CrossFitO wszystkim

Partner na wagę złota

dodany przezKamil Timoszuk 3 lipca 2018 0 Komentarzy

Dobrzy ludzie to podstawa. Szczególnie w chwilach, kiedy sam nie dajesz z czymś sobie rady i odpowiednie wsparcie jest na wagę złota. Jak jednak takich ludzi znaleźć i jakie cechy powinni oni posiadać? Dziś postaram się trochę rozjaśnić ten temat.

Kiedy w twojej głowie zaczyna kiełkować pomysł o tym aby rozpocząć aktywny tryb życia i wpleść w niego trening, bardzo często pojawia się wiele wątpliwości. Wśród nich są takie jak „Czy dam radę?”, „Czy to dla mnie?” czy też „Jak się za to zabrać?”. Pojawia się też obawa przed tym, że musimy pójść sami do nowego miejsca, i co dla wielu osób trudniejsze – odnaleźć się tam. A w swoim życiu zaliczyłem takie dwa początki – jeden na siłowni, a drugi w crossfitowym boxie. Z racji tego, że ja generalnie lubię ludzi, to nawiązywanie kontaktów, a przez to też odnajdywanie się w nowych miejscach, przychodzi mi stosunkowo łatwo. Jednak wiem i widzę to, że nie każdy tak ma. I dobrze, bo byłoby nudno gdybyśmy wszyscy byli tacy sami 🙂

Nie oznacza to jednak, że osoby które nie są takie hej do przodu, powinny od razu rezygnować z nowych zainteresowań, a może nawet pasji w życiu. Wręcz przeciwnie! Z moich obserwacji wynika jednak to, że z dwóch miejsc o jakich dziś mowa czyli siłowni i boxie, w tym pierwszym będzie po prostu trudniej. Dlaczego? Wynika to głównie ze specyfiki miejsca, struktury i rodzaju treningu, a może też czasem i samych ludzi, którzy nie zawsze chcą się integrować ze sobą w takim samym stopniu jak w boxie. Ale co kto lubi. Warto jednak samemu sprawdzić czy dana aktywność jest odpowiednia dla Ciebie i zadecydować co dalej. Jeśli zostaniesz to jesteś na dobrej drodze do wielu rzeczy 😉 Dlaczego jednak dziś o tym piszę ten przydługi wstęp?

Głównie dlatego aby opowiedzieć wam o zjawisku zwanym partner treningowy. Tekst będzie o kimś o kim pewnie wielu z was słyszało, ale być może nie każdy miał z nim osobiście do czynienia. A szkoda, bo ktoś taki jest czasem naszym wręcz wybawieniem treningowym. Jest czasem nawet kimś takim, kto sprawia, że albo zaczynamy alb nie przestajemy pracować nad swoją formą. Zacznijmy jednak może od tego – kto to w ogóle jest? Partner treningowy jest to osoba z którą po prostu regularnie trenujesz. Jest to ktoś z kim widzisz się kilka razy w tygodniu, dzięki czemu znacie swoje mocne i słabe punkty. Bardzo często po pewnym czasie możecie nawet stwierdzić, że znacie się bez słów. Tym bardziej, że jeśli taką osobę poznacie dopiero na siłowni lub w boxie, to jest spora szansa, że wasze relacje przeniosą się także poza mury tego miejsca. Partner treningowy to po prostu ktoś kto sprawia, że gdy przy ogłoszeniu Team WOD-a w boxie gdy słyszysz od trenera sakramentalne słowa „dobierzcie się w dwójki”, to nie rozglądasz się nerwowo po boxie jak szczur po pustym sklepie z przerażeniem w oczach. Ty po prostu stoisz w miejscu i czekasz aż inni się podobierają. Stoisz i czekasz, bo wiesz, że twój partner ma to samo.

Jak się jednak takiego delikwenta lub delikwentkę znajduje? Moim zdaniem są na to dwa sposoby – wymuszony i naturalny. Ten pierwszy w moim odczuciu polega na tym, że po prostu umawiasz się z kimś na to, że zaczynacie chodzić razem na siłownię. Oboje jesteście zieloni, oboje startujecie z teoretycznie tego samego pułapu. Zagrożeniem takiej sytuacji jest to, że dopiero na siłowni czy w boxie, dopiero mogą wyjść pomiędzy wami różnice, charakterów czy podejścia do treningu, o jakich nie wiedzieliście wcześniej. Skąd jednak mogliście wiedzieć, skoro nigdy wcześniej nie byliście w takim środowisku? Dlatego też znanych jest sporo historii o tym, że dwójka znajomych zaczyna razem trenować, ale po jakimś czasie z różnych względów zostaje już tylko jedna. Co ciekawe, ten trenujący który zostaje, nie zawsze jest tym który inicjował fitnesową drogę.

Dlatego moim zdaniem tym lepszym sposobem na odnalezienie swojej „fitnessowej drugiej połówki”, jest ten naturalny sposób. Polega on po prostu na tym, że w miejscu w którym trenujecie, z upływem czasu klaruje się pewna grupa ludzi z którą spędzasz w tym miejscu czas. Zanim się z kimś sparujecie, to już na starcie wiecie, że ta druga osoba odpowiada wam charakterologicznie, godziny treningów macie podobne, oraz wiecie na co kogo stać. Jednym słowem – nie kupujecie treningowego kota w worku 😉

Ktoś niezorientowany w temacie mógłby jednak  zapytać wprost – a po co mi ktoś taki? Moim zdaniem jest przynajmniej kilka zalet posiadania partnera treningowego.

