O wszystkim

Połówka nie taka straszna

dodany przezKamil Timoszuk 7 maja 2019 0 Komentarzy

Kiedy zadasz sobie pytanie o to, który sport jest tym najstarszym, to odpowiedzi jakie przyjdą ci do głowy lub znajdziesz je w internecie jest co najmniej kilka. A czy przypadkiem takowym sportem nie jest przypadkiem bieganie? Od tych dinozaurów jakoś trzeba było przecież uciekać.

Od tak pradawnych dziejów na szczęście minęło już sporo czasu. W większości przypadków nie musimy już uciekać od dzikich zwierząt czy od innych kataklizmów. W obecnych realiach, jeśli ktoś decyduje się biegać, to robi to przeważnie dla własnej przyjemności i satysfakcji. Czy dla zdrowia? Do pewnego momentu na pewno tak, ale w dłuższej perspektywie zdania są podzielone. Faktem jest jednak to, że grono biegaczy w XXI wieku raczej nie maleje.

Nic więc dziwnego, że w ludziach uprawiających tę aktywność fizyczną często zaczynają odzywać się pradawne instynkty. Takimi odruchami może być z jednej strony chęć rywalizacji z drugim człowiekiem, lub też na przykład udowadnianie sobie (i czasami innym), że jesteśmy w stanie coś zrobić/osiągnąć. Obserwując z boku środowisko biegaczy zauważam, że takie cele są przeważnie dwa. Pierwszy z nich to bieganie coraz dłuższych dystansów, a drugi to robienie tego w coraz to lepszym tempie/czasie. I nie ma w tym oczywiście nic złego, o ile zachowamy zdrowy rozsądek.

Biegowe imprezy masowe to w tej chwili prawdziwy przemysł, który wykorzystuje boom na bieganie i z roku na rok zaraża kolejnych ludzi chęcią sprawdzenia się. Skąd to wiem? Może stąd, że kilka lat temu, kiedy czułem się już pogodzony ze sobą, swoim samopoczuciem i swoim ciałem, to odbyłem swój pierwszy bieg na 5 kilometrów w ramach akcji Białystok Biega. A po tym debiucie nastąpił bieg numer dwa, a później jak się okazało kolejne. Ubiegły rok pomimo tego, że nie planowałem tego w żadnym stopniu, to były najbardziej „zabiegane” miesiące w moim życiu. Z jednej strony bieganie było nierozłącznym elementem codziennych treningów w CrossFit Białystok. Zmuszenie się do biegania w panującym nadspodziewanie długo upale, było dość sporym wyzwaniem. Było to o tyle łatwiejsze, że nie robiłem tego sam. A jak powszechnie wiadomo – zawsze człowiekowi jest lżej na ciele i duszy kiedy wie, że kolega/koleżanka obok cierpi tak samo albo i bardziej 😉

I właśnie w wyniku tego codziennego biegania, z dziwną dla mnie łatwością w ubiegłym roku przychodziło mi zapisywanie się na kolejne zorganizowane imprezy masowe. Gdyby ktoś jakiś czas temu powiedział mi, że ja „pierwszy hejter RP biegania”, zrobię takie 3 imprezy w roku, to bym się tylko popukał w czoło. Dla osób, które są zdecydowanie większymi pasjonatami przebierania nogami, ta liczba jest pewnie śmieszna i robią ją w przeciągu miesiąca czy dwóch. Dla mnie osobiście była to swego rodzaju rewolucja. Na moją „złotą trójkę 2019 roku” złożył się białostocki City Run na dystansie 5 kilometrów, 7,5 kilometrowa zmiana w sztafecie Ekiden oraz tak zwana „Szybka Dycha”. Jak nie trudno policzyć, zbierając te wszystkie „oficjalne kilometry” do kupy wyszło na to, że w przeciągu roku zrobiłem trochę ponad półmaraton 😉 Nie wiem co jednak mną pokierowało, aby niedługo po zakończeniu biegu na 10 kilometrów zapisać się na pełny półmaraton…

