CrossFitO wszystkimZawody & Eventy

Raz! Dwa! Trzy! MAŁO!!!

dodany przezKamil Timoszuk 4 lutego 2018 0 Komentarzy

Ergometr to jedno z pożyteczniejszych urządzeń jakie poznałem dzięki CrossFitowi. Pomimo swojego niedoboru centymetrów wzrostu, który niespecjalnie mi w tym przypadku pomaga, polubiliśmy się od pierwszego razu. Polubiliśmy na tyle, że co jakiś czas robi różne głupie rzeczy.

Maraton wioślarski liczy sobie taką samą długość co powszechnie znany maraton biegowy czyli 42,195 metrów. Który z tych królewskich dystansów pokonać jest łatwiej? Odpowiedzi na to pytanie zapewne byłyby różne w zależności od tego kogo byśmy zapytali. Nie ulega jednak wątpliwości to, że zarówno jedną jak i drugą wersję co roku wykonuje spora liczba osób. Duża w tym też zasługa imprez wszelkiej maści, jakie są organizowane po to, aby tak w pewnym sensie głupią rzecz, zrobić wspólnie z innymi wariatami 🙂

O ile też maratony biegowe odbywają się regularnie w praktycznie każdym większym czy średnim polskim mieście, tak te wioślarskie już niekoniecznie. Dlatego chwała za to, że są takie osoby, którym rok w rok chce się takie imprezy organizować. Taką osobą jest Ania Demianiuk i jej event o nazwie Just ROW, który w dniu wczorajszym odbył się już po raz 4. Ja natomiast bylem jej czynnym uczestnikiem po raz trzeci. A skąd u mnie w ogóle pomysł na uczestnictwo? Wszystko zaczęło się od pierwszego Just ROW w 2015 roku, który wywołał moją ciekawość, a na który pomimo szczerych chęci nie mogłem dotrzeć. Ten fakt jednak sprawił, że chcąc się przygotować do edycji w 2016 roku wyszło tak, że zaliczyłem w boxie w którym trenuję, najpierw półmaraton, a następnie cały królewski dystans na ergometrze. Wrażenia szczególnie po tym drugim były naprawdę ciekawe, o czym napisałem TUTAJ.

Później zaś poszło już z górki, bo na edycjach Just ROW w 2016 (RELACJA) i 2017 (RELACJA) roku wystąpiłem w zespołach – 4 i 3-osobowych. Każdą z tym imprez, zarówno tę w CrossFit Dock na Woli, jak i tę w tym samym boxie obok Stadionu Narodowego, traktowałem czysto rozrywkowo. Nie było żadnego napinania się na wynik czy też na jakiś konkretny czas. W tym roku zaś było trochę inaczej. Wszystko bowiem rozpoczęło się od ogłoszenia, że Just ROW 2017 będzie do wykonania w dwóch opcjach. Pierwszą z nich była półgodzinna walka o to aby w tym czasie przewiosłować jak największą liczbę metrów. Drugą zaś był dystans maratonu w parach, gdzie w trakcie pływania musiały następować obligatoryjne zmiany co 10 minut. Mi osobiście ta druga opcja przypadła bardziej do gustu głównie dlatego, że wymagała większego wysiłku i nakładu pracy jaki trzeba włożyć w jej ukończenie. Pozostało tylko znaleźć drugiego szaleńca, który się ze mną na to zdecyduje. Daleko jednak szukać nie trzeba było, bo tym kimś okazała się Rafał Jodaniewski czyli mój towarzysz niedoli podczas pierwszego w życiu samodzielnego maratonu 🙂 A że do tego, przy jak zwykle oczywistym wsparciu ze strony CrossFit ELEKTROMOC, udało się skompletować jeszcze dwa dodatkowe zespoły to sobota w Warszawie zapowiadała się całkiem całkiem 😉

GALERIA ZDJĘĆ Z JUST ROW 2018

Just ROW Fight od kilku już lat nie jest imprezą lokalną, a zdecydowanie ogólnopolską, bo regularnie do stolicy zjeżdżają się ludzie z całego kraju. Tylko po to aby przesiedzieć od pół do kilku godzin na twardym siodełku 🙂 Nie jest to do końca normalne ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. Tym bardziej, że sam regularnie ulegam bez większych oporów klimatowi tej imprezy. Poza tym w tym roku byłem ciekaw na przykład tego, ile zawodnicy będą w stanie osiągnąć metrów w ciągu pół godziny, czego sam nigdy nie próbowałem. Aby to sprawdzić zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn potrzebne były aż dwa heaty, ponieważ praktycznie kilkanaście przygotowanych ergometrów miało niemal pełne obłożenie. Stwierdzam jednak w tej chwili, że pisanie o tym jak wyglądała ta walka jest tak samo trudne jak jej toczenie 🙂 Bo nie ukrywajmy, to dalej jest tylko/aż ergometr, gdzie ciężko o jakieś spektakularne ruchy 😉 Rozmawiając jednak z paroma uczestnikami doszliśmy do wniosku, że fajnym rozwiązaniem byłoby to, aby ergometry byłyby spięte ze sobą, a wszystkie wyniki ukazywałyby się w czasie rzeczywistym na przykład na ścianie. Ten patent pojawiał się już na kilku polskich crossfitowych imprezach, więc czemu miałby i tutaj nie zdziałać? Jedynym problemem jaki jestem w stanie teraz zobaczyć to to, że podpięcie pod komputer tylu ergosów jest ciężkie lub niewykonalne technicznie. Tutaj jednak pozostawiam to do oceny Ani. W wyniku jednak jej „30-minutowej” inicjatywy, zostali wyłonieni najlepsi wioślarze, którzy na podium uplasowali się w takiej kolejności:

Kobiety

  1. Maria Jackowska 7403 metry
    2. Sylwia Liśkiewicz 7200 metrów
    3. Alicja Szulc 7153 metry

Mężczyźni

1. Łukasz Sawicki 8229 metrów
2. Adam Kałużny 8194 metry
3. Kamil Hentka 7989 metrów

Im bliżej było godziny zero czyli mojego i Rafała startu, tym bardziej tego dnia czułem powagę sytuacji. Nie był to może jakiś wielki stres, ale takie ciekawe poddenerwowanie. Stało się to też za sprawą celu jaki sobie obraliśmy czyli ukończenia tego dystansu poniżej 3 godzin. Od samego początku wydawało nam się to z jednej strony ciężkie, a z drugiej możliwe do zrobienia. Przynajmniej w czystej teorii. Aby to zrobić bowiem należało trzymać tempo wiosłowania w okolicach 2:00-2:05 na 500 metrów. Doliczając tego jednak czas na wymuszone zmiany, których jak się później okazało zrobiliśmy 17, to margines błędu nie wydawał się być duży. Teoria to jednak tylko teoria, bo praktyka często wygląda zupełnie inaczej. I tak było też z nami.

Rafał startując jako pierwszy narzucił już na pierwszej zmianie tempo w okolicach 1:50/500m, a nawet i długimi momentami szybciej. Tym samym trochę nieświadomie wjechał mi tym na ambicję. Bo jak to będzie wyglądać, że on ciśnie jak wariat poniżej zakładanego tempa, a ja będę ciułał te swoje 2:00? No nie godzi się 😉 Tym samym już na pierwszej zmianie postanowiłem sprawdzić, czy jestem w stanie utrzymać zbliżone tempo do niego niż do tego z naszych założeń. Jak się okazało, było to do zrobienia! Pierwsza moja zmiana poszła także w okolicach 1:50, a długimi momentami nawet poniżej niej. Z tyłu głowy jednak pozostawała myśl wynikająca z posiadanego już doświadczenia, że to pomimo wszystko jest jednak maraton. Jeszcze będzie od groma czasu na to aby się dojechać i zajechać. Nie o to nam jednak przecież chodziło. Dlatego w przerwach skrupulatnie korzystałem z rad Kasi Baranowskiej (WIELKIE DZIĘKI!), która przed naszym wyjazdem radziła w przerwach w wiosłowaniu wałkować ze wszystkich stron nogi. I to zarówno w moim jak i Rafała przypadku był to zdecydowanie strzał w dziesiątkę. Praktycznie start każdej zmiany czułem, że wchodzę na stosunkowej świeżości. Chwilami byłam aż zdziwiony tym jakie tempo jestem w stanie najpierw narzucić, a później utrzymać. Rafałowi i reszcie ekipy w początkowej fazie chwilami nawet zbierało się na śpiewanie z tej radości 😉

Bo zawody zawodami, rywalizacja rywalizacją, ale dobrze jest też mieć ten wewnętrzny luz 😉

Z czasem jednak było już coraz mniej powodów do uśmiechania się. Każde kolejne wejście na ergometr było naturalnie cięższe, choć przyznaję, że nie aż tak jak się tego spodziewałem. Tu muszę stwierdzić, że te 10-minutowe odcinki były prawdziwym strzałem w dziesiątkę w tym roku. Był to idealny czas na to aby dać z siebie wszystko, ale nie „jednokilometrowym stylu”, kiedy po 3 minutach spada się z wioseł i błaga o litość. Mnie osobiście też w trakcie samego wyścigu w pewnym momencie zmotywował dodatkowo fakt, że obserwując wyświetlacze innych drużyn miałem przekonanie o tym, że kręcimy na prawdę całkiem niezły wynik, który może jakimś cudem przybliży nas do podium. Zarówno wtedy jak i nawet teraz brzmi to dalej z lekka abstrakcyjnie, ale takie były fakty 🙂 Fakty, które sprawiały, że wsiadałem na te siodło raz za razem i dawałem z siebie tyle ile mogę ale z głową. W efekcie tego tylko na ostatniej zmianie przez kilkanaście sekund moja średnia na 500 metrów wynosiła ponad 2 minut. W połączeniu tego z jeszcze lepszą postawą Rafała, dało to nam końcowy czas w postaci 2 godzin, 40 minut i 57 sekund.

Przed samym startem taki wynik brałbym w ciemno. A teraz? Teraz oczywiście uważam to za swój/nasz mały prywatny sukces ale… Gdzieś z tyłu głowy mam też myśl, że od podium dzieliły nas 3 minuty. Tylko i aż bo, ten czas przekładał się na dobre kilkaset metrów. Jednak jest to w tej chwili całkiem pozytywna myśl, która skłania mnie w stronę tego, że po prostu że byliśmy za plecami jeszcze lepszych od siebie. Szczególnie zwycięzcy w osobach Bartłomieja Gzowskiego i Michała Zawadzkiego dali popis wiosłowania, bo gdy oni kończyli swoją pracę w czasie 2 godzin, 31 minut i 36 sekund to nam zostawało jeszcze dobrych parę minut wiosłowania. Brawo WY! Na specjalnie wyróżnienie zasługuje też Adam Kałużny, który wywalczył drugie miejscu podium zarówno indywidualnie, a także w teamie z kolegą. Na koniec zaś konkretny szacun leci do dla dwóch zespołów powstałych z koalicji CrossFit Białystok i CrossFit ELEKTROMOC czyli Krzysiek & Mario oraz Łukasz & Heniek. Obie ekipy pomimo, że nie miały żadnych założeń, to także zmieściły się w 3 godzinach. Szacuneczek 😉

Pary mieszane

1. Aleks & Mały (Aleksandra Kopielnicka, Piotr Łojsczyk) 2:43:39
2. M & J (Julia Starak, Michał Puchalski) 2:45:00
3. Lekko Ulani (Katarzyna Wydrzyńska, Mariusz Stola) 2:47:20

Para kobiece

1. UW Spice Girls (Paulina Stępień, Żaneta Młodzińska) 3:06:35
2. Cygańskim Krokiem (Kasia Nowińska, Jagoda Szczęch) 3:08:57
3. Scorpio (Ines Biegaj, Alicja jastrzębska) 3:;22:34

Pary męskie

1. Fat Ergos (Bartłomiej Gzowski, Michał Zawadzki) 2:31:36
2. Warmia Power (Mateusz Jankowski, Adam Kałużny) 2:35:54
3. Grube Lolki (Dariusz Ziarko, Robert Pawlik) 2:37:51

Po przyznaniu dyplomów, medali oraz nagród, nie obyło się też bez tradycyjnego ciacha od najsłodszej cukierniczki w stolicy czyli Blacha Pleasure Factory 🙂 Mało też zabrakło, a na imprezkę wpadła by straż pożarna dzięki świeczkom które odpaliły alarmy przeciwpożarowe 😉

I tym oto sposobem 4 już edycja Just ROW przeszła do historii. Edycja nieidealna choćby ze względu na losowy fakt wyłączenia się jednych z wioseł w trakcie maratonu. Edycja jednak w dalszym ciągu potrzebna, o czym chyba dalej świadczy to, że zjawiają się na niej ludzie z całej Polski. I możecie mi wierzyć lub nie, ale jeśli kiedyś choćby przez chwilę przeszła wam przez głowę myśl o sprawdzeniu się na dystansie maratonu, to impreza Just ROW jest świetnym miejscem aby to zrobić. Kilkugodzinne wiosłowanie ramię w ramię z ludźmi, którzy wpadli na równie absurdalny pomysł co wy, naprawdę dodaje skrzydeł jak to głosi popularny slogan 😉 I może to potwierdzić już masa osób, którzy mają już za sobą to wyzwanie, pomimo tego, że wcześniej nie przewiosłowali unbroken więcej niż na przykład 3000 metrów (#TrueStory).

Tak więc nie wiem jak wy, ale ja tam się już czuję zapisany na Just ROW 2018 🙂