fbpx
LudzieO wszystkim

Normalni Nienormalni – Michał Sieńczuk

dodany przezKamil Timoszuk 2 listopada 2014 0 Komentarzy

Wśród nasz żyją często ludzie, którzy nie uchodzą za żadne gwiazdy czy innych (tfu!) celebrytów. Jednak swoją osobą i bardzo często tym co robią w swoim życiu i w dużej mierze dla innych, śmiało można ich nazwać wyjątkowymi. To w głównym stopni pasja jaką kierują się w swoim życiu sprawia, że są oni w tej samej chwili normalni i nienormalni.

Swój nowy cykl, który planowałem rozpocząć na blogu już jakiś czas temu, chciałem rozpocząć z wysokiego pułapu. Skłamałbym też gdybym napisał, że długo zastanawiałem się kto będzie moim pierwszym rozmówcą i osobą, która opowie mi trochę o swoim zwariowanym na swój sposób świecie. Niemal idealnym kandydatem od samego początku był Michał Sieńczuk. Człowiek, którego poznałem trenując w CF Podlasie, a który jak się później dowiedziałem, znał mnie już wcześniej z tego właśnie bloga 😉 To właśnie w dużym stopniu Michał sprawił, że kilka miesięcy temu stawiłem czoła wyzwaniu i zrobiłem jedną z bardziej szalonych rzeczy w swoim życiu.

Emocje towarzyszące skokowi z 5 tysięcy merów nad ziemią, to jest coś co tak naprawdę jest ciężko opisać słowami. W jednej chwili mieszają się ze sobą tak czasem sprzeczne i jednakowo silne uczucia, że to wprost niewyobrażalne. Zresztą o samym moim skoku możecie przeczytać TUTAJ. Dla Michała jest to jednak niemal chleb codzienny, ponieważ mając 23 lata, skacze on praktycznie już od 10. Na swoim koncie ma więc sporo doświadczenia, którym zechciał się ze mną, a tym samym także i z wami podzielić.

Zanim jeszcze zaczęliśmy rozmawiać, Michał zaskoczył mnie już na wstępie. Na rozmowę przyjechał tak przygotowany, jak życzyłbym każdemu, kto robi jakiekolwiek wywiady, aby jego rozmówcy byli tak przygotowani. W moim przypadku przywiózł on ze sobą masę fotek i innych spadochroniarskim materiałów, które miały mi uzmysłowić wiele rzeczy na temat na jaki będziemy rozmawiać.

Michał Sieńczuk pamiątki 1

Nie regulujcie monitorów – te fotki na prawdę są czarno-białe 🙂

Michał Sieńczuk pamiątki 2

Zresztą nasza rozmowa nie była także standardowa. Pomimo tego, że miałem przygotowane jakieś wstępne pytania, to przegadaliśmy sporo czasu na sporo innych nie planowanych tematów. Bo musicie wiedzieć, że Michał to straszna gaduła, tylko trzeba mu podrzucać zgrabnie kolejne tematy, a dalej już po prostu wszystko samo płynie. Dlatego też nie zdziwicie się czytając poniższą rozmowę, gdy będziemy skakać z tematu na temat. Nie chciałbym jednak, aby coś fajnego lub ważnego z naszej rozmowy umknęło. A wszystko zaczęło się już podczas oglądania starych fotografii, kiedy Michał przejął głos…

– Zobacz Kamil ile teraz my skoczkowie mamy różnych urządzeń typu wysokościomierze cyfrowe, które nas w różny sposób zabezpieczają. Kiedyś było natomiast tak, że skoczek po wyskoczeniu z samolotu, liczył po prostu czas jaki swobodnie leci. Jedyny wysokościomierz jaki mieli skoczkowie to był ten w kabinie pilota samolotu, który przed skokiem informował skoczka na jakiej wysokości właśnie lecą. Poza tym kiedyś nie skakało się z takich wysokości jak teraz, bo ludzie mieli większe doświadczenie w swobodnym spadaniu. Po to jest przyspieszony kurs AFF czy też kurs na static line czyli szkolenie na linę desantową, abyś był w powietrzu bezpieczny i nie zrobił sam sobie krzywdy. 30 lat temu ludzie tak naprawdę nie mieli jeszcze zielonego pojęcia o skokach. Jedyne skoki ze spadochronami oddawało wojsko, a szkolenie cywilów dopiero się rozpoczynało. Skakanie na wojskowych spadochronach, którymi nie dawało się praktycznie sterować, też nie należało do najprzyjemniejszych. Do tego dochodziła jeszcze ówczesna nieumiejętność płaskiego spadania i z tego naprawdę wychodził niezły misz masz. A to było zaledwie 30 lat temu, czyli stosunkowo bardzo niedawno. Kiedyś jednak w aeroklubach szkolenia odbywały się za darmo. Zresztą do dziś w statucie aeroklubów jest zaznaczone, że jest to instytucja, która bardziej ma uczyć i pomagać w nauce niż zarabiać pieniądze. I nie ma co ukrywać, że jest to typowy strzał w kolano, przez który wiele aeroklubów ma duże problemy. Mamy teraz takie czasy, że ta forma jest po prostu nieżyciowa, a zarabiają na tym firmy wszelkiego rodzaju, których nie ograniczają różne obostrzenia.

