O wszystkimOpinie

Problematyczne kino

dodany przezKamil Timoszuk 25 października 2018 0 Komentarzy

Nie lubię stwarzać problemów innym ludziom jak i nie lubię kiedy inni stwarzają niepotrzebne problemy. Czasami jednak się dzieje tak, że po prostu mam z czymś problem. Ostatnio tak się stało z trzema widzianymi przeze mnie filmami.

Jako, że jesień przyszła do Polski stosunkowo późno ale i zdecydowanie znienacka, to znak że zaczyna się bardzo dobry czas. Czas w którym możemy częściej i niejako bezkarnie chodzić do kina. Dlaczego jednak bezkarnie? Ponieważ kiedy na podwórku jest fajnie i świeci słońce to czasami aż szkoda marnować swój czas na siedzenie w ciemnym zamkniętym pomieszczeniu. A w najbliższych kilku miesiącach będzie to jednocześnie pożądane i nawet wręcz wskazane 😉 Nie zawsze jednak taka wizyta w kinie zakończy się sukcesem i udanym wieczorem. W moim przypadku ostatnie tego typu wyprawy to niemal same problemy, a przynajmniej po części.

O polskiej produkcji pod tytułem „Kler” powiedziano i napisano już chyba wszystko. Ciekawe jest to, że przez bardzo długi czas na temat tego filmu miało do powiedzenia wiele osób, które nawet go jeszcze nie widziały. Teraz widząc rekordowy kilkumilionowy wynik oglądalności tej produkcji, można już stwierdzić, że zobaczył go każdy kto tylko chciał. Jednak w dalszym ciągu zadziwia mnie fakt. jak prawie 40-milionowym kraju w środku Europy, tematyka kościoła może tak bardzo elektryzować szeroko pojętą publikę. Wystarczy, że pokaże się księży w niezbyt chwilami komfortowych scenach, a już wielu ludziom zapalają się czerwone lampki w głowie lub cieknie z buzi piana wściekłości. A ja wychodząc z kina po seansie miałem w głowie tylko jedną myśl – „Ale o co kurde chodzi? Gdzie tu te wielkie kontrowersje, o które tak wiele osób robi tak wielki dym?” Mówiąc szczerze to do dziś nie mam pojęcia.

Sam film jest ogólnie rzecz biorąc ciekawy. Opowieść o trzech księżach z różnymi wątkami pobocznymi, których historie przeplatają się, jest to obraz kościoła XXI wieku. Czy całego? Oczywiście że nie. Bo jeden film tak samo jak nie pokaże wszystkiego co złe w kościele, tak samo nie pokaże też wszystkich jego dobrych zakamarków. W tym przypadku autor czyli Wojciech Smarzowski skupił się na tych gorszych stronach. Czy jednak na prawdę kogoś jeszcze szokuje fakt pijaństwa księży, pedofilii o której powstało już wcześniej sporo innych filmów czy też mieszania się kościoła do działania państwa? W kraju gdzie Radio Maryja pomaga na beszczela wygrywać PiSowi wybory? Proszę, szanujmy się. Jedynie dwie sceny w tej całej produkcji zrobiły na mnie jakieś wrażenie. I nie była to na pewno ta ostatnia, która jak dla mnie była mocno przerysowana. Bardzo jednak podoba mi się zdanie jakie pada w filmie, które idealnie opisuje cały problem kościoła jaki niewątpliwie istnieje. Mam tu na myśli hasło – „Kościół jest święty, ale tworzą go ludzie grzeszni.” Jednak film jako całość trochę do mnie nie trafił.

Po najnowszym filmie ze stajni Marvela pod tytułem „Venom” nie spodziewałem się kompletnie niczego. Jako fan tego uniwersum nie wiedziałem nawet czego się spodziewać po produkcji o czarnym charakterze, który dostał własny film. Jak się później okazało, nie jest to jednak taki typowy czarny charakter. Wszystko jednak zaczyna się od tego, że główny bohater grany przez Toma Hardy’ego jest dziennikarzem walczącym z korporacją, która zajmuje się mniej lub bardziej legalnymi badaniami. W wyniku jednego z projektów tego konsorcjum na ziemię sprowadzone zostają tak zwane symbionty. Bliżej niezidentyfikowane stworzenia, które aby przeżyć na ziemi potrzebują jakiegoś żywiciela. I takim też żywicielem w wyniku splotu sytuacji staje się główny bohater. Zaciekawiła was ta historia? Domyślam się, że nie, ale też i nie dziwię się temu, bo nie oszukujmy się, ale nie jest ona wysokich lotów. Zresztą jak cały film. Co jednak najciekawsze to ogląda się go całkiem dobrze. Jeśli wyłączy się myślenie, a skupi na czystej rozrywce płynącej z tego rodzaju kina, to można się pokusić o stwierdzenie, że jest nawet bardzo dobrze. Największy na to wpływ ma wątek komediowy w tym filmie, podparty takim rodzajem humoru, które do mnie zdecydowanie trafia. Jednak nie ma też co ukrywać, że w tym filmie kupy się nie trzyma wiele rzeczy. Ale potencjał na znacznie fajniejsze kino na pewno był.

Gdzie tu mam jednak problem z tym filmem? Ten pojawił się już po powrocie do domu i zobaczeniu w internecie wywiadu z Tomem Hardym, który mówi otwarcie , że w finalnej wersji filmu brakuje prawie 40 minut materiału! 40 minut!!! Nie mówi on niestety dlaczego ich tam brakuje, a bardzo chętnie bym się tego dowiedział. Bo ewidentnie ten film mógłby zyskać chociażby większy sens, którego w wielu momentach brakuje przez to, że ewidentnie widać to, że coś tam zostało wycięte.

Na sam koniec zostawiłem sobie film który widziałem w ostatnią niedzielę i jest to „Pierwszy Człowiek”. Film biograficzny opowiadający o Neilu Armstrongu czyli pierwszym człowieku który stanął na księżycu. To zdarzenie to jedno z tych osiągnięć Amerykanów z którego są niezwykle dumni. A jak bardzo potrafią być dumni Amerykanie z własnych osiągnięć nie muszę chyba nikomu tłumaczyć 🙂 Powstanie tego filmu był to niemal pewnik już od jakiegoś czasu, głównie za sprawą tego, że zbliża się 50 rocznica tego wydarzenia, które jak głosi kultowe zdanie – „było małym krokiem człowieka i wielkim krokiem ludzkości”.

I podchodząc do tego filmu w taki sposób można mieć już wrażenie, że „Pierwszy człowiek” będzie typową laurką i niemal pieśnią pochwalną w jednym. I nie ma co ukrywać, że trochę czymś takim jest. Na szczęście twórcy tej produkcji uniknęli sztucznego i patetycznego tonu w jakim prowadzona jest narracja. To nie jest laurka pochwalna dla Ameryki i jej wielkości, a opowieść o człowieku, który pomimo tego, że zapisał się w losach świata już na zawsze, to jest nadal zwykłym człowiekiem. Kimś kto ma swoje problemy, wady i przywary z którymi zmaga się przez dużą część filmu. W jego życiu pojawiają się tez tragedie, które w pewien sposób sprawiają, że znajduje się on w takim a nie innym miejscu. A to że widać to na ekranie w doskonały sposób, to duża zasługa grającego główną rolę Ryana Gosslinga.

„Pierwszy człowiek” to też idealny przykład jak w kinie ważnym i potężnym narzędziem działającym na widza może być cisza. Umiejscowienie jej w odpowiednim momencie i sytuacji potrafi zrobić tyle dobrego, co kapitalne efekty specjalne bez których taki film obejść się i tak nie może. Długimi jednak chwilami miałem jednak skojarzenie, że podobny patent zastosowany był w „Grawitacji”, która też jest kapitalnym, kosmicznym dziełem. Jedynym problemem jaki wiązał się z tą ciszą było to, że do kina poszedłem mocno zmęczony. I nie ukrywam, że nie raz i nie dwa oko mi z lekka opadło, i trzeba było mocno powalczyć o to, żeby nie opadły oba 🙂 Nie wynikało to jednak z nudy jaka wiała z ekranu, a więc spokojnie wybierajcie się do kina wypoczęci, a nie pożałujecie 😉