fbpx
Foto & VideoO wszystkim

Nowy rok – I co z tego?

dodany przezKamil Timoszuk 5 stycznia 2019 0 Komentarzy

Czy wy także wraz z wymianą starego kalendarza na nowy robicie dalekosiężne plany, które mają zrewolucjonizować wasze życie? Czy macie nadzieję na to, że po tej jedynej i magicznej lub jak kto woli pijackiej nocy tak wiele się zmieni?

Ja tam z wierzenia w bajki wyrosłem już dawno temu. Szkoda bowiem czasu na zawody i żal po tym jak się okazuje, że pewne rzeczy, które nawet jeśli bardzo chcemy, to się po prostu nie wydarzają. Jednak nie ma co ukrywać, że kończący się rok zawsze, nawet jeśli tylko podświadomie, ale jednak zmusza nas do pewnych refleksji. Mnie też ostatnio zmusił i w sumie to były one na swój sposób zaskakujące. Pozytywnie zaskakujące.

Co mnie zaskoczyło najbardziej? Chyba to, że gdy przypominam sobie 2018 rok, to w mojej głowie jest wiele fajnych wspomnień. Wspomnień, które o dziwo bez problemu składają się w jedną całość i dają poczucie… ewolucji. Tak, słowo ewolucja w tym przypadku pasuje chyba najbardziej. Bo nie ukrywajmy, wiele osób chciałoby czasem od razu rewolucji. I to takiej, która z dnia na dzień wywróci jego świat do góry nogami. Takiej, która jeśli nie jest do końca przemyślana, to potrafi zrobić więcej szkody niż pożytku. O tym jednak człowiek się najczęściej dowiaduje w chwili, kiedy taka rewolucja ma już miejsce.

Jest jednak takie powiedzenie, że „marzenia się nie spełniają, a je się spełnia”. I ja pod tym się zdecydowanie podpisuję. Jestem orędownikiem tezy, że na większość rzeczy trzeba sobie w życiu po prostu zapracować. Natomiast przy odrobinie wytrwałości i szczęścia, można to zdecydowanie osiągnąć. I właśnie pod kątem takiej mojej własnej pracy nad osiągnięciem swoich celów, upłynął mi rok 2018. Czy to był dobry rok? Na pewno taki, jakiego w stu procentach na jego starcie nie mogłem zaplanować.

Głównym tematem jaki przewija się przez moje życie w sumie któryś już rok z rzędu, ale w 2018 robił to szczególnie, była fotografia. Jeśli ktoś z was zagląda na bloga regularnie ten wie, że w minionych 12 miesiącach było mnie pełno w wielu miejscach. W większość z tych miejsc zabierałem swój aparat, abym mógł uwiecznić to co w danym miejscu zastanę. Przodowały w tym głównie imprezy sportowe – od CrossFitu zaczynając, a na moich pierwszych razach z wieloma innymi dyscyplinami kończąc. O samych imprezach crossfitowych, których było w tym roku stosunkowo mniej niż w latach ubiegłych, napiszę wam za kilka dni. Na szczęście byłem na tylu i na takich, z których mogę jeszcze stworzyć swoje coroczne podsumowanie. Dlaczego jednak zacząłem mniej jeździć na crosstfitowe eventy? Dziś odpowiem krótko – ponieważ uznałem, że skoro chcę z fotografii zrobić swój sposób na życie i zarabianie, to będę jeździł głównie tam, gdzie ktoś mnie chce. Ewentualnie gdzie ja sam chcę pojechać i zobaczyć konkretną imprezę. Poza tym samo środowisko crossfitowe w ostatnim czasie przechodzi jakieś dziwne i dla mnie nie do końca zrozumiałem przemiany, które mi nie do końca pasują. To jednak nie jest temat na dziś.

Dziś wolę się skupić na tym ile w 2018 roku fotografia dała mi radości. Radości z obcowania ze sportem na różnym poziomie i w różnych okolicznościach. Do tego była to kolejna okazja do poznania ludzi, których zapewne bym nigdy nie poznał. I nawet jeśli nie każdy przypadł mi do gustu, lub ja jemu, to takie spotkania zawsze nas czegoś uczą. A ja lubię się uczyć tego co mnie interesuje. I może dlatego w poprzednich miesiącach byłem na kilku różnych warsztatach czy szkoleniach, aby od mądrzejszych od siebie ludzi nauczyć się czegoś nowego. Czegoś co później będę mógł zastosować w tym co robię. I dla mnie w takich chwilach zawsze najważniejsze jest to, żeby po powrocie do domu, nie czuć zmarnowania – kasy oraz przede wszystkim czasu. A skoro takich chwil praktycznie nie było, to znaczy że było dobrze 🙂

Co jest jednak moim największym odkryciem minionego roku? To, że na fotografii sportowej świat się zdecydowanie nie kończy 😉 Dla paru z was może wydawać się to oczywiste, ale dla mnie to był swego rodzaju mój osobisty szok. I oczywiście nie chodzi o samo istnienie innych form, ale bardziej tego, że będą mi one dawać poczucie spełnienia. Bo z jednej strony fajnie jest uwieczniać emocje zastane na wydarzeniach sportowych. Dobrze jest też jednak czasem takie emocje wywoływać na potrzeby zdjęć. Takich zdjęć, po zobaczeniu których osoba fotografowana ma pozytywne odczucia które wyraża uśmiechem, podziękowaniami czy zdaniem, że na przykład nie poznaje się na tych zdjęciach.