Czyli Aeroklub nie ma w statucie możliwości zarabiania?

Michał Sieńczuk 9– Oczywiście że ma, tylko jest to skonstruowane tak, że jeżeli opłaciłeś roczną składkę członkowską to aeroklub statutowo nie może na tobie zarabiać i do tego muszą cię wspomóc. W Białymstoku wygląda to tak, że skok ze spadochronem powinien kosztować 90 złotych, a kosztuje 70. Czyli do każdego ze skoków aeroklub dopłaca de facto 20 złotych. Teoretycznie powinien być w tym jakiś zarobek, ale samolot na przykład jest tak nieekonomiczny, że to się po prostu nie opłaca. W tamtym roku koszt wypożyczenia szybowca na godzinę to było 30 złotych, gdzie wypożyczenie łódki na zalewie na Dojlidach kosztuje drożej. Z drugiej jednak strony nie mogą zabronić ludziom skakać, bo statut mówi coś zupełnie innego. I to jest tak naprawdę największy problem. Bo nawet jeśli taki aeroklub wyjdzie na zero w ostatecznym rozrachunku, to za co mają oni kupić nowy sprzęt, samolot i tak dalej? A firmy wygrywają właśnie tym, że wystarczy przyjechać na strefę gdzie odbywają się skoki, zapłacić za skok i po prostu polecieć, bez żadnych składek, papierów czy innych tak naprawdę zbędnych formalności. Dlatego też my tak często jeździmy na nieodległą Litwę aby robić to co kochamy.

Czy są więc jakieś, jakiekolwiek plusy należenia do aeroklubu?

– Ja tak naprawdę takich nie widzę. Jednym z nich może być zrzeszanie społeczności wokół właśnie tej instytucji. Jednak z drugiej strony, gdyby ten aeroklub był naprawdę fajny, to by to działo się samo. Oczywiście niektórzy ludzie lubią tego typu klimaty, ale ja osobiście jestem dość anty nastawiony do tego tematu. Ja zdecydowanie wolę rozwój.

Tak więc czy w pobliżu Białegostoku są jeszcze inne lotniska gdzie można skakać ze spadochronem?

– Suwałki, Olsztyn, Warszawa oraz Litwa.

Dlaczego więc wy jeździcie właśnie na Litwę?

– Bo tam jest fajny klimat, który zresztą sam widziałeś i chyba możesz potwierdzić.

Zdecydowanie tak! 😉

– No właśnie. Tam właśnie jest takie typowe community, które ściąga takich ludzi jak my, a do tego możemy tam przenocować, pobawić się i wrócić szczęśliwi do domu z głowami pełnymi kolejnych wrażeń. W takiej Warszawie na przykład też jest podobnie, ale tam jest zdecydowanie więcej ludzi, żeby nie powiedzieć tłok. Poza tym w stolicy jest to już zdecydowanie bardziej skomercjalizowane. W czasach gdzie skoki szczególnie tandemowe stały się tak bardzo popularne, oraz co najważniejsze dostępne, widać natłok firm, które chcą świadczyć takie usługi. My jeżdżąc na Litwę jesteśmy tam sami, a w Warszawie takich firm jest na przykład 10.

Michał Sieńczuk 5

Widziałem też, że oprócz normalnego skakania ze spadochronem, byłeś też pod Warszawą w tunelu aerodynamicznym Flyspot. Jakie są twoje wrażenia?

– Świetna sprawa pomimo tego, że ceny są dosyć wysokie bo godzina lotu z instruktorem kosztuje 600 euro. My natomiast używamy tego przede wszystkim do celów naukowych, czyli po to aby trenować i uczyć się nowych rzeczy. Jednak w ogólnym rozrachunku wychodzi to bardzo podobnie cenowo do zwykłego skakania. Tu jednak jest ten plus, że nie ogranicza nikogo w żaden sposób pogoda.

Z tego co już wiem, to ty zaraziłeś się spadochroniarstwem od swojego ojca. A jak on zaczynał swoją przygodę z tym sportem?