Patrząc na to co robię z boku i słuchając tego jak widzą to ludzie, to należę chyba do grona ludzi, którzy lubią mieć jakiś cel w życiu. Lubię mieć z tyłu głowy pomysł na to, gdzie chcę pojechać, co zobaczyć lub też co zrobić. I to zarówno w kwestii prywatnej, jak i zawodowej. Lubię mieć poczucie, że coś co robię jest w jakimś celu, a przez to ma sens, a nie jest sztuką dla sztuki. To niejako trzyma mnie w ryzach i pozwala nie zbaczać zbyt często i zbyt mocno z obranego kierunku. Czy to się zawsze udaje i jest to skuteczne? Oczywiście że nie, bo samo życie potrafi być cholernie nieprzewidywalne. Jednak takie zobowiązanie się przed samym sobą do zrobienia półmaratonu teraz już wiem, że mi pomogło. W czym? Na pewno w swoim reżimie treningowym, który cholernie lubię ale czasami potrafi on męczyć – zarówno ciało jak i głowę na dłuższą metę. Do tego trzymanie stosunkowo czystej michy pod nadzorem surowej ale sprawiedliwej psychodietetyk Janetty ( 😉 ) i wyzerowanie w ostatnim czasie spożycia alkoholu praktycznie do zera, to kolejne plusy już samego zapisania się i wszystkich tego następstw.

Ktoś może zapytać jak długo trzeba się szykować do przebiegnięcia takiego dystansu. Ja szukając odpowiedzi na takie pytanie w internecie, znalazłem tak skrajne odpowiedzi, że po prostu odpuściłem dalszy research. Pytając najbliższych znajomych ich odpowiedzi wahały się od 1 do 3 miesięcy. I mowa tu o ludziach, którzy na co dzień trenują. Nie tyle bieganie ale jednak coś ze sobą robią. I ja trochę słuchając tych podpowiedzi, ustaliłem, że skoro półmaraton jest na początku maja, to ja się zabiorę za rozbieganie w połowie marca. I o dziwo jak pomyślałem, tak też uczyniłem. Przyznaję jednak, że na początku nie było to proste. Szczególnie w połowie marca, kiedy to ostatnie bieganie miałem za sobą jeszcze w 2018 roku, a aura w marcu nadal nie zachęcała. Nie raz musiałem sobie powtarzać przed wyjściem z domu, że „jak człowiek czegoś chce, to jest w stanie to zrobić”, tylko musi na to pozapieprzać. Proste i logiczne. Fajne w tym okresie szumnie nazwijmy to „przygotowań” było to, że niemal z każdym kolejnym biegiem (po 2-3 w tygodniu), każdym kolejnym kilometrem, to bieganie przestawało mnie wkurzać, frustrować i generalnie odstraszać. Miało na to wpływ na pewno to, że widziałem realny progres. Jednego dnia przybiegałem zmachany jak prosiak po 4 kilometrach, a innego już po ponad dwa razy takim dystansie miałem poczucie, że mógłbym więcej. Dzięki też tym tygodniom nauczyłem się o sobie tego, że ja nie potrafię biegać z kimś. Dlaczego? Na pewno dlatego, że ja podczas biegania nie gadam. Nie gadam, bo nie potrafię wtedy utrzymać w miarę regularnego oddechu, co i tak jest sporym problemem. Gdy czasami jeżdżę na rowerze i obserwuję otoczenie, to nie wiem na przykład jak biegają dwójkami panie, które do tego jeszcze sobie gaworzą między sobą 🙂 Nie biegam też z kimś, bo zawsze mam poczucie , że kogoś zwalniam. Nie lubię czuć się za to na swój sposób odpowiedzialny. Dlatego nauczyłem się i nawet polubiłem bieganie ze słuchawkami. W nich najczęściej leci albo jakaś moja muzyka, oraz coraz częściej podcasty. I tak z grubsza wyglądały moje przygotowania, które nie były na pewno idealne. Ale dla mnie były czymś kompletnie nowym, bo do wszystkich wcześniejszych biegów przystępowałem typowo „z marszu”.

