CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Nowa wersja CrossFit Games

dodany przezKamil Timoszuk 8 sierpnia 2017 0 Komentarzy

To może się wydać dziwne, ale po kilku latach śledzenia całych sezonów CrossFit Games, w roku ubiegłym dopadło mnie lekkie znużenie. Coś na zasadzie, „jara mnie to, ale nie na tyle aby dla tego zarywać noce”. W tym roku na szczęście było inaczej pod wieloma względami.

Ubiegłoroczne finałowe zmagania najlepszych atletów CrossFit Games, pamiętam głównie przez pryzmat tego, że były one „na dobitkę”. Dlaczego? Ponieważ w ten sam weekend byłem w Krotoszynie na LOGinLAB 2016 czyli polskich Gamesach. Dlatego ciężko było i fizycznie i logistycznie ogarniać w jeden weekend te dwie imprezy. W tym roku dzięki temu, że zaszło wiele znaczących zmian w samej imprezie w USA, ja osobiście czekałem na nią bardzo. Moją główną motywacją była ta najbardziej ludzka czyli ciekawość.

Chyba nie było osoby na świecie, która interesując się CrossFitem i Gamesami, nie zadawałaby sobie pytań – Jak sobie poradzi Madison? Czy to zmiana na lepsze? Czy dużo się zmieni w samych zawodach? Teraz po pierwszej z minimum trzech edycji imprezy w tym mieście, można śmiało powiedzieć, że tym razem było inaczej. O tym, że w tym roku wjechało sporo nowych konkurencji lub też wróciły stare w nowej odsłonie pisałem ostatnio TUTAJ. Nikt chyba jednak nie przewidywał tego, że na same zawody tak duży wpływ będzie miała pogoda. Przez 10 lat organizowania Gamesów na zachodzie, wszyscy chyba zdążyli przywyknąć do palącego słońca, które na swój sposób bywało uciążliwe, ale raczej nie tak, jak to co działo się w Madison. Tutaj bowiem od samego początku aura dyktowała warunki organizatorom, poprzez obfite opady deszczu, burze z piorunami oraz wichury. Patrząc na niektóre fotki z Madison, można było podejrzewać, że ten region został nawiedzony przez całkiem spore tornado. Poza tym, widok sędziów stojących w przeciwdeszczowych pelerynach, to jeden z tych obrazków, który najbardziej kontrastował z tym co działo się w Carson.

Jedną też z większych zmian w tym roku, która była bardziej znacząca dla widzów na świecie aniżeli tych na miejscu, było przeniesienie transmisji z imprezy w całości na Facebooka. Dlaczego tak zrobiono? Nie mam zielonego pojęcia, choć trochę się domyślam, ale uważam to za słaby ruch. Wiadomo, że Facebook to największy portal społecznościowy, w obrębie którego całkiem dobrze można wywołać ruch wokół jakiegoś wydarzenia. Jednak stabilność oraz jakość tych transmisji, szczególnie w pierwszych dwóch dniach, pozostawiała sporo do życzenia. Brak możliwości przewijania transmisji w trakcie jej trwania też był słaby. Do tego mam wrażenie, że przerzucenie wszystkiego na FB, a następnie linkowanie na główną stronę zawodów, spowalniało i krzaczyło samą stronę. Jak na tak duże przedsięwzięcie to trochę słabo. Z drugiej jednak strony, Gamesy w tym roku trafiły do stacji telewizyjnej CBS, która pokazywała je w USA. Tak więc Dave Castro coraz bardziej stara się przebić do świadomości typowego amerykańskiego Kowalskiego. I chyba mu to całkiem dobrze wychodzi.

W przeciwieństwie do lat poprzednich, tegoroczna impreza została skondensowana poprzez skrócenie jej o 2 dni. Można by powiedzieć – co to są dwa dni? Otóż jest to duża zmiana, ponieważ ja miałem wrażenie, szczególnie na początku zanim się do tego przyzwyczaiłem, że wszystko dzieje się na raz w jednym czasie. Kibice tam na miejscu także w paru momentach zostali stawiani pod ścianą i zarazem pytaniami – gdzie iść i co oglądać, bo zobaczyć wszystko osobiście nie dało rady. Alliant Energy Center to swoją drogą świetny kompleks sportowy i to w mieście, które jest mniejsze niż chociażby mój Białystok 🙂 Szczególnie hala w której rozgrywane były finały robiła świetne wrażenie. Bo jeśli ktoś narzekał, że w takim Madrycie na przykład kibice są daleko od swoich idoli, tak w Madison zawodnicy po przekroczeniu linii mety, niemal wpadali w pierwsze rzędy trybun. To jedna z tych małych ale znaczących rzeczy, którą trzeba zaliczyć na organizacyjny plus.

Workouty podczas finałów CrossFit Games to jeden też z tych tematów, które są najszerzej dyskutowane i omawiane. Dzieje się tak, że od kilku już lat Dave Castro miesza w tych treningach tak, aby na jednych zawodach pojawiły się takie jednostki, które można by wykonać chociażby w boxie oraz takie które są nie do przełożenia na „domowe warunki”. Wśród wszystkich znalazło się kilka takich, które śmiało nazwałbym ciekawymi. Kilka z nich jakby nie patrzeć miały swego rodzaju nawiązania do przeszłości jak tor przeszkód czy rower. Aczkolwiek właśnie rowery myślałem że będą trochę ciekawsze. Swoją drogą to wielu z zawodników ewidentnie nie potrafiło jeździć na rowerze do czego sami się w wywiadach przyznawali. A nawet gdyby tego nie zrobili, to oglądając ten event gołym okiem można było zobaczyć, że dostosowanie przerzutek do jazdy na danej trasie, to coś z czym większość z nich nigdy się nawet nie zetknęła. Poza tym wykorzystano rowery firmy Trek. A co z własnej roboty rowerami sygnowanymi marką CrossFit? Ludziom można je wciskać za kilkadziesiąt tysięcy, a na Gamesy już się nie nadają?

Nawiązanie do klimatów wojskowych także było poprzez umieszczenie noszenia kolegów lub koleżanek na noszach. O tym, że na Gamesach pojawiają się konkurencje rodem z zawodów Strongman ja się chyba już przyzwyczaiłem. Całe szczęście, że zrobiono to w miarę rozsądnie, poprzez przenoszenie 3 różnych obiektów, a nie dźwiganie jakichś kul, co nie jest ani zdrowe, ani dobrze wygląda 🙂 Plusem też była lina na ogromnym rigu w hali, gdzie zawodnicy musieli się na nią na prawdę wspinać, a nie jak to czasem bywa zaledwie wskoczyć i zaliczać ją „na raz”.

Z polskiego punktu widzenia, tegoroczna impreza była oczywiście ważna z powodu drugiego z rzędu polskiego reprezentanta na niej. Po tym jak Gabrysia Migała stanęła na podium w roku ubiegłym, tak w tym roku zobaczyliśmy Szymona Urbańskiego z CrossFit Wrocław. 15-letniego, skromnego chłopaka, który nie ma się co oszukiwać ale nie pojechał tam walczyć o czołowe miejsca. Pojechał tam przeżyć fantastyczną przygodę, dać z siebie wszystko podczas treningów oraz przede wszystkim zebrać ogromne doświadczenie, które być może zaprocentuje w przyszłości. I ten plan myślę, że udało mu się zrealizować w 100 procentach. 18 miejsce na świecie, wśród najbardziej wysportowanych nastolatków w kategorii 14-15 lat, to nadal duży sukces. Swój najlepszy event na torze przeszkód, Szymon zakończył na 9 pozycji. Szkoda tylko, że praktycznie nie można było jego startów zobaczyć w transmisji, bo realizatorzy jak rzepy czepiali się 1-2 osób w każdej z kategorii i pokazywali je niemal cały czas. Faktem jest to, że rok temu było podobnie. Wtedy jednak na nasze szczęście Gabi była w tej szczęśliwej grupie, którą sobie upodobali realizatorzy. Teraz sytuację ratował Paweł Czaplicki oraz Wojtek Kosendiak, którzy byli w Szymonem razem na miejscu. To na ich social mediach można było zobaczyć fragmenty jego starań o jak najlepszy wynik. I za to należą się duże podziękowania tym panom.

Poza tym po raz kolejny niektóre z tych dzieciaków robiły rzeczy jakich nie powstydziliby się ich starsi koledzy. Dobrym przykładem jest chociażby 17-letni Guilherme Malheiros, który wyrwał nad głowę 132 kilogramy. Jest to tym samym 4 najcięższy snatch w całej historii Gamesów. Normalnie niebywałe.

