CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Psychole znowu w akcji

dodany przezKamil Timoszuk 15 grudnia 2016 0 Komentarzy

Krąży po sieci takie hasło mówiące o tym, że „znalezienie ludzi z podobnymi zaburzeniami do Twoich to rzecz bezcenna”. I w sumie coś w tym musi być, bo jak się czasem spojrzy na to w jaki sposób dobierają się ludzie w boxach crossfitowych to potwierdzeń tej tezy jest aż ponadto. Nie wierzycie? To znaczy, że jeszcze nigdy nie byliście w CrossFit ELEKTROMOC!

Jest taka miejscówka na warszawskiej crossfitowej mapie, która liczy już sobie 3 lata. Trzy długie lata, podczas których wydarzyło się w murach tego miejsca wiele. Ja pomimo, że bywam tam stosunkowo sporadycznie, to wiem o wielu różnych akcjach czy inicjatywach oraz innych przyjemnych incydentach jakie się tam odbywają. Myślę też, że to tylko część jaka dotarła do mojej wiadomości. Faktem jest jednak to, że ja jako przybysz z zewnątrz to właśnie w EMC zawsze czuję się „jak u siebie”. Jeszcze chyba nie trafiłem na drugi „cudzy” box gdziekolwiek na świecie, gdzie miałem okazję już być, aby spotkało mnie tyle pozytywnej energii.

Dlatego też minioną sobotę postanowiłem, że spędzę właśnie w Elektromocy podczas świętowania ich trzecich urodzin i zorganizowanych z tej okazji zawodów klubowych. Rok wcześniej impreza zadebiutowała jako zawody indywidualne. W tym roku natomiast organizatorzy postanowili, że spróbują czegoś innego i przetestują swoich klubowiczów, którzy się połączą w zespoły. Ekipy w systemie dwa plus jeden czyli dwóch panów i jedna kobieta. Tym samym było to dobre potwierdzenie tegorocznego crossfitowego trendu, że zawody teamowe weszły już na stałe do harmonogramu wielu imprez. Zanim jednak ruszyła czysto sportowa rywalizacja, miało miejsce jeszcze kilka innych przyjemności. Wszystko bowiem dlatego, że nie ma chyba takiej opcji aby tak prawilne urodziny jak te EMC odbyły się bez czegoś słodkiego do wrzucenia na ząb. A jak tu wykarmić hordę wygłodniałych krosfiterów, którą można było spokojnie szacować trzycyfrowo? Nie z takimi problemami już sobie radzono w Elektromocy. Bo od czego jest przecież Blacha? Kto to jest Blacha? Lepiej zadaj sobie pytanie młody człowieku i ty młoda panienko, jak możesz nie wiedzieć kto to jest Pani Blacha?! Szczególnie po tym jak rok temu wykonała epicką, kilkudziesięciokilogramową konstrukcję z brownie ze słonym karmelem, orzechami i cholera wie czym jeszcze. W tym roku można powiedzieć, że było skromniej. Jednak skromniej w wykonaniu Aleksandry dalej wygląda mniej więcej tak, jak u nas czyli większości normalnych ludzi opcja „na bogato” 🙂 Nic więc jednak dziwnego że zarówno główny tort urodzinowy jak i wiele innych ciast towarzyszących znikało niemal w oka mgnieniu. Zresztą sama Ola, miała tego dnia jeszcze kilka swoich chwil chwały o których za chwilę.

Póki co jednak przejdźmy do samych zawodów, które zwiastowały sporo emocji. Bo o ile codzienne treningi w boxie można traktować z przymrużeniem oka, tak przy okazji rywalizacji „na śmierć i życie” w zawodach już niekoniecznie. Już długo przed zawodami Facebook huczał o przygotowaniach poszczególnych ekip, które trenowały, mobilizowały się oraz knuły plany na to co zrobić aby się nie narobić ale coś jednak zarobić. O tym, że niemal wszystkie zespoły wzięły do siebie ten start, można było zobaczyć chociażby po koszulkach, które były specjalnie szykowane na tę okazję. Mówiąc bardziej serio, to chyba jeszcze w żadnych zawodach, czy to boxowych czy nawet ogólnopolskich, nie widziałem dbałości o ten szczegół. Dlatego też #SzanujęTo 😉 Często też bardzo powiązanym aspektem z koszulkami były nazwy poszczególnych ekip. Moje prywatne Top 5 to Bania u Cygana, Som Gorsi, Troł Dałny, Maria Zawsze Dziewica oraz Za Słabi Na Open.