Po minionym weekendzie jednak też wiem, że chyba nie byłoby możliwe przygotowanie się na tyle, abym nie czuł stresu przed biegiem. Im bliżej go było, tym to dziwne uczucie było mi bliższe. Nie było ono na pewno paraliżujące i sprawiające, że chcę zrezygnować. Nie powiedziałbym jednak, że było to przyjemne. Dlatego tutaj nieoceniona była moja dziewczyna, która zaliczała swój debiut na dystansie 5 kilometrów, która również się stresowała. A ja uspokajając ją, automatycznie zapominałem o swoim „problemie”. Taka typowa sytuacja win-win 🙂 W dniu biegu cieszyłem się z tego, że w przeciwieństwie do roku ubiegłego, tym razem nie było upału. Teraz już wiem, że było to niemal wybawienie. Było na tyle chłodno, że zamiast krótkich spodenek zdecydowałem się na wygodne dresy w których biegałem od marca i tak jakoś przywykłem. Z drugiej jednak strony jak słyszę, że jakiemuś amatorowi przeszkodziła w uzyskaniu czegoś jego koszulka czy spodenki, to od razu w głowie pojawia mi się lampka z napisem „złej baletnicy przeszkadza rąbek od spódnicy”. Dlatego ubiór to moim zdaniem w większości przypadków sprawa drugorzędna. Aczkolwiek stojąc i oczekując na swój start, po raz kolejny przekonałem się jak wielkimi gadżeciarzami są biegacze. Natomiast hasło „kupa sprzętu, zero talentu” ma zastosowanie nie tylko w środowisku CrossFit 🙂

Kiedy wybiła godzina zero i trzeba było zacząć przebierać swoimi nogami w stronę mety miałem tylko jeden cel – nie zgubić z oczu peacemakerów czyli tak zwanych zajęcy z oczu. Ludzi, którzy wyznaczali prognozowany czas ukończenia biegu na poziomie 2 godzin i 20 minut. Przed samym startem dostałem też prostą ale jak się okazało mądrą radę, aby nie poniosła mnie fantazja. A skąd wiem, że była ona mądra? Bo niestety poniosło mnie… Na początku czułem się na tyle dobrze, że zamiast biec w grupie za peacemakerami, to wyrwałem do przodu. Może nie jakoś strasznie mocno, ale jednak. Na jakimś 4-5 kilometrze miałem tę stawkę dość sporo za plecami, a w głowie panowała myśl „Brawo Timoszuk, dobrze ci idzie, nie przestawaj!”. Do takiego stanu na pewno dołożyli się ludzie stojący wzdłuż trasy, którzy cholernie pomagają w biegu. Dopóki tego nie sprawdziłem na własnej skórze, to tego nie czułem i nie rozumiałem. Teraz jednak wiem, że gdy ktoś ci krzyknie „dawaj, dawaj!” to po prostu pomaga. Nawet jeśli masz słuchawki na uszach i słyszysz co drugie słowo. Co też ciekawe, a może śmieszne, to lubię to uczucie biegania środkiem jezdni. Tej jezdni po której przeważnie poruszam się rowerem i muszę mieć wtedy oczy dookoła głowy, aby żaden kierowca mnie nie potrącił. A w trakcie takich biegów jest jedna wielka wolność, z założeniem, że nie przeszkadza się innym biegającym.

Jedną z rzeczy jakiej się bałem podczas tego półmaratonu była tak zwana „ściana”. Ściana możliwości i wytrzymałości organizmu, z którą można się zderzyć. Chwila kiedy masz jeszcze sporo drogi przed sobą, a tu czujesz, że już nie możesz przebierać nogami. Ale gdy to się dzieje, to wtedy moim zdaniem wychodzi z człowieka jak bardzo chce osiągnąć założony cel. I tak czekałem, czekałem, aż się doczekałem. W okolicach 15-16 kilometra mój plan na ten bieg zaczynał się powoli acz sukcesywnie rozjeżdżać. Dowodem na to były znikające nad głowami peacemakerów chorągiewki z magicznym 2:20. Nie wiem czy tylko ja tak miałem, ale po zderzeniu ze ścianą, niemal automatycznie wszystko zaczęło mnie wkurzać. A to słonce, które wylazło zza chmur, a to wiatr wiejący ze sporą siłą w twarz, a to nie należąca do przyjemnych kamienista droga. Przez nawarstwienie się tych wszystkich „przeszkadzajek”, nie udało mi się zrealizować założenia o nie zatrzymywaniu się. I nawet nie chodzi że stawałem jak słup soli i stałem. Czasami po prostu musiałem już kawałek podejść, aby za chwilę zebrać się do ponownego biegu. Nie było to przyjemne, oj nie. Jednak im było bliżej mety, tym czysto teoretycznie trochę sił udało się odzyskać. Widać to choćby na zdjęciach gdzie nawet się z czegoś ciesze jak głupi, pomimo że mam już serdecznie dość 🙂

Sam finisz zaś było to bardzo przyjemne doznanie. I nawet pomimo tego, że byłem daleko za tymi, którzy skończyli ten sam dystans prawie czy nawet godzinę wcześniej. Ja się cieszę ze swego, debiutanckiego czyli jak by nie patrzeć życiowego czasu, który finalnie wyniósł 2 godziny, 24 minut i 37 sekund. Szczerze mówiąc widząc jak bardzo odjechali mi ostatni peacemakerzy, to myślałem, że mój czas będzie o conajmniej 10-15 minut gorszy. A więc mały plus dla mnie. Po samym skończonym biegu, gdy chciałem coś powiedzieć, dosadnie poczułem zmęczenie już przy samej próbie mówienia. W takiej chwili wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa zabierało mi 4-5 razy więcej sił, aniżeli normalnie. O normalnym chodzeniu nawet nie wspominam 😉 Dlatego tym bardziej podziwiam tych, którzy zaraz po zakończonym biegu mieli siły na jedzenie podawanej na mecie babki ziemniaczanej i kiszki.

Takim więc oto sposobem udało mi się ukończyć swój pierwszy Białystok Półmaraton. Bieg, który jak przeczytałem opinie bardziej doświadczonych biegaczy z Polski, jeśli chodzi o trasę to do najprostszych nie należy. Ja więc nie mając żadnego porównania, tym bardziej ciesze się, że tutaj zaliczyłem swój debiut. Debiut, który nie byłby możliwy bez osób, które mi w różny sposób pomogły. Przede wszystkim dzięki dla mojej dziewczyny, która nie dość że we mnie zawsze wierzy, to jeszcze realnie wspiera mnie w praktycznie wszystkich moich mniej lub bardziej dziwnych pomysłach 😉 Do tego na pewno słowa podziękowań lecą do Janetty Sidoruk czyli psychodietetyk z którą w teorii współpracuję prawie 2 lata. Praktycznie zaś dobrych kilka miesięcy, odkąd dojrzałem do tego aby realnie uwierzyć w sens tego co chcemy razem osiągnąć. Na koniec zaś tej wyliczanki idzie męski rodzynek w tym gronie czyli Filip z Amarok Nutrition. Za co? On już dobrze wie za co 😉  Wszystkim wam wielkie dzięki!

Pozostaje teraz pytanie – co dalej? Czy będą kolejne półmaratony? Siedząc w domu dwa dni po imprezie i czując jeszcze jej skutki, na chwilę obecną mówię nie. Ale gdy dojdę do siebie… 😉 Nie mówię nie, choć temat na przykład pełnego maratonu to dla mnie na dzień dzisiejszy czysty kosmos. Szczególnie gdy sobie odświeżę pamięć i przypomnę jak czułem się fizycznie wbiegając na metę w niedzielę. Już od samego pomyślenia o tym, że to miałaby być dopiero połowa dystansu, to robi mi się słabo. Z drugiej jednak strony, jakimś spokojnym piątkom, czy nawet ciekawym dychom, nie mówię stanowczego nie. Tym bardziej, że kolejny Ekiden już za niecały miesiąc… A jak wiadomo w kupie cierpi się raźniej 😉 Później zaś muszę chyba w jakiś sposób „zmaterializować” swoje zamiłowanie do roweru i rozejrzeć się w temacie tych imprez. Tak więc nudzić się na pewno nie będę 😉