fbpx
O wszystkimOpinie

Spokój ponad akcję

dodany przezKamil Timoszuk 2 lipca 2014 0 Komentarzy

Przeglądając dziś teksty na blogu, doszedłem do wniosku, że jednej tematyki dawno nie poruszałem. Nie oznacza to na pewno tego, że nie miałem z nią styczności. Jednak w ostatnim czasie trochę innych rzeczy miałem na głowie i tak jakoś wyszło. Tak więc dziś jest czas na nadrobienie filmowych zaległości.

Zacznę jednak os ostrzeżenia przed gniotem na jaki zmarnowałem wczoraj 2 godziny swojego życia.

Print

„22 Jump Street” to kontynuacja filmu o bardzo podobnym tytule tylko, że z liczbą 21 z przodu. Niestety, a może i na szczęście nie dostąpiłem tego zaszczytu aby obejrzeć tego arcydzieła. Jednak jeśli pierwsza część prezentowała ten sam poziom co „dwudziestka dwójka”, to zastanawiam się po co ktoś ładował po raz kolejny kasę w tak słaby film jak ten? Para policjantów z różnymi ograniczeniami, głownie umysłowymi, stara się rozwiązać kryminalną zagadkę w jednej z amerykańskich szkół. Czyli fabuła od początku leci banałem. Jednak to naprawdę nie jest największa wada tego filmu. Największa wadą jest zdecydowanie fakt, że ten film w zamyśle autora miał być komedią. Mnie natomiast skłonił do niewymuszonego grymasu uśmiechu na twarzy może raz czy dwa. Jak na 2-godzinny pobyt w kinie to dość mizerny rezultat. Dlatego nie czułem większego skrępowania aby podczas seansu załatwiać swoje sprawy pisząc na Facebooku za pomocą smartfona. Wiem jak to potrafi być wkurzające dla innych widzów w kinie dlatego serdecznie ewentualnych pokrzywdzonych przepraszam. Tak jak powinien przeprosić wszystkich widzów autor 22 Jump Street za sprawienie, że ludzie zmarnowali swoje 2 godziny życia, zamiast przeznaczyć je na coś bardziej pożytecznego. Poza tym po raz kolejny niejaki Chaning Tatum gra w filmie, który sprawia, że zmieniam o nim zdanie. Jeszcze jakiś czas temu wydawało mi się, że stać go na naprawdę dobre aktorstwo w porządnych produkcjach. A tu znowu strzał w kolano. Szkoda tego tak samo, jak i czasu, który poświęcam na pisanie o tym. Tak więc trzymajcie się ludzie z daleka od tej produkcji filmowej!

Jeśli chcecie iść na dobre kino rozrywkowe to lepszym wyborem są potężne roboty.

Transformers 4

„Transformers: Wiek zagłady” to już czwarta z kolei ekranizacja wielkich robotów, które raz za razem ratują świat przed różnymi niebezpieczeństwami. Jednak w tej części Transformersy nie do końca pełnią rolę tych „dobrych”, a przynajmniej nie od samego początku. Po wielkiej obronie Chicago w poprzednim filmie, tym razem Michael Bay postanowił przenieść akcję do Chin. To właśnie teraz ten kraj jest miejscem starć i rzecz jasna wielkiej demolki, wszystkiego co stanie na drodze zarówno robotom jak i najeźdźcom z kosmosu. Oczywiście jak to w przypadku takich filmów bywa, będzie wielu krytyków, którzy będą mówiąc wprost jechać po tym filmie za miałką fabułę lub jej nawet całkowity brak. I rzeczywiście pomimo mojej sympatii do tej serii, to muszę przyznać, że nie jest ona najwyższych lotów. Ale z uporem maniaka będę się trzymał mojej prywatnej tezy, że w takich filmach jak właśnie Transformers, fabuła nie jest żadnym wyznacznikiem. Znacznie bardziej liczy się to, jak bardzo efektowny jest ten film. A jeśli ktoś pamięta ostatnią demolkę Chicago to chyba go ucieszę wiadomością, że teraz gdy niszczone są Chiny to pole manewru jest jeszcze większe. I jest one bardzo dobrze wykorzystane. W filmie nie ma takiej rzeczy jakiej nie można by rozwalić, zniszczyć, spalić czy zdetonować. A każda taka scena mija niemal z prędkością światła i to aż chce się oglądać w kinie. Może jestem mało wymagający ale tak właśnie jest! Niestety tym razem nie było w filmie zbyt wielu zabawnych scen do jakich można się było przyzwyczaić w poprzednich odsłonach. Tym razem produkcja jest znacznie „poważniejsza”, jeśli w ogóle można używać takiego określenia w stosunku do czegoś co ma dostarczać rozrywki już w samym założeniu. Fani serii nie powinni być jednak zawiedzeni ogólnymi wrażeniami po wyjściu z kina. Ja przynajmniej byłem usatysfakcjonowany porcją rozrywki, jaką dostałem przez te prawie 3 godziny seansu.

Ale żeby nie było, że oglądam tylko mało ambitne kino…

Gwiazd naszych wina

Na film pod tytułem „Gwiazd naszych wina” trafiłem do kina trochę przypadkiem. Nie kojarzyłem nawet zwiastuna tego filmu, co zdarza mi się dosyć nie często biorąc pod uwagę fakt jak często jestem w kinie. Może jednak to i dobrze, bo nie wiem czy taki film jak właśnie ten może mieć zachęcający do obejrzenia go trailer. Gdybym nie trafił docelowo na ten film, to teraz już wiem, że ominęło by mnie coś naprawdę dobrego. Zastanawiając się teraz jak w kilku słowach można by określić jaki to jest typ filmu, to na myśl przychodzi mi tytuł innej podobnej produkcji, która budzi we mnie równie dobre skojarzenia. Tą produkcją jest „Bez mojej zgody”, a więc jeśli ktoś widział ten film to mniej więcej może już wiedzieć czego może się spodziewać przed seansem. Filmowa opowieść opiera się na parze, a może i nawet grupie ludzi, którzy pomimo młodego wieku są już niemal pogodzeni ze śmiercią z racji śmiertelnych chorób jakie ich dopadły. Dwójka z nich, Hazel i Gus, niemal od początku stają się sobie bliscy. Łączy ich nie tylko choroba ale także na przykład miłość do książek. To dzięki tej miłości mają oni okazję przeżyć wiele ciekawych chwil, w ostatnich chwilach swojego życia. Swoją drogą, to dopiero po obejrzeniu filmu dowiedziałem się o tym, że jest on ekranizacją jakiejś książki. I nie wiedząc jakie będzie zakończenie tej całej historii oglądało mi się go bardzo dobrze, a nawet bardziej. Od w sumie dłuższego już czasu mam trochę tak, że wiele filmów gdzie są poruszane tematy szpitalno-chorobowe są mi w jakiś sposób bliższe. Wprawdzie nigdy nie byłem chory na żadną przewlekłą bądź śmiertelna chorobę, ale postacie borykające się z takimi problemami zawsze wydają mi się bliższe. Może to też dlatego, że dużą część swego życia spędziłem w murach paru szpitali w tym kraju i chyba dość dobrze czuje ten „klimat”. Wracając jednak do filmu, to jest to produkcja jakby nie nadająca się na nasze czasy. Nie nadająca się ze względu na to, że nie jest to miałka opowieść o byle czym, a człowiek oglądając ten film ma wrażenie, że ogląda coś ważnego. Ja przynajmniej tak to właśnie odbierałem. Wiele kobiet w kinie wychodziło z tego filmu zapłakanych, a to jest jakieś osiągnięcie w dzisiejszych bezdusznych czasach. Szanuję też takie filmy jak ten, że po wyjściu z kina człowiek chcąc nie chcąc, samoczynnie myśli jeszcze o tym co przed chwilą widział. Ja początkowo miałem też plan aby raz jeszcze wybrać się na seans ale na razie pozostał to tylko plan. Wiem jednak, że jeszcze nie raz i nie dwa wrócę do tej produkcji, bo uważam ją za bardzo dobrą. Taką, którą czasem warto zobaczyć i zmusić się do zastanowienia nad rzeczami ważnymi. Bardzo polecam ten film!