie sądziłem jednak że będzie aż tak dobrze.

A jednak! Nie sposób jest mi tu opowiedzieć o każdym z workoutów, które były tak samo pomysłowe co wymagające. Po raz kolejny odsyłam jednak do AthletesZone, aby sprawdzić to samemu. Warto jednak wspomnieć o zależnościach jakie były ukryte w tych treningach. Przez to też nie liczyło się jak teoretycznie silny masz zespół, ale jak potrafisz to wykorzystać. Taktyka, organizacja pracy w zespole czy synchronizacja, bardzo często była ważniejsza niż siła czy technika. Do tego doszła też widowiskowość wynikająca z dobrego zaplanowania wszystkiego czego idealnym potwierdzeniem był finał i pojedyncze wykonywanie snatchy przez kolejne osoby. Pierwszą ryńską rywalizację zespołów wygrali faworyci z Trójmiasta czyli CrossBoxMarina. Za ich plecami uplasował się CrossFit Białystok White oraz CrossCamp Oława.

Jeśli ktoś by chciał się do czegoś przyczepić w tej rywalizacji, to ja widzę tylko dwa minusy. Pierwszy to taki, że momentami rzeczywiście na arenie było bardzo ciasno. Wprawdzie nikomu nic się nie stało, ale przy jakimś pechu różnie by mogło być. Drugą zaś sprawą jest to, że tylko zwycięzcy rywalizacji zostali nagrodzeni jakimiś poważniejszymi nagrodami. Teraz patrząc na to z perspektywy czasu i tego jak świetne widowisko stworzyły zespoły, warto by ewentualnie przemyśleć ten temat na przyszły rok. A skoro już wnoszę jakieś prywatne wnioski to bezczelnie pójdę o krok dalej 😉 Mianowicie chętnie bym zobaczył nie tylko jednodniową rywalizację teamów, ale też nie tylko w zamku. Okolica tego miejsca z plażą, dostępem do wody czy innymi atrakcjami, daje takie możliwości, że na pewno da się coś takiego fajnego wykombinować. Ja tak tylko sobie gdybam Bron… 😉

Takim też sposobem dobrnęliśmy do końca. Do końca najlepszej crosfitowej imprezy 2017 roku i tak samo mocnego kandydata na to miano w tym roku. Imprezy, którą jeszcze wielu będzie wspominać przez długi czas. Ja na pewno będę to robić za sprawą tego, że pomimo gorąca jakie panowało w zamku, to jakimś cudem straciłem w Rynie głos. To było o tyle dziwne, że za spikera na tych zawodach odpowiadał Maciej Małek. Człowiek, którego ja w tej roli widziałem i słyszałem chyba po raz pierwszy. Jednak wszelkie pozytywne opinie jakie słyszałem na jego temat – potwierdziły się. Będę też wspominał tę imprezę dlatego, że czeka na mnie rekordowe ponad 10 tysięcy zdjęć do przejrzenia, które zrobiliśmy razem z pomagającym mi w ten weekend Pawłem czyli AmrapFoto. W najbliższych paru dniach spodziewajcie się efektów naszej pracy u mnie na fanpage, bo będzie tego trochę 😉

Tak więc Medieval Games 2018 przechodzi do chlubnej historii. Jeśli ktoś mógł, a nie był na zamku w Rynie, to ma problem. Głównie dlatego, że jest spora szansa na to, choć chciałbym się CHOLERNIE mylić, że w tym roku już nic aż tak dobrego już w Polsce się nie odbędzie.