Zresztą od jakiegoś już czasu, zacząłem publikować tutaj na blogu te zdjęcia także. Dlaczego? Bo chyba do tego dorosłem i dojrzałem. Bo chyba szkoda by było ciągle coś robić i to tylko ukrywać. Poza tym to parę osób, które dobrze wiedziało co robię „po godzinach”, namawiało mnie abym się ujawnił i zobaczył co z tego wyjdzie… I jak na razie wyszło tyle, że mogliście już poznać Dianę, Janettę, Agnieszkę, Martę, Zuzę czy Ewelinę.

A to dopiero w sumie początek, bo jak ostatnio sobie policzyłem, to gdybym w tej chwili przestał robić zdjęcia, to z dotychczasowych sesji mam już gotowy materiał na cotygodniowy cykl, który skończyłby się w okolicy połowy maja 🙂 Efektem też tego co robiłem w 2018 roku, było stworzenie pierwszego w moim życiu swojego portfolio. Portfolio zrobionego po swojemu i według własnych zasad. Portfolio, które szczerze wierzę, że nie będzie tylko martwą podstroną na moim blogu. Mam nadzieję, że będzie ono żyć, zmieniać się i rozwijać poprzez dodawanie lub zamienianie starych fotografii co jakiś czas. Póki co zapraszam was do zobaczenia obecnej formy poprzez kliknięcie w TEN link lub po prostu w poniższe zdjęcie.

No dobrze, a co poza fotkami fotografią, która jak widać po tym tekście zajęła mi dużo? Na pewno muszę wspomnieć o trenowaniu. W ostatnim czasie, od osób które śledzą mnie gdzieś w internetach, zdarzyło mi się słyszeć pytania typu – a czy ty masz jeszcze czas na trenowanie? Jakiś czas temu mnie to jeszcze dziwiło, ale teraz trochę to rozumiem. Faktem jest to, że rok 2018 był jednym, a może i nawet najmądrzej przepracowanym rokiem odkąd zacząłem regularnie trenować. 4-5 jednostek w tygodniu uznaję za dobry wynik, jak na kolesia który to robi dla własnej przyjemności i zdrowia. Największa w tym zasługa Katarzyny Baranowskiej, która przez parę fajnych miesięcy prowadziła swoje autorskie zajęcia w CrossFit Białystok. To ona pokazała mi oraz fajnej grupie #Team1530 pewne braki czy zależności w treningu jakie muszą zajść, aby to wszystko miało sens. I po kilku dobrych miesiącach trenowania w taki sposób, widzę to dokładnie, że tak właśnie jest. W chwili kiedy Katarzyny w boxie już nie ma, widzę to nawet dokładniej. Efektem jej pracy na pewno są jednak nawyki, które mi pozostały i które staram się pielęgnować. Jak dorzucę do tego wszystkiego mój ukochany rower czy parę innych okazjonalnych dyscyplin jakie czasami mam okazję próbować (typu BIEGANIE!), to wychodzi na to, że pod tym kątem także w 2018 roku nie było źle 😉 Do tego całkiem czysta micha, nie licząc cholernego grudnia, który zawsze jest problemem, to składa się to w całkiem dobry dla mnie obraz. Żebym tylko jeszcze do tego wszystkiego ogarnął bardziej regularne rolowanie i masowanie się, żeby w 2019 polikwidować pospinane ciało, to byłaby już bajka…

Tak więc byłbym głupkiem jeśli bym narzekał z premedytacją na cokolwiek co wiąże się z 2018. Bo do tego wszystkiego co już wymieniłem, doszło jeszcze kilka fajnych wydarzeń w życiu prywatnym. Życiu które staram się aby nie było mniej ważne niż to co robię zawodowo, lub że tak to nazwę, publicznie”. I może właśnie dlatego, składając to wszystko w jedną całość uważam że mój 2018 nie był zły. Cholernie wierzę w to, że właśnie jestem na początku czegoś fajnego. Czegoś co wierzę, że będzie wyglądać tak jak to sobie zaplanuję i na to sobie zapracuję.

I chyba właśnie takiego poczucia życzyłbym wam wszystkim na ten kolejny rok. Nie tego żebyście robili w swoim życiu rewolucję na siłę, ale żebyście podążali tam gdzie, z kim, jak i po co chcecie. Ciśniemy z tym 2019!