O wszystkimOpinie

Są filmy, jest dobrze

dodany przezKamil Timoszuk 4 grudnia 2018 0 Komentarzy

Okres jesienno zimowy to złoty czas dla twórców filmowych. Wtedy mają oni okazję ściągnąć większą liczbę ludzi do kin i przedstawić im swoje dzieła oraz poddać je pod ocenę. Niektórzy jednak ewidentnie ten czas poświęcony przez widza marnują.

Polskie komedie to temat rzeka. Całkiem długa, ale niezbyt piękna rzeka. Z drobnymi odstępstwami od reguły to niestety w dużej mierze bazowanie na głupocie widza i karmienie go jakimiś ochłapami. Ot taka papka dla mas, którzy przyjdą, wydadzą kasę, najedzą się popcornu i wyjdą ucieszeni bo zobaczyli żarty typu klasyczne „poślizgnięcie się na skórce od banana”. Mało jest filmów w tej kategorii, które bronią się w swoim odbiorze. Na pewno nie broni się „Planeta Singli 2”, która może tak zła jak choćby Kac Wawa nie jest, ale do dobrego filmu jej nadal sporo brakuje. Dlatego zastanawiałem się nad tym czy w ogóle o tym filmie pisać w swoim najnowszym zestawieniu. I w sumie chcę was tylko przed nim przestrzec. Szkoda waszego czasu i kasy aby iść na to do kina. Lepiej poczekajcie chwilę, a pewnie niebawem będzie można ten film zobaczyć w TVN-ie.

Zamiast tego zajmijmy się trochę lepszym moim zdaniem kinem.

Filmów bokserskich w historii kina trochę już powstało. Jednak gdy myślimy o tym gatunku kina, to niemal automatycznie przed oczami staje nam niezniszczalny Rocky Balboa i seria jego filmowych potyczek sprzed lat. „Creed” miał być i w sumie stal się nowoczesnym nawiązaniem to tamtej serii z utrzymaniem zbliżonego klimatu. Pierwsza odsłona tej sagi okazała się większym sukcesem niż wielu przypuszczało. Tym bardziej jeśli pomyślimy o tym z jaką filmową legendą musieli się zmierzyć wszyscy ludzie, którzy pracowali przy tamtej produkcji.

Kontynuacja Creeda pomimo zmiany na stanowisku reżysera nie tyle utrzymała poziom, co moim zdaniem nawet wybiła się trochę ponad. Może udało się to dzięki temu że w pisaniu scenariusza brał udział Sylvester Stallone. Człowiek, który już na zawsze będzie legendą kojarzoną z Rockym. I być może tez dlatego postanowiono, że druga odsłona Creeda będzie nie tylko kontynuacją, ale także pewnym bardzo mocnym nawiązaniem do czwartej odsłony Rockyego, kiedy to na ringu ginie ojciec głównego bohatera obecnej wersji. W obecnym filmie przyjdzie zaś okazja zmierzyć mu się z synem jakby nie patrzeć zabójcy.

Sam film wykonany jest w sposób moim zdaniem bardzo dobry. W takim projekcie sceny walki powinny być jego solą, bo jeśli one leżą to reszta produkcji tego raczej nie uciągnie. W tym przypadku na szczęście jednak nie musi. Ciosy wyprowadzane w tym filmie chwilami wchodzą tak gładko, że czuje to niemal widz. Do tego kilka patentów muzycznych zastosowanych w Creedzie też jest wartych odnotowania, choć szczerze mówiąc spodziewałem się trochę lepszej ścieżki dźwiękowej. Momentami też film jest jakby za bardzo przeciągnięty na co z jednej strony narzekał mój znajomy z którym byłem, a moja dziewczyna nawet o tym nie wspomniała. Więc jak widać zdania mogą być podzielone. Wszyscy natomiast byliśmy zgodni co do tego, że nie jest to zły film. To fajne kino na które warto się wybrać bez większych obaw, że będzie to czas stracony.

A tak poza tym to mam jedną radę poza tematem samego filmu jaka nasunęła mi się po seansie. Mianowicie jeśli po alkoholu jesteś/stajesz się burakiem, to nie przychodź do kina. Nie każdy bowiem ma ochotę słuchać twego jęczenia jaki to ten film jest przewidywalny. Ameryki nie odkrywasz ale ludzi wkurwiasz.

Jeśli po seansie Creeda mogłem napisać, że mam niedosyt muzyczny, to po „Narodzinach gwiazdy” nie mam już takiego prawa. Jest to dla mnie osobiście bardzo zaskakujące, bo muzyka jaka jest na pierwszym planie w tym filmie, to nie do końca moja bajka. Ale kurde, jak to wszystko zajebiście ze sobą współgra…

W tym występuje spora masa aktorów ale tak naprawdę jest to niemal dwuosobowa sztuka trwająca ponad dwie godziny, a przy tym nie pozwalająca oderwać od siebie oczu i uszu. W wymienionych rolach głównych występuje Lady Gaga oraz Bradley Cooper. Lady Gaga czyli piosenkarka która kojarzy mi się niemal od zawsze z „niemoją” muzyką i dziwnymi strojami z mięsem na czele. Bradley Cooper zaś to człowiek, który bawił mnie do łez w szczególnie pierwszej części Kac Vegas. Po tym filmie jednak już tak nie będzie. Wszystko za sprawą tego, że Bradley Cooper wcielił się w tym filmie nie tylko w pierwszoplanową postać ale także i reżysera. I wyszło to po prostu kapitalnie.

Film opowiada historię uznanego artysty, który spotyka przez przypadek dziewczynę. Kogoś obdarzonego wielkim, ale jeszcze nieodkrytym talentem. Dzięki tej znajomości dziewczyna zyskuje więcej niż się mogła spodziewać, a nawet marzyć. On też. Postać grana przez Bradleya Coopera jednak nie do końca potrafi to docenić. Głównie przez problemy z alkoholem i innymi używkami. Problemy które na początku są pojedynczymi wyskokami, a zamieniają się w coś co zaczyna przerastać. Samego zainteresowanego jak i też jego otoczenie.

Ten film nie waham się użyć tego stwierdzenia – jest kapitalny w swojej prostocie. Nie ma tu pościgów, wartkiej akcji czy tez ogólnego pędu, który jest dosyć częstym dodatkiem do obecnego kina. Tutaj jest za to spokój, dużo emocji, dobrze opowiedziana historia, kapitalna choć „niemoja” muzyka. Nie pamiętam już kiedy słuchałem parę razy jakiegoś soundtracka z filmu. A w tym przypadku od niedzieli robię to regularnie. Nawet w chwili kiedy piszę ten tekst.

Tak sobie teraz myślę, że to jest jeden z tych nielicznych filmów na który bez namysłu poszedłbym do kina raz jeszcze. Choćby dlatego aby zobaczyć, w co nie wątpię, początek piosenkarskiej kariery Bradleya Coopera. Człowieka który udowadnia, że są tacy ludzie na świecie, jakim przypadło znacznie więcej talentu niż innym. Tak więc ludzie – do kina marsz!

A jeśli chcesz siedzieć w domu to…

Z serialami mam często tak, że gdy wchodzi jakaś nowość którą niemal każdy się na swój sposób jara, to mnie od niej odrzuca. Nie wiem czym to jest spowodowane ale tak już po prostu mam. Dlatego ludzie dziwnie się czasem an mnie patrzą, gdy mówię im, że „odkryłem” jakąś produkcję, kiedy oni są dawno po 5-6 sezonie 😉 Z serialem „Ślepnąc od świateł”, którego plakat widzicie powyżej, jest trochę inaczej, bo jest to stosunkowa nowość. Ale nie byłbym sobą gdybym szedł w tę samą stronę co inni 🙂

Polska mini, bo tylko 8-odcinkowa produkcja HBO to opowieść o 7 dniach z życia warszawskiego dilera narkotyków. W tej roli wystąpił kompletny debiutant w osobie Kamila Nożyńskiego. Jego życie płynie stosunkowo dobrze dopóki nie zaczynają się w krótkim odstępie czasu, nakładać się na siebie różne nieprzewidziane okoliczności. Okoliczności które sprawiają, że życie filmowego Kuby zamienia się w pewnego rodzaju koszmar. W stworzeniu tego koszmaru pomagają mu ludzie jacy stają na jego drodze. Tu w rolę czarnych charakterów wcielają się tacy aktorzy jak Jan Frycz, Robert Więckiewicz czy Janusz Chabior. Zdarzenia rzeczywiste w tym serialu przeplatają się ze wspomnieniami i różnego rodzaju wizjami bohaterów.

Krzysztof Skonieczny, który odpowiada za scenariusz w oparciu o książkę, daje nam do dyspozycji i eksploracji wraz z bohaterami świat mroczny, niebezpieczny ale przez to dla wielu ciekawy. Sam serial jest jednak długimi momentami ciężki w odbiorze, za bardzo rozciągnięty w czasie czy też jakby przerysowany. Gdy planowałem sobie obejrzenie tych 8 odcinków za jednym zamachem nie wiedziałem jeszcze, że będzie to raczej niemożliwe. Ja przynajmniej nie dałem rady, ponieważ już po kilku z nich byłem jakby zmęczony. I nie wiem czy to kwestia brutalnego klimatu filmu czy też może tego, że czasami zastanawiałem się nad tym czy niektórzy aktorzy nie dadzą rady więcej wycisnąć z roli czy tak ma właśnie być. Jak to określił ten serial jeden z moich znajomych – to jest 8 odcinków, które można by zmieścić w jednym 2-godzinnym filmie. I chyba coś w tym rzeczywiście jest. Ja na ewentualną kontynuację na pewno nie czekam, ale jeśli ktoś ma do dyspozycji 8 godzin, to niech uda się w bardzo mroczne miejsce, gdzie może znajdzie dla siebie coś ciekawego.