Pełna galeria zdjęć z Team Series

Ekipy chcące wziąć udział w zawodach zostały podzielone na dwie kategorie – Scaled i Open. Obie z tych kategorii miały przygotowane specjalne workouty dla siebie, co też sprawiało, że osoby obserwujące rywalizację z boku nie nudziły się z racji sporemu zróżnicowaniu. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć co było do wykonania przez poszczególne ekipy może sobie śmiało zajrzeć na stronę Athelete Zone, gdzie w dedykowanym wydarzeniu są rozpisane wszystkie WOD-y z całych zawodów. Jedną z głównych różnic pomiędzy kategoriami było to, że w dywizji Open najlepsi mieli do wykonania cztery workouty, a w Scaled tylko trzy. Aczkolwiek widząc zmęczenie, a niekiedy nawet ból wypisany na twarzy słabszych osób, słowo tylko jest lekkim nadużyciem 😉 Co jednak adrenalina potrafi zrobić z człowiekiem pokazało kilka ekip, które pomimo że wiedziały o tym, że nie mają żadnych szans na końcowe zwycięstwo, to i tak walczyło jak lwy do samego końca. Czasami chyba nawet bardziej zaciekle niż czołowe ekipy. O to jednak w takich zawodach chodzi, aby każdy mógł poczuć ten dreszczyk emocji związany ze startem i poczuć ten przypływ energii, który czasami pojawia się nie wiadomo skąd.

Co ciekawe, zawody w CrossFit Elektromoc miały lepszy klimat niż wiele innych bardziej renomowanych crossfitowych imprez w ty kraju. I nie działa tu nawet efekt kontrastu z traumą z Poznania przebytą tydzień wcześniej do której wolę już nie wracać, bo nie kopie się leżącego. Tu bardziej chodzi o ogólny rozrachunek tego jak zarówno sami zawodnicy, jak i ich wspierający ludzie byli zaangażowani w sportowe zmagania. Jako człowiek który wychował się w „sportowym klimacie”, gdzie doping (nie mylić z tym podawanym w strzykawkach) jest jego integralną częścią, zawsze doceniam ten aspekt podwójnie. Tym bardziej, że nie raz i nie dwa miałem na ustach banana widząc dobrze bawiących się ludzi lub też dreszcze kiedy poszczególne osoby zdzierały gardła tylko po to, aby ich koledzy zrobili po jeszcze jednym dodatkowym powtórzeniu. Jeden z przykładów poniżej 😉

Bardziej wyrównana rywalizacja toczyła się w kategorii Scaled, gdzie ton rywalizacji w stawce nadawała ekipa nazwana chyba zbyt asekuracyjnie czyli Za Słabi na Open. Przed decydującym starciem w workoucie numer trzy w którym wzięły udział cztery najlepsze ekipy, prowadzący zespól miał zaledwie tylko kilka punktów przewagi nad kolejnym. Wtedy niestety wyszedł jeden z bardzo nielicznych mankamentów całej imprezy, a mianowicie dzielenie finału na dwa heaty. Oczywiście w dużej mierze spowodowane było to tym jak został już na starcie zaprogramowany ten workout. Z racji umiejscowienia Elektromocy w piwnicy, gdzie miejsce jest stosunkowo ograniczone, jedynym wyjściem było po prostu zaplanowanie innego decydującego starcia. Tym razem jednak widowisko zostało rozciągnięte na dwa heaty następujące po sobie. W wyniku tej rywalizacji ekipa Za Słabi Na Open nie dali wyrwać sobie wygranej i zapewnili sobie końcowe zwycięstwo. Tu obok nich miejsca na podium wywalczyli sobie PR Hunters oraz Amm Amm. Nazwa tego drugiego zespołu to nie jest mój błąd w pisowni tylko naprawdę tak ktoś sobie wymyślił 😉

W międzyczasie ruszyła też zapowiadana przez pół dnia zabawa z nagrodami dla publiczności ale też i nie tylko. Żeby jednak zgarnąć takiego gifta trzeba było podjąć się wyzwania i zmierzenia się z zarówno piwem, a dokładniej połową dużego kubka  jak i AirBike’m. Jeden po drugim, bez żadnej przerwy 🙂 Dla tych którym ta próba się nie udała w sposób ekstremalny, były przyszykowane w pogotowiu wiadra. Ludzie z EMC jednak to twardzi zawodnicy, co to ani piwsku ani tym bardziej AirBike’owi się nie kłaniają. Dlatego też kolejne heaty tej zabawy startowały jeden po drugim, aż doszło do epickiego startu, który udało mi się uwiecznić. Rzucający się jakby opętał ich szatan Ola z Rafałem oraz jadąca w tył mniej lub bardziej świadomie Agata – Coś takiego drugi raz się może już nie powtórzyć 😉

Ja też miałem wziąć udział w tej zabawie ale mój szczery i ciągle niezmienny wstręt do piwska wygrał zdecydowanie. Śmiałem się nawet z tego, że gdyby zamiast piwa był prawdziwy alkohol, który jak wiadomo zaczyna się od 40 procent, to wtedy dałoby radę to załatwić. A tak swoją szansę dostali trenerzy z EMC, którzy za namową widowni także postanowili pójść z bój. Jak można było zobaczyć na wielu obrazkach, zarówno pedałowanie jak i nawadnianie się odpowiednim napojem izotonicznym nie jest im obce 😉 Jednak najlepszy w wynik w postaci największej ilości kalorii wykręconych przez dziewczynę uzyskała gwiazda cukiernictwa czyli Blacha! Jak więc się okazało, w tym ciele pochowanych jest wiele talentów 🙂

Lista filmów z Team Series na YouTube

I takim też sposobem udało się dojść do końca tej imprezy. Prawie końca, bo do rozstrzygnięcia pozostawała jeszcze jedna ważna kwestia  – Kto jest najbardziej wysportowanym trio w EMC? Odpowiedzi na tak postawione pytanie można było już w sumie udzielić przed finiszem, ponieważ prowadząca ekipa Karate Kid 3 wygrała wcześniejsze trzy workouty. Jednak mając sportowe ambicje chciała zakończyć ten marsz po złoto z przytupem. Goniące zespoły skupiły się bardziej na tym aby samemu nie stracić wypracowanej przewagi punktowej. Jednak dzięki takiej postawie, mogliśmy zobaczyć kapitalną końcówkę. Końcówkę, gdzie o wygranej zadecydowało kilka sekund i jeden Muscle Up.

Takie chwile jak te, śmiało chyba mogę napisać, że budują klimat tego miejsca i historię boxa jako organizacji. Nic więc dziwnego, że już do samego zakończenia całej imprezy klimat jaki panował w boxie był znakomity. Po drodze było jeszcze rozdawanie nagród zespołowych oraz indywidualnych, a także niespodzianki. Jedną z nich był prezent jaki przygotowali klubowicze dla swoich trenerów. I jak się okazało jest to prezent olśniewający – w przenośni i dosłownie. Jest to bowiem neon w kształcie loga EMC, który w chwili gdy zostanie wykonany zawiśnie nad wejściem do boxa. Będzie on naprowadzał zbłądzonych wędrowców, w takie szczególnie zimowe dni jak teraz, kiedy ciemno robi się już bardzo szybko. Zaskoczenie jakie było widać na twarzy Łukasza Wysockiego i jego współpracowników było chyba najlepszym dowodem na to, że niespodzianka jak najbardziej się udała 🙂

Tym samym pierwsza część imprezy dobiegała końca. Pierwsza, bo druga zaplanowana była na późny wieczór, kiedy Elektromoc opanowywała jeden z warszawskich kubów. Na Rxie rzecz jasna. Ja już drugi rok z rzędu musiałem odmówić dotrzymania towarzystwa w tej części imprezy z racji wewnętrznego poczucia obowiązku i świadomością przymusu wczesnej pobudki w niedzielny poranek. Może kiedyś jednak uda mi się dotrzeć i tam. Póki co muszę jednak przyznać, że takie zawody jak te urządzone w EMC były świetnym przykładem na to, że nie trzeba czasem planować eventów z wielkim rozmachem od razu na całą Polskę, aby było fajnie. Wystarczy ciekawy pomysł i rzetelna realizacja w którą włoży się trochę pracy i serca, a  klubowicze, których w przypadku EMC i tak startowało prawie 100, na pewno to docenią. Ja natomiast doceniam kolejną już szansę zebrania głównie fotograficznego doświadczenia i spędzenia całego dnia w miejscu, które pomimo że oddalone jest od mego miejsca zamieszkania 200 kilometrów, to zawsze czuję się w nim jak u siebie. Może to jednak kwestia właśnie tego, że ci ludzie mają podobne zaburzenia psychiczne do moich? Ja takiej opcji na pewno nie wykluczam 😉