– Mój ojciec zaczynał skakać kiedy miał 16 lat. Jednak jego historia również jest ciekawa, ponieważ on całe życie chciał być lotnikiem i latać na szybowcach. Jednak tak się złożyło, że zapisał on się zbyt późno i dlatego ktoś mu poradził, aby zapisał się najpierw do grupy spadochronowej, a za rok przepisał się do grupy latającej szybowcami. Jednak po rocznym szkoleniu, które w tamtych latach właśnie tyle trwało i obejmowało przygotowanie zarówno teoretyczne jak i też fizyczne, został on w grupie szczęśliwców, która ukończyła te szkolenie. Z mniej więcej 100 osób w tamtych czasach, kurs z pozytywnym wynikiem dało radę skończyć około 17 osób. To też sprawiło, że już nigdy do szybowców mój ojciec nie wrócił.

A jak było z tobą i twoim skakaniem?

– Ja mając w rodzinie skoczka, też praktycznie od zawsze chciałem skakać. Swój pierwszy skok tandemowy, czyli będąc przypięty do kogoś, oddałem w wieku 13 lat. Teraz dobrze wiem, że w tamtym czasie nie ogarniałem tego tematu i byłem kompletnie nieświadomy tego co robię. Zaraz po wyskoczeniu z samolotu przytkało mnie powietrze, ale gdy udało mi się podnieść głowę do góry to już było znacznie lepiej. Pomimo tego, że to wszystko było takie jakby rozmazane, to doskonale pamiętam jak w powietrzu podlecieli do mnie inni skoczkowie, przybili piątkę i to było fantastyczne. Wszystko razem wydawało mi się to jednak niemal nierealne i trudne do ogarnięcia. Do dziś wyskok z samolotu odbieram to jak skoczenie w taką jakby masę składającą się z cząsteczek, gdzie później wiatr utrzymuje cię w powietrzu. Bo skacząc z samolotu, z braku punktu jakiegokolwiek odniesienia, nie ma lęku wysokości. Jest tylko jedna wielka przestrzeń. Patrząc jednak na to wszystko z drugiej strony, to ja praktycznie wychowałem się na lotnisku. Od małego rodzice zabierali mnie ze sobą i tam w momencie kiedy ojciec skakał, to mną się ktoś tam zajmował. Poza tym osłuchałem się z praktycznie wszystkimi możliwymi w tamtym czasie wykładami, szkoleniami i tego typu sytuacjami, że można śmiało powiedzieć, że przesiąkłem tym wszystkim całkowicie.

Michał Sieńczuk 8

Jednak po swoim pierwszym skoku w wieku 13 lat miałeś przerwę 2 lata. Dlaczego?

– W głównej mierze dlatego, że w Polsce oficjalnie możesz skakać samodzielnie od 16 roku życia. Na Litwie natomiast funkcjonuje stary radziecki system, gdzie skoki można zaczynać już od 14 roku życia. Jako, że mój ojciec w tamtym czasie już na tę Litwę jeździł, to było to nie ukrywam dla mnie bardzo na rękę. Aczkolwiek ojciec też dbał o to, aby mi sodówka nie uderzyła do głowy i dlatego moje samodzielne skoki starał się jak najbardziej odciągnąć w czasie. Praktycznie też chciał mnie niemal zmusić do tego, abym przeszedł całą drogę starym systemem szkolenia. I po wykonaniu w końcu trzech skoków na linę, znowu miałem rok przerwy, ponieważ mówiąc krótko – nie ogarnąłem. Głownie dlatego, że już chwile po pierwszym skoku, na drugi zdecydowałem tego samego dnia. Wszyscy ówcześni znajomi moi i ojca, nakręcali ten cały hype wokół mnie i to, że muszę koniecznie skakać i być tak samo dobry jak mój ojciec. Natomiast główną myślą jaka chodziła po mojej głowie było to „CO JA TU ROBIĘ?!”. Paraliżował mnie strach i byłem niemal święcie przekonany, że to na pewno nie jest sport dla mnie. Poza tym doszedł jeszcze jeden taki skok, który odbyłem razem z ojcem, a był to chyba jeden z najgorszych skoków w moim życiu. Głównie dlatego, że ojciec chciał tak bardzo aby mi wszystko dobrze wyszło, że z tego wszystkiego lecąc już bez spadochronu… podbił mi oko wysokościomierzem 🙂 Później jeszcze tylko na koniec przywaliłem tyłkiem o ziemię i byłem niemal pewny, że to był mój ostatni raz. Jednak po jakimś czasie ojciec namawiając mnie na ponowną próbę, wziął mnie trochę pod włos i wjechał na ambicję. Muszę też przyznać, że to był prawdziwy strzał w dziesiątkę, bo ten skok właśnie przestawił mi w mojej głowie wszystko o 180 stopni. Wtedy właśnie poczułem, że to jest to! Co więcej, najbardziej w tym wszystkim kręcił mnie ten strach przed skokiem, którego chciałem ponownie doświadczać.