— 1 —

Na pierwszym miejscu postawiłbym motywację. Motywację do działania. Bo nie ma się co oszukiwać, ale czasami każdemu z nas się po prostu nie chce. Od tego często jest jednak partner, aby cię zmotywował do tego aby zebrać się w sobie i przyjść zrobić trening. Czy to telefonicznie czy wiadomością na FB, czy to przyjacielskim wjazdem na psychę/ambicję. Co kto lubi, co na kogo działa. SmS-y o treści „nawet nie waż mi się dziś odpuszczać treningu” potrafią być tak samo irytujące co motywujące. #TrueStory 😉

— 2 —

Drugim podpunktem jest także motywacja, ale ta już na samym treningu. Nikt inny nie zmotywuje cię tak jak partner treningowy, przyjacielskim hasłem rzuconym w ostatnich chwilach katorżniczego WOD-a. Do klasyki gatunku już dawno przeszły hasła typu „Rusz dupę!”, „Ostatnia minuta, PRZYSPIESZAJ!” czy też „Na burpeesach/bieganiu odpoczniesz!” 😉 I właśnie też z tego punktu w naturalny sposób wynika kolejny…

— 3 —

Jeśli trenujesz z kimś regularnie kilka razy w tygodniu, to doskonale wiesz na co go stać. Wiesz w czym dana osoba jest mocna, a z czym miewa problemy. I to właśnie z tej wiedzy często wynika to, że partner treningowy dokładnie wie, kiedy jest ci już naprawdę ciężko, a kiedy najzwyczajniej w świecie ściemniasz i teatralnie udajesz jak to umierasz. Bo jak mawia klasyk „Mamusię oszukasz, Tatusia oszukasz, ale partnera treningowego nie oszukasz” 🙂

— 4 —

Ostatnią z wymienionych przeze mnie zaś zalet zacząłem doceniać tak na 100% kilka miesięcy temu. Dokładnie wtedy, kiedy zacisnąłem zęby i postanowiłem, że oprócz samych regularnych treningów w boxie, będę wykonywał jeszcze tak zwane accessory work czyli po prostu dodatkową pracę. Coś co jest pod kątem treningowym nie bardzo „sexi”, ale jeśli chce się zrobić choć kroczek do przodu, to jest to niemal konieczne. Bardzo często jest to żmudna, wręcz nudna, a do tego wykonywana regularnie robota, którą uwierzcie mi na słowo – lepiej jest robić z kimś aniżeli samemu. Dlatego cholernie sobie cenię te chwile, kiedy będąc zmęczonym po regularnym WOD-zie, rzucam hasło „biegniemy kilometr/robimy tabatę/napierdzielamy cokolwiek innego” i raczej nie słyszę odmowy. A jeśli takowa się pojawia, to wystarczy jedno spojrzenie, jeden pocisk i partner jest gotowy do dalszego zapieprzania. No dobra czasami potrzebny jest podstęp w postaci na przykład zaniżenia ilości powtórzeń jakie teoretycznie zrobimy. Zawsze będę twierdził, że robię to dla jego i swego dobra 🙂 I co ważne, to musi i w moim przypadku na szczęście działa, w obie strony!

Zastanawiając się przed napisaniem tego tekstu nad tym czy miałem/mam takiego kogoś, muszę zdecydowanie przyznać, że na szczęście tak. Jakkolwiek dziwnie to brzmi ( 😉 ) ale moimi partnerami byli Patryk (piękne czasy naszych crossfitowych początków i „nieoficjalnej 14:30” 😉 ), Cezary (późnopopołudniowe spotkania przy sztandze 😀 ) oraz obecnie jest Krzysztof („#Team1530” w boxie i poza boxem 🙂 ). Każdy z nich trochę inny, ale w danym czasie i miejscu po prostu było nam po drodze. Dogadywaliśmy się z mojego punktu widzenia świetnie i co ważniejsze – wszystko było takie naturalne… Z dwoma pierwszymi nasze treningowe drogi się rozeszły, ale zdecydowanie w pokoju i przyjaźni. Takie życie po prostu. Z trzecim kooperuję w chwili obecnej i autentycznie jest mi z tym dobrze. Czy on może powiedzieć to samo? Tego się może już dowiem z komentarzu pod tekstem 😉

Tak więc myślę, że całkiem jasno nakreśliłem dziś kim jest partner treningowy. Czy ty droga koleżanko lub drogi kolego masz kogoś takiego? Jeśli nie, to spokojnie. Jest spora szansa, że jeszcze przyjdzie na to czas. Ewentualnie rozejrzyj się dookoła w miejscu gdzie trenujesz, a być może zauważysz odpowiedniego kandydata lub kandydatkę. Jeśli zaś ktoś takowy już jest obok Ciebie, to „szanuj partnera swego bo zawsze możesz mieć gorszego” 🙂