A co się działo wśród dorosłych? Tutaj zanim rywalizacja rozpoczęła się na dobre, o dwójce z atletów było „głośno” nie w taki sposób jakby oni zapewne chcieli. Jedną z tych osób była Camille Leblanc-Bazinet, która już pierwszego dnia nabawiła się kontuzji barku i była zmuszona wycofać się z dalszej rywalizacji. Drugim z zawodników, który dość szybko pożegnał się z oczekiwaniami był Josh Bridges. Trzy pierwsze workouty zakończył on na odpowiednio 38, 36 i znowu 38 miejscu. Po takim starcie nie było więc mowy aby włączył się on do walki o czołowe miejsca w tym roku.

Tegoroczne Gamesy pokazały za to, że globalizacja CrossFitu to niezaprzeczalny fakt. Tak jak jeszcze na początku tej imprezy próżno było szukać wśród stających na podium ludzi spoza USA, tak w tym roku na 6 czołowych zawodników, tylko jeden z nich pochodzi z Ameryki. Jednak tym kimś jest nie byle kto, bo najbardziej dominujący atleta w całej historii Gamesów – Mathew Fraser. Typowanie go na zwycięzcę przed zawodami nie było trudne. Za to sposób w jaki to zrobił musi budzić podziw i szacunek. Mat zdobył 1132 z 1300 (87%!) możliwych punktów, co jest najlepszym wynikiem w całej historii imprezy. Nawet Rich Froning za swoich najlepszych lat nie dominował tak bardzo widocznie jak robi to teraz jego następca. Bardzo dobre zestawienie w tym temacie zrobiła ekipa udoWODnij.com, która podsumowała ostatnie lata i styl w jakim wygrywali mistrzowie.

Co więcej, moim zdaniem Mat będzie to jeszcze powtarzał minimum 3 lata. Jeśli tylko będzie zdrowy, to nie widzę możliwości aby ktoś mu mógł zagrozić na chwilę obecną. Tym bardziej, że za jakiś czas, będzie on potrzebować nowej motywacji i nowych bodźców. A czy perspektywa zostania najbardziej utytułowanym atletą w historii Gamesów, bardziej niż Rich Froning nie jest kusząca? Znając jego podejście do tego tematu jestem o tym przekonany. Oby tylko mu zdrowie dopisało i kontuzje się go nie czepiały.

Na kolejnych miejscach u panów uplasował się Kanadyjczyk Brent Fikowski, który mam ostatnio wrażenie, że stał się idolem/faworytem wielu moich znajomych. Na trzecią pozycję wskoczył natomiast Ricky Garrard z Australii. Kompletny deiubtant w finałach CrossFit Games, któremu rok temu zabrakło jednej pozycji w Regionalsach aby wybrać się do Kalifornii. W tym roku jednak jak widać wszedł on do światowego topu z przytupem. Nic więc też dziwnego, że temu 23-latkowi przypadło również wyróżnienie dla najlepszego debiutanta sezonu.

Ogromne emocje podczas tegorocznej imprezy wzbudziła jednak rywalizacja kobiet. Tak zaciętej walki o końcowe zwycięstwo, nie było na tym poziomie jeszcze nigdy. Ja przed startem wydarzeń w Madison myślałem, że tytuł z dużą pewnością poleci na Islandię z jedną z tamtejszych zawodniczek. Plany te pokrzyżowały jednak dwie Australijki – Kara Webb i Tia-Clair Toomey. Ich walka szczególnie ostatniego dnia zapisze się złotymi zgłoskami w historii CrossFit Games. Smaczku tej całej rywalizacji dodał też pewien czynnik ludzki. Otóż w workoucie numer 12, panie miały to wykonania 75 OHS-ów. Przez błąd sędziego, który na ostatnich metrach dosłownie przysiadł na ostatniej „stacji”, Kara Webb zrobiła o 3 OHS-y mniej niż jej koleżanki. Po weryfikacji przez sędziego głównego, dodano do jej czasu dodatkowo 6 sekund. I z jednej strony to pokazuje to, że nie ważne czy oglądamy imprezę w Polsce, czy też decydujące chwile nieoficjalnych mistrzostw świata. Gdzieś na końcu zawsze pozostaje człowiek, a tym samym to czy popełni błąd czy nie. Z drugiej jednak, te 6 dodanych sekund to było zdecydowanie za mało. Patrząc na tempo w jakim Kara robiła wcześniejsze ruchy oraz to, że musiała jeszcze przejść na kolejną stację z możliwością zrzucenia sztangi, to 10 sekund wydaje się minimum. Z drugiej strony jednak gdyby dorzucono jej więcej, to być może nie oglądalibyśmy takiego piorunującego finiszu. Ostatni 13 workout był jednak popisem Islandii i Dottir Sisters, które od samego początku wyrwały jak szalone do przodu. Szkoda, że paniom zabrakło wcześniej paliwa, a być może ta finałowa batalia byłaby na jeszcze wyższym poziomie emocjonalnym.