A czy teraz, gdy masz za sobą ponad 1300 oddanych skoków, to czy nie denerwuje cię to, że ten czas spadania bez spadochronu jest tak krótki?

– To jest trochę irytujące bo zawsze chciałoby się więcej i więcej. Jednak w dużej mierze jest to po prostu kwestia przyzwyczajenia się. Są też takie skoki, gdzie trzeba się skupić aby wykonać w powietrzu daną sekwencję i czasami brakuje tych 4-5 sekund aby to skończyć. Poza tym skoki dzielą się na etapy gdzie najpierw możesz zrobić różne rzeczy lecąc swobodnie, a drugim etapem jest moment lotu i lądowania ze spadochronem. Wiele osób zapomina o tym, że skok nie kończy się w momencie kiedy otwiera się spadochron. Skok się kończy w chwili, kiedy wykona się na ziemi pierwsze trzy kroki. Ja poza tym zdecydowanie wolę latanie na czaszy spadochronu, bo to mi sprawia większą frajdę i to właśnie tam można poczuć tę prędkość.

– Lecąc ze spadochronem jest trochę inaczej, bo masz już obok siebie jakieś punkty odniesienia i czujesz respekt do ziemi. W powietrzu jest przede wszystkim bezpieczniej bo 99% wypadków spadochronowych zdarza się właśnie podczas lądowań. I to nawet nie w przypadku tandemów, gdzie sam mogłeś poczuć, a później zaobserwować, że jest to bardzo bezpieczne i siada się niemal dosłownie na tyłku.

Jak wygląda na przykład szkolenie na static line?

– Na początku twoje pierwsze skoki polegają na tym, że musisz tylko wysiąść z samolotu, a lina sama otworzy ci spadochron. Później musisz markować otwieranie spadochronu łapiąc za pilocika, lub tak jak w wielu filmach jest pokazane, że się łapie za linkę na brzuchu. Na początku jednak uczysz się przede wszystkim dobrego wyskakiwania z samolotu. Później jest właśnie nauka symulowania, a na końcu jesteś puszczony samodzielnie. Polega to na tym, że wyskakujesz samodzielnie i samodzielnie otwierasz spadochron, a następnie z każdym kolejnym skokiem idziesz w górę z wysokością na jakiej wyskakujesz. Dochodząc do mniej więcej 3 tysięcy metrów możesz już spadać sam. Jednak na początku to nie jest przeważnie dobre spadanie. Po to są też te przyspieszone kursy AFF, które uczą właśnie, jak wygląda pozycja płaska czyli ta bezpieczna pozycja. Kiedyś natomiast uczono przede wszystkim dobrego wyskoku, a dalej czasami bywało różnie 😉

Michał Sieńczuk 10Ty skaczesz, tata skacze, a co z mamą?

– Mama skoczyła w swoim życiu dwa razy, ale co ciekawe ani razu w tandemie, tylko dwa razy na linę. Jednak na tym jak na razie się skończyło. Mama jak to mama – boi się o mnie i o ojca. Szczególnie w momentach, kiedy mówimy jej o tak zwanym ratowaniu czyli przymusie użycia zapasowego spadochronu. Na szczęście zdarza się do bardzo rzadko, bo dla mnie jak na razie 5-krotnie. Mama jednak poszła w bardziej przyziemną pasję czyli podróżowanie, która daje jej dużą satysfakcję. Poza tym też razem z ojcem morsują czyli kąpią się w zimnej wodzie zimą.

A powiesz coś więcej o tym ratowaniu?

– Dla nas jest to typowa przesiadka z jednego spadochronu na drugi. Można to mniej więcej porównać do tego, że gdy kierowca nie jest w stanie z jakiegoś powodu zahamować w swoim samochodzie zwykłym hamulcem, to używa ręcznego. I w naszym przypadku jest podobnie, więc nie ma co tego zdarzenia tak bardzo demonizować. Poza tym w naszym środowisku takie ratowanie wiąże się też z niepisaną zasadą, że każdy skoczek któremu zdarzy się właśnie taka sytuacja, jest nieoficjalnie zobowiązany postawić innym swoim kolegom skoczkom przysłowiowe piwo. (moje wtrącenie: tak to prawda, widziałem na Litwie 😉 ). Zresztą z tym także wiąże się taka zabawna sytuacja, że kiedyś mój ojciec zatrzasnął się w hangarze, a w tym samym momencie ja skakałem i miałem właśnie ratowanie. Koledzy ojca widząc na niebie co się dzieje zaczęli krzyczeć i panikować, na co mój ojciec tylko stwierdził: „Spokojnie, to tylko mój syn” 🙂 Jego reakcja była spowodowana tym, że on przez szparę w hangarze doskonale widział, że ja wylądowałem już bezpiecznie na ziemi, a z nieba spada jeszcze mój podstawowy spadochron, z którego w takiej sytuacji trzeba wypiąć.

Poza tym na przykład instruktorzy muszą mieć na swoim koncie przynajmniej jedno ratowanie, aby wiedzieć jak zachować się w takiej sytuacji. Gdy coś takiego nie zdarza się dla danego skoczka naturalnie, to wtedy jednym ze sposobów aby sprowokować taką sytuację, jest świadome złe złożenie podstawowego spadochronu. Jednak trzeba tutaj zaznaczyć, że my po pierwsze też jesteśmy ludźmi i lubimy czasem pożartować. Poza tym my na pierwszym miejscu jesteśmy profesjonalistami, którzy mają do siebie duże zaufanie. A w takiej grupie ludzi możemy sobie pozwolić na trochę więcej.

A czy ty myślisz o skokach ze spadochronem pod kątem udziału w jakichś zawodach?

– Myślę, że tak. Jak na razie mam zwycięstwo w jednych małych zawodach ZPS czyli Związku Polskich Spadochroniarzy w konkurencji lądowania na celność. Jest to konkurencja w której trzeba wylądować jak najbliżej oznaczonego na lądowisku tak zwanego punktu zero. Kto wyląduje stosunkowo najbliżej niego, ten wygrywa takie zawody. Są tacy zawodnicy, którzy w ten punkt, mający średnicę 6 centymetrów, potrafią uderzyć piętą. Jest też na przykład konkurencja, w której przy lądowaniu trzeba najpierw piętą „pociągnąć” po stawie, który jest na lądowisku i zmieścić się pomiędzy dwoma słupkami, za co jest 50 punktów, następnie trafić w takie linie za co kolejne jest 50 punktów, a na koniec wylądować w takim kwadracie, który premiowany jest kolejnymi 100 punktami. Niestety w Polsce nie ma jeszcze poważnych zawodów w tej konkurencji, ponieważ spadochroniarstwo w Polsce dopiero się rozwija, a ta forma rywalizacji jest najbardziej niebezpieczna. Do tego jest jeszcze kilka innych konkurencji, jak na przykład celność, dystans, lądowanie synchroniczne, freesyle, latanie dwójkami, czwórkami czy szesnastkami czy też big way czyli latanie w 400 osób.

– Jest w tej chwili plan aby pobić rekord świata w Dubaju i wykonać skok, w którym weźmie udział 500 osób. Poza tym jest też rekord tak zwany head down przy biciu którego bierze udział „zaledwie” 200 ludzi, ale to już jest zupełnie inna bajka. Jest to tak zwane latanie 3D czyli można polecieć praktycznie wszędzie przy prędkości ponad 300 kilometrów na godzinę.

– Świat do góry nogami jest piękny. Ja bardzo długo walczyłem z tym aby właśnie przestawił mi się on w ten sposób. Spadanie głową w dół nie jest najtrudniejszą pozycją w skokach spadochronowych, ale jest jedną z najtrudniejszych do nauczenia się. Wiele osób jakby dąży do tego, aby właśnie latać na głowie. Aby to osiągnąć trzeba sporo obycia w powietrzu, ponieważ gdy nie jesteś stabilny, bardzo łatwo jest się wywrócić. To tylko na filmach tak lekko i łatwo to wygląda 😉 Z drugiej jednak strony adrenalina takim akcjom towarzyszy zawsze. Czy masz na koncie jeden skok, czy też ponad tysiąc, to nie ma żadnego znaczenia. Oczywiście po iluś tam skokach nie masz już tak, że endorfiny i adrenalina niemal zalewa ci Twój mózg. Ale w dalszym ciągu czujesz tę radość, która pcha cię do tego aby robić to dalej i dalej. Poza tym z każdym kolejnym skokiem, masz większą świadomość swojego ciała i tego co możesz z nim zrobić w powietrzu, a to także znacząco wpływa na to, jak odbierasz kolejne skoki. Stres nie mija praktycznie nigdy, ale jesteś w stanie po jakimś czasie po prostu go kontrolować. Nie można w tym sporcie powiedzieć ani słowa o rutynie, bo takie zjawisko nie istnieje. Każdy skok jest inny, warunki pogodowe są inne, a więc i sytuacja w powietrzu także jest zmienna.

W planach miałem rozpocząć naszą rozmowę od tego pytania, ale nie mogę sobie odmówić przyjemności zadania go teraz – Czy jesteś szczęśliwy i co to jest dla Ciebie jest szczęście?

– Tak, myślę, że jestem. A co to dla mnie takiego? Tak jak już ci wcześniej mówiłem, ja najwięcej radości czerpię z ludzi którzy mnie otaczają. Ja sam w sobie nie jestem tego typu osobą, co bez powodu potrafi podskakiwać z radości i niemal wiwatować z tego powodu. Ja bardziej cieszę się z tego, że mogę innych uczyć i cieszyć się z tego, że ktoś się czegoś nauczy lub coś osiągnie. Z drugiej strony dochodzi do tego wszystkiego także i życie codzienne, bo gdy jestem w chmurach to jestem niesamowicie szczęśliwy, wyłączam się i świat naziemny może dla mnie nie istnieć. Jednak później trzeba wrócić do Białegostoku i pożyć trochę na ziemi.

Jak wyglądają twoje przygotowania do sezonu spadochronowego?

Michał Sieńczuk slider– Główną sprawą jest twój sprzęt, który trzeba zanieść do odpowiednio przeszkolonej osoby, która składa Ci przede wszystkim twój zapasowy spadochron. Ten spadochron składa tylko kilka osób w Polsce, które nazywają się riggerami. Do tego też w Polsce trzeba co roku zdać taki test teoretyczny KWT. Na koniec obowiązkowe jest ubezpieczenie i właściwie to wszystko.

Czy skakanie jest drogim sportem?

– Wiele osób uważa widząc cenę za kurs spadochronowy w wysokości 4 tysięcy złotych, że to dużo. Jednak to tak naprawdę nie jest dużo, jeśli policzymy sobie wszystko razem. Jeśli ktoś chce naprawdę być spadochroniarzem, to musi liczyć się z wydatkami na takie rzeczy jak kask, wysokościomierz, okulary, rękawice, kombinezon czy na samym końcu własny spadochron, którego cena waha się w granicach od 20 do 30 tysięcy złotych jeśli mamy na myśli nowy sprzęt. Tym bardziej jeśli zaczynasz zabawę w ten sport, to nie ma co się oszukiwać, ale większość chce mieć rzeczy nowe i po prostu fajne. Poza tym jeśli nagle okazuje się, że wolisz mieć szybszy niż dotychczasowy spadochron, to zmiana generuje kolejne koszty. Jeśli do tego doliczymy też koszty oddawanych skoków, to wychodzi całkiem pokaźna kwota. Ja miałem to szczęście, że mój ojciec był jedną z pierwszych osób w tym kraju, która starała się skomercjalizować skakanie. On wraz ze swoim znajomym zaczęli sprowadzać do Polski nowy sprzęt, wszelkie nowinki, a ja widząc, że są takie możliwości zobaczyłem, że skakanie to może być nie tylko moje zainteresowanie czy nawet pasja, ale prawdziwy sposób na życie.

A czy współpraca z ojcem to dobra opcja, że tak powiem?

– Na początku oczywiście bywało różnie, głównie z racji poziomu doświadczenia jakie nas dzieliło i nadal jakby nie patrzeć dzieli. On ma w tej chwili ponad 3 tysiące skoków, a ja ponad 1 tysiąc, ale robię wszystko aby go w tej kategorii dogonić 😉 Jednak nasze drogi w kwestii samego latania się przez te wszystkie lata trochę rozeszły. On robi swoje dyscypliny w powietrzu, a ja swoje, natomiast praca to praca. On kiedyś występował nawet na mistrzostwach Polski w czwórkach. Najważniejsze jest jednak to, że dajesz ludziom radość ze skoków i tego nikt mi nie zabierze.

W jakim najfajniejszym miejscu do tej pory udało ci się oddać skok?

– Na Helu, zdecydowanie. Na Helu było kozak 🙂

Michał Sieńczuk 7

To wygląda, szczególnie z góry, na prawdę kosmicznie. Poza tym fajnie skacze się też w górach. Do tej wyliczanki dorzuciłbym tez Kłajpedę, gdzie po wylądowaniu na plaży wraca się po skoku promem.

Michał Sieńczuk 3

Poza tym w skokach jeszcze świetne jest to, że bez różnicy w jakim miejscu na ziemi wylecisz samolotem wysoko nad chmury, to tam zawsze świeci słońce.

Michał Sieńczuk 6

Jakie są twoje najprzyjemniejsze wspomnienia związane ze skokami?

– Wszystkie są przyjemne! Poza tym też to, że jestem szczęśliwy, a same skoki dają mi energię do życia, do robienia fajnych rzeczy i do nie marnowania czasu. Poza tym też dzięki skokom mam możliwość rozwijania się sam dla siebie. Za tym też idą kolejni ludzie poznawani gdzieś dzięki temu. Być może ja na co dzień jestem nudziarzem, ale wszystkie te weekendy, kiedy gdzieś jedziesz, poznajesz masę nowych ludzi, dzielisz z nimi te wszystkie fajne emocje, to jest to coś co cię nakręca. Tak więc nie można powiedzieć, że jest tylko jedna rzecz jaka dobrze kojarzy mi się ze skokami, a jest ich zdecydowanie więcej.

A czy jest coś mniej pozytywnego co byś związał ze skokami?

– Oprócz konieczności płacenia za nie, to chyba nic 🙂 No może jeszcze sytuacja, kiedy spadnie deszcz i trzeba odwołać skoki, lub też na przykład auto odmówi posłuszeństwa w drodze na skoki. A tak poza tym to chyba już nic.

Oprócz tego, że skaczesz ze spadochronem, to dodatkowo jeździsz jeszcze szybkim motocyklem oraz zimą uprawiasz snowboard. Jak więc daleko jest przesunięta twoja granica strachu? Jest jeszcze margines gdzie można by ją przesunąć?

Michał Sieńczuk 2– To może z boku tak wyglądać, ale ja naprawdę jestem strasznym panikarzem. Oczywiście lubię czasami robić takie trochę głupie rzeczy, takie bardziej „po bandzie”, ale ze wszystkich moich najbliższych znajomych, których ty także miałeś okazję poznać, to ja zdecydowanie jestem najspokojniejszy. Ja też na przykład nie lubię skakać z przypadkowymi ludźmi których nie znam, bo tak jak w każdym sporcie, musisz ufać osobom z którymi to robisz. Musi być pomiędzy wami taka naturalna niewidzialna więź, która sprawia, że czujesz się bezpiecznie, a która także przekłada się później na normalne życie. Tym bardziej, że to co robimy jest to sport ekstremalny, a więc musimy sobie zajebiście ufać. O wypadek w powietrzu nie jest trudno, w przypadku gdy lecicie dobrze ponad 200 kilometrów na godzinę. Mówiąc jednak o przesuwaniu granic, to mogę tu powiedzieć o tym, że skoczkowie otwierają swoje spadochrony na różnych wysokościach, ale standardowo jest to 1500 metrów. Wielu moich znajomych robi to jednak wiele niżej. Ja natomiast robię tak rzadziej, a więc mam jeszcze margines do przesuwania tych granic. Wolę to robić jednak bezpiecznie. Poza tym dla szarego Kowalskiego, już to co my robimy jest kompletnym szaleństwem, a tak naprawdę skoki są bardzo bezpieczne. Dopóki mówiąc wprost nie przeginasz pały, lub nie chcesz przekraczać swoich granic bez ówczesnego przygotowania lub jakiegoś mentora, który by ci pokazał jak to można zrobić z głową.

Jak więc byś zachęcił ludzi do skakania ze spadochronem?

– Oj ciężkie pytanie, bo o tym mógłbym mówić dobrych kilka dni 😉 Jednak w dużym skrócie to praktycznie bez względu na wiek (z małymi wyjątkami) powinieneś przyjść i spróbować i przeżyć coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłeś. Adrenalina, zabawa, przygoda – to nasze motto! 🙂

A co z tym najbardziej popularnym lękiem przed tym, że nie otworzy się spadochron?

– Tak, o to pyta praktycznie każdy. Natomiast patrząc na to z mojej perspektywy, to mogę powiedzieć tylko, że spadochron otwiera się ZAWSZE. Nie ma innej możliwości. Jedynie spadochron podstawowy czasami może się zaplątać czy coś innego może się z nim stać, ale tak jak już wspominałem wcześniej to jest to sytuacja BARDZO wyjątkowa. Jeśli tak się wydarzy, to po to jest drugi spadochron, który układany jest przez specjalnie przeszkolonych do tego ludzi, zaplombowany i ze swoją datą ważności. On po prostu MUSI się otworzyć.

Jak ludzie reagują zaraz po wylądowaniu na ziemi? Jakie są najciekawsze zachowania jakie miałeś okazje zaobserwować?

– Najczęściej ludzie krzyczą. Zdarza się jednak, że wyznają miłość dla swoich tandem pilotów 😉 Ja jednak ludzi pod względem reakcji dzielę na dwie grupy. Pierwsza z grup na ziemi przed skokiem jest podekscytowana, gadatliwa, pełna energii. Druga zaś wyciszona, spokojna, stara się wszystko wysłuchać, zapamiętać i po prostu ogarnąć. Po skoku natomiast bardzo często obie te grupy ludzi kompletnie zamieniają się swoimi reakcjami i to jest fajnie obserwować.

Czy masz jakieś plany lub marzenia związane ze skokami?

– Chciałbym być dobrym instruktorem i mentorem dla ludzi, którego będą słuchać z przyjemnością i w ogóle będą chcieli mnie słuchać.

Michał Sieńczuk 4

Mając możliwość rozmowy z tobą, nie mogę sobie odmówić przyjemności zapytania cię o CrossFit na którym de facto się poznaliśmy. Jak na niego trafiłeś?

– Droga w sumie była bardzo prosta. Wpisałem w Google dwie frazy czyli CrossFit oraz Białystok, a tam jako pierwszy link pojawił się twój blog. No i zacząłem czytać 🙂 Było to wtedy jakiś czas przed otwarciem boxa, do którego nie przyszedłem już na samym początku. Odczekałem mniej więcej miesiąc, aby zobaczyć jak ten projekt się będzie rozwijał, co to jest i czy to jest po prostu dobra opcja. I praktycznie już za pierwszym razem kiedy przyszedłem, jeden z trenerów powiedział abym zrobił trening już dziś. Ja jednak się uparłem aby poczekać jeszcze do poniedziałku, bo powiedziałem, że „poniedziałek to jest najlepszy dzień na zaczynanie czegokolwiek”. I tak też było 😉

Jak wspominasz swój pierwszy trening?

– O matko, przestań! Niby na zajęciach beginners są najprostsze rzeczy typu pompki, przysiady, burpeesy czy podskakiwanie do drążka. Jednak ja już po rozgrzewce myślałem, że zejdę tam na podłodze. A tu dopiero zaczynała się zabawa, bo na tablicy dopiero pojawił się WOD. Podczas treningu wcale nie było lepiej, kiedy Damian zaczął doliczać mi dodatkowy czas, krzycząc przy tym radośnie „rusz tyłek!” 🙂 To nic, że ja tam w międzyczasie z dwa razy kładłem się już do trumny. Zresztą po treningu musiałem się jeszcze w samochodzie położyć na 15 minut, ponieważ nie miałem siły aby prowadzić. We wtorek wraz z zakwasami przyszła też do mnie refleksja, że przez całe życie nic nie robiłem. Pomimo uprawiania kilku sportów to jednak CrossFit daje znacznie więcej.

Co według Ciebie daje CrossFit?

– Ja to najszybciej przyrównałbym to do skoków właśnie, bo przychodząc na trening, nie wiesz co cię czeka, jaki jest WOD i czy dasz radę. A później jest tak samo jak przed wyskokiem z samolotu, czyli cieszysz się że robisz to, ale zaczynasz się stresować, ze jest ciężko i czy dasz radę. Zawsze jest taki moment jak przy pierwszym skoku, że „ja pierdzielę, to się zaraz stanie!”. Ale się pojawia także ten moment, że mówisz sobie dam radę, nie poddam się i dociągnę tego WOD-a do końca! A później po skończonym treningu przychodzi z jednej strony straszne zmęczenie, a z drugiej euforia podobna do tej po skoku. Pytanie w głowie „po co to robię?” miesza się z czystym uczuciem szczęścia. Poza tym patrząc realnie z boku, zarówno na skoki jak i też CrossFit, można sobie pomyśleć „po co to robię?”. No bo któż normalny wyskakuje z własnej i nieprzymuszonej woli ze sprawnego samolotu? Podobnie jest z CrossFitem 😉 Jednak jedno i drugie to jest takie typowe dążenie do celu. Nie ważne jest to czy danym celem jest bycie najbardziej wysportowanym człowiekiem na świecie czy walka o to, aby być lepszą wersją siebie samego.

Co jest więc cięższe – skakanie czy CrossFit?

– Ciężko to porównać, bo jeśli na przykład miałbym to porównać do muscle upów, których jeszcze pewnie długo nie zrobię, to zapewne wskazałbym na CrossFit. Ale w CF jest ten plus, że w żaden sposób nie jesteś uwzględniony od pogody i możesz trenować to przez cały rok, praktycznie codziennie.

To prawda. Dzięki więc bardzo za długą ale bardzo przyjemną rozmowę.

– Dzięki.

Wyłączenie dyktafonu to nie był jednak koniec naszego spotkania, bo czekały na mnie jeszcze dwie niespodzianki. Pierwszą z nich był mały, ale bardzo przyjemny upominek jaki otrzymałem od Michała.

Michał Sieńczuk prezent

Ten drobiazg jest to zawleczka, która blokuje otwarcie spadochronu. Jej wyjątkowość polega na tym, że według tradycji w tym środowisku nie można jej kupić, a można jedynie dostać po odbyciu przynajmniej jednego skoku, od skoczka starszego stażem. Druga z niespodzianek na razie niech zostanie tajemnicą, o której i tak każdy śledzący tego bloga, dowie się już całkiem niebawem. Tymczasem jeśli zaciekawiła was nasza rozmowa, to zachęcam was do komentowania, udostępniania czy nawet lajkowania. Jeśli ktoś ma ochotę, to może nawet zadać w komentarzach Michałowi swoje pytanie, na które on pewnie z chęcią odpowie. Ewentualnie macie tutaj jego fanpage na Facebooku oraz Instagrama. Dla najbