Foto & VideoO wszystkimOpinie

Solówka najwyższej rangi

dodany przezKamil Timoszuk 4 kwietnia 2019 0 Komentarzy

Odkąd zacząłem pisać tego bloga, to staram się pisać to co myślę, i jak coś widzę. Czyli jeśli mnie coś na przykład po prostu jara to jest spora szansa na to, że znajdzie się właśnie w tym miejscu. I tak właśnie jest z dzisiejszymi tylko dwoma, ale jakże ciekawymi propozycjami filmowymi.

Kino w dużej mierze opiera się na fikcji. Bez względu na gatunek, opiera się często na wymyślonych przez kogoś historiach, w które ktoś uwierzył i postanowił sfinansować ich przeniesienie na ekran. Ja jednak często lubię oglądać prawdę. Tak samo jak jednym z moich ulubionych gatunków literackich są biografie. Biografie, które też potrafią być mniej lub bardziej koloryzowane, ale jednak mają one podłoże w prawdziwych wydarzeniach prawdziwych ludzi. I może właśnie dlatego, w temacie filmów lubię dokumenty. Te pokazujące z perspektywy reżysera prawdziwe historie, często niezwykłych ludzi. I właśnie dwa takie dokumenty mam dziś do polecenia.

Pierwszy z nich w ostatni weekend został mi polecony przez samego Netflixa. Platformę, która czasem aż mnie niemal przeraża tym, jak bardzo trafia w moje gusta filmowe swoimi poleceniami. Ale z drugiej strony, cenię sobie to, że nie marnuję kupy czasu na szperanie w zbiorach tego serwisu, który wydaje się momentami nie mieć końca. Tym razem na warsztat trafiła produkcja pod tytułem „Nie jestem Twoim guru”.

Jakie macie skojarzenia, kiedy słyszycie określenie „coach motywacyjny”? Wielu z was pewnie niezbyt dobre. I wcale się temu w sumie nie dziwię z przynajmniej kilku powodów. Głównie przez paru kolesi, którzy w tym kraju może i byli pierwsi. Na pewno jednak nie zrobili oni dobrej reklamy temu zjawisku, w uproszczeniu gadając wszystkim dookoła, że „jesteś zwycięzcą”. Poza tym moim prywatnym zdaniem, taka profesja jak coach motywacyjny w naszym kraju ma trudno z zupełnie innego powodu. W takich Stanach Zjednoczonych skąd to do nas przyszło, ludzie mają zupełnie inną mentalność, inne podejście do życia i inne rzeczy na nich działają. I nie spłycałbym tego do szybkiego zdania, że „Amerykanie to głupki”. To nie w tym rzecz. To nie jest przypadek, że to właśnie za wielką wodą istnieje coś takiego jak na przykład słynny „American Dream”. Ale wróćmy jednak do samego filmu.

„Nie jestem Twoim guru” to pokazana od kuchni jedna z imprez znanej i szanowanej postaci na scenie coachingu czy też mówców motywacyjnych czyli Tonyego Robbinsa. Impreza, która skupia wokół siebie ponad dwa tysiące osób, które przez kilka dni są motywowane, nakręcane do działania, ale też często trochę powiedziałbym, że manipulowane. Ciekawie jest jednak zobaczyć jak to przynajmniej po części wygląda za kulisami. Można się na przykład dowiedzieć, że na takim zjeździe Tony Robbins nie działa sam, a ma całą rzeszę pomagających mu często od lat osób, które wierzą w jego metody. Oglądając to można mieć nawet chwilami wrażenia, że ma to nawet pewne naleciałości sekty. Plusem jest jednak pokazanie historii paru ludzi, które z jednej strony często są wręcz wstrząsające, a z drugiej pokazujące jaki przekrój ludzi trafia na takie spotkania. Nie tanie spotkania, które wiele traktuje jak ostatnią deskę ratunku przed na przykład popełnieniem samobójstwa. Jak dla mnie jest to już swego rodzaju hardcore. Do tego można się też dowiedzieć trochę o samym głównym prowodyrze tego całego zmieszania. O tym skąd się wziął, i dlaczego robi to co robi. Ja oglądając ten dokument miałem pewien zgrzyt tylko z tym, że nie do końca ufałem w to co widzę, a przede wszystkim słyszę. Dlaczego? Nie wiem dokładnie. Ale na pewno momentami jest trochę za „różowo”, tak na zasadzie właśnie „American Dream” czyli tego, że z każdego bagna da się wyjść w stosunkowo prosty sposób. I może w tym momencie włącza mi się tryb Polaka, który wszystkiemu neguje i nie daje wiary. Na co dzień staram się tak nie działać, ale czasem może jest to silniejsze ode mnie. Faktem jest jednak to, że sam netflixowy dokument na pewno warto zobaczyć.

Tak samo jak warto zobaczyć drugą dziś polecaną przeze mnie rzecz. I to nie dlatego, że ja ją polecam, ale dlatego, że jest to najprawdopodobniej jeden z lepszych dokumentów jakie widziałem w ostatnich latach. Oskara za najlepszy pełnometrażowy dokument nie dostaje się przez przypadek. A tym filmem jest „Free Solo”.

„Free Solo” to opowieść Alexie Honnoldzie i o realizacji jego tak samo śmiałego, jak i mrocznego pomysłu o zdobyciu góry El Capitan o wysokości ponad 2300 metrów w Parku Narodowym Yosemite. Problem, a właściwie to cała wielkość jego wyczynu polega na tym, że górę tę ma zdobyć bez użycia żadnego sprzętu. Ktoś powiedziałby, że to zwykła głupota tak ryzykować życiem. I w sumie miałby rację. Jest jednak pewne ale… Tym czymś jest fakt, że są na świecie ludzie, którzy nie żyją według utartych standardów i nie chodzą już wydeptanymi przez innych ścieżkami. Oni wolą żyć i działać po swojemu, przez co często są nierozumiani, wyszydzani lub w najlepszym wypadku ignorowani. Takim ludziom często to jednak wcale nie przeszkadza z prostego powodu – Oni po prostu robią swoje. Tylko tyle i aż tyle. I Alex Honnold jest tego wręcz książkowym przykładem.

Młody chłopak, który od najwcześniejszych lat był samotnikiem, który ukochał sobie góry i wspinanie się po nich na różne sposoby. Zrobił to nawet do tego stopnia, że jak pokazuje ten film, z racji tylu odbytych przez niego wspinaczek, część jego mózgu odpowiedzialna za wytwarzanie strachu, przestała już reagować na nowe bodźce. A przypominam, że mowa tu o człowieku, który wspina się po górach bez zabezpieczeń! Wystarczyłby jeden mały błąd, złe postawienie nogi, mocniejszy podmuch wiatru czy skurcz w nieodpowiednim momencie i została by po nim tylko legenda i wspomnienia o niej. Serio, jak sobie teraz o tym myślę siedząc w domu, to nie potrafię sobie nawet dobrze wyobrazić co trzeba mieć, lub może właśnie nie mieć w głowie aby kochać robić to co robi Alex. A to że ten człowiek to kocha jest praktycznie pewne.

Sam film oprócz wątku wspinaczkowego pokazuje też głównego bohatera z zupełnie innej, tej bardziej prywatnej strony. Pokazuje to na przykładzie jego związku z jego dziewczyną, który nie da się ukryć, że jest dość specyficzny 😉 Jego podejście do własnej ale także jej sfery uczuć, jest tak bardzo zdystansowane, a zarazem ciekawe i zabawne, że oglądając to na filmie robi się to po prostu świetnie. Oczywiście w każdym z tych śmiechów można by się dopatrzyć też drugiego, już nie tak wesołego dna. Dna, które pokazuje, że wielu genialnych ludzi ma po prostu problemy w życiu w społeczeństwie. Ale tak to już chyba działa, że nie można mieć wszystkiego 😉 Zaś samemu filmowi dodaje dodatkowego smaczku i drugiego dna, które warto odkryć samodzielnie.

Zresztą polecam obejrzeć ten jego monolog, w którym Alex sam opowiada o swojej pasji i o tym jak widział sfilmowaną akcję wchodzenia na tę górę w Kaliforniii.

W takim filmie nie mogło zabraknąć rzecz jasna kapitalnych obrazków nakręconych przez ekipę filmową, która towarzyszyła głównemu bohaterowi przez długi czas. Ekipę, która w tym filmie ma też w pewnym momencie swój całkiem ważny epizod. To jednak jaką robotę wykonali ludzie od zdjęć, trzeba docenić wielokrotnie. Bo to właśnie w wielu momentach dzięki ich pracy, człowiek siedzi w kinie jak na szpilkach. Wszystko to zaś jest potęgowane nienachalną ale dobrze dobraną muzyką. Wszystko zaś zebrane w całość, stworzyło prawdziwe filmowe dzieło, które ja sam jeszcze obejrzę nie raz i na pewno będę polecał do obejrzenia innym. Bo jeśli kręcono by więcej takich dokumentów na tym poziomie, to wiele zmyślonych historii z innych filmów mogło by dla mnie praktycznie przestać istnieć 😉