Jednak narzekanie na to co dostaliśmy byłoby głupotą. Przed decydującym workoutem Tia-Clair Toomey miała 6 punktów przewagi nad Karą Webb. Oznaczało to, że w przypadku wygranego eventu przez Webb, to ona stawała się The Fittest On Earth. A co w przypadku gdy panie były zmuszone walczyć o miejsca 7-8? Żadna z pań wtedy nie kalkulowała, bo mam wrażenie, że nie wiedziały ile punktów jest warte dane miejsce. Dlatego trzeba było iść na 100 procent. Tia-Clair Toomey na samym finiszu już witała się z gąską, już widziała metę, ba! nawet ją przekroczyła, ale przez decyzję sędziego, który słusznie ją cofnął, dał szansę jej rywalce na wyprzedzenie jej. I tak też się stało, ponieważ Kara Webb rzutem na taśmę wyprzedziła koleżankę z Australii o 0,19 sekundy. Nie wystarczyło to jednak do wyprzedzenia jej w klasyfikacji generalnej. Zabrakło 2 punktów (podobnie było w kategorii dziewczynek 14-15 lat). DWÓCH małych punktów, na przestrzeni 4-dniowej morderczej rywalizacji, podczas której zaserwowano im 13 treningów. NIE-SA-MO-WI-TE.

Tak więc nową królową CrossFit Games została Tia-Clair Toomey. Zaledwie 23-letnia zawodniczka, która w dwóch poprzednich latach stawała dwukrotnie na podium, ale stopień niżej. W międzyczasie zaliczyła też start na Igrzyskach Olimpijskich w Rio w 2016 roku. Co jednak ciekawe, jak sama przyznała, swój tegoroczny sukces w Madison stawia znacznie znacznie wyżej aniżeli wyjazd do Rio.

W tym roku zakończyła się też trwająca 6 kolejnych lat dominacja Richa Froninga. Po czterech zwycięstwach indywidualnych oraz dwóch w zespole, w tym roku jego CrossFit Mayhem zakończył rywalizację „tylko” na drugim miejscu. W ogólnym rozrachunku Rich Froning od 8 lat kończy udział w CrossFit Games na miejscu nie niższym niż drugie. O tym, że jest się w czołówce takich zawodów decyduje nie tylko sprawność czy siła ale także cwaniactwo. Tym się wykazał Rich w treningu, w którym razem z zespołem musieli oni przetaczać się przez wysokie bele słomy. To właśnie wtedy ekipa Richa została wyprzedzona przez późniejszych zwycięzców Wasatch CrossFit. Jednak to Rich wiedział, że czas zespołu liczy się wtedy, kiedy przez linię mety przebiegnie kapitan, który na nodze ma czip zatrzymujący czas. Co doświadczenie, to jednak doświadczenie 😉 Przyjmując jednak srebrny medal Rysiek nie uśmiechnął się ani razu, a więc wcale bym się nie zdziwił, gdyby to drugie miejsce traktował jako swoistą porażkę. To jednak cechuje tych właśnie największych – Nigdy nie mają dość.

Tak więc czy tegoroczne Gamesy były lepsze niż poprzednie? Na pewno były inne. Mam wrażenie, że wiele rzeczy było nie tyle niedopracowane, co bardziej organizowane trochę w ramach testów na żywym organizmie. Organizmie często chwiejnym i kapryśnym jak chociażby w przypadku pogody. Co jednak warto odnotować, tegoroczna impreza dostarczyła sporo „momentów” czyli takich sytuacji, chwil czy wydarzeń, które przynajmniej w mojej pamięci zostaną na dłużej. Z roku ubiegłego pamiętam w tej chwili jedynie Gabi, powrót do korzeni czyli wyjazd na farmę oraz te nieszczęsne HSPU na kółkach gimnastycznych. Teraz być może nie jest to do końca obiektywne, bo wszystko to jest przede wszystkim świeże. Jednak odnoszę wrażenie, że za kilka miesięcy znacznie więcej fajnych wrażeń zostanie w mojej głowie. Takich odczuć, które sprawią, że na kolejny sezon Open, Regionals oraz Games będę po prostu oczekiwał ze zniecierpliwieniem. A to jest chyba całkiem niezły wyznacznik jakości minionej imprezy.