CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Prawdziwy treningowy ogień

dodany przezKamil Timoszuk 25 lipca 2013 2 komentarze

Czasami zdarzają się takie treningi-pułapki. Pułapka polega na bardzo prostym zabiegu. Mianowicie kiedy patrzysz na rozpisane ćwiczenia do wykonania myślisz sobie: spoko, będzie dobrze. I już wtedy wiadomo, że jesteś złapany bo dany trening okazuje się być prawdziwym kilerem.

Na taką pułapkę wpadłem dziś wraz z ekipą CrossFit Atleta Team. Od kilku dni jednym z najchętniej wykonywanych treningów/sprawdzianów dla ludzi na całym świecie okazuje się być wiosłowanie na ergonometrze. Wszystko to za sprawą tego, że od kilku już dni w USA odbywają się wielkie finały CrossFit Games. I to właśnie tam jednym z największych zaskoczeń była konkurencja w postaci wiosłowania na niebagatelnym dystansie połowy maratonu czyli niespełna 21 kilometrów. To od samego początku było wielkim wyzwaniem. Chcąc się sprawdzić jak by to wyglądało w naszym wykonaniu dziś trening oparty był właśnie na wiosłowaniu. Ale może od początku.

WOD killer

To jest dokładna rozpiska tego co dziś robiliśmy zespołowo. Jako, że zespoły liczyły po 4 osoby dlatego też z tego schematu wypadły czwarte w kolejności pompki. Z perspektywy czasu i posiadanej już wiedzy mogę tylko to skomentować w jeden możliwy sposób – dzięki bogu! Jakby do tego dorzucić jeszcze pompki to parę osób mogło by chyba zejść na tym treningu, a ręce byłyby na pewno do wymiany 🙂

Ale i bez pompek był ogień w najczystszej postaci. Priorytetem były wiosła ponieważ trening kończył się w momencie kiedy cały zespół przepłynął dystans 21 kilometrów. W czasie kiedy jedna z osób wiosłowała pozostała trójka także pracowała z tym, że robiąc brzuszki, skacząc na skakance i jeżdżąc na rowerze spinningowym. Wszystko to w proporcjach 40 sekund pracy, 20 sekund na zmianę stanowisk i po 10 takich zmianach przerwa na 1-2 minuty. Z zastrzeżeniem, że wiosła pracują cały czas czyli co jakiś czas jedna z osób dawała z siebie wszystko znacznie dłużej niż 40 sekund.

To niesamowite przekonać się na własnej skórze jak bardzo za wynik sportowy odpowiada głowa. Bo kiedy wydaje ci się, że nie masz już sił, a spoglądasz na wskaźnik ergonometra gdzie pozostało jeszcze do przepłynięcia jakieś 11 kilometrów to dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa. O ile na 3 pozostałych ćwiczeniach można było trochę łatwiej złapać oddech, o tyle na wiosłach trzeba było dawać z siebie 100, a nawet więcej procent. Dobrą motywacją zawsze była osoba z drugiego zespołu która siedziała obok i tak samo jak ty walczyła o kolejne metry, o kolejne pociągnięcia i o to aby dać z siebie jeszcze więcej. To przynajmniej na mnie działało jak automat czyli jeśli ktoś był szybszy ja czułem, że znajduję jeszcze w sobie jakieś pokłady energii o której być może bym się nie dowiedział, gdyby nie właśnie ta motywacja.

Ostatecznie pomimo, że w moim przekonaniu to nie było najważniejsze to mój zespół dopłynął do mety pierwszy w czasie 1 godziny, 28 minut i 50 sekund. Praktycznie półtorej godziny maksymalnego wysiłku na maksymalnych obrotach. Nic więc dziwnego, że po skończonym treningu mało kto mógł się podnieść z ziemi. Fajne były miny dziewczyn czekających na zwolnienie sali na ich zajęcia, kiedy kolejno wychodziliśmy. Koszulki w całości mokre pokazywały, że tam odbywał się CrossFit 😉

Zresztą, a propos koszulek.

To wykręcanie z filmu było trzecim podejściem gdzie za pierwszym razem generalnie wyleciało tyle potu ile by wyleciało wody po wyjęciu takiej koszulki z pralki po namoczeniu. Poza tym zarówno ja jak i kilka innych osób pomimo wypicia w granicach 2 litrów płynów potraciliśmy w granicach 1-1,5 kilogramów masy ciała. Szkoda tylko, że nie samego tłuszczu 😉

Tak czy inaczej ten trening zapamiętam na pewno na dłuższy czas. Tak wykończonych ludzi, z organizatorem włącznie (wielkie dzięki 😉 ) nie widziałem chyba jeszcze nigdy wcześniej. Jednak siedząc już po przebraniu się i w czasie zbierania się do domu jak na złość rowerem byłem i w sumie nadal jestem niesamowicie usatysfakcjonowany. Nie samym faktem, że okazałem się wraz z zespołem od kogoś lepszy w danej chwili. To nie o to mi tak naprawdę chodzi. Dla mnie w takich chwilach najważniejszy jest fakt, że po raz kolejny jestem sam zaskoczony jaką drogę samemu udało mi się przebyć. Od 210 kilogramów wagi i generalnie niezbyt wielkiej aktywności czysto sportowej po taki ogień jak dziś. To jest naprawdę coś. Tym bardziej, że jeszcze wiem, że mam kupę rezerw. I zrobię wszystko co mogę aby je aktywować. Dla własnej satysfakcji i aby pokazać, że po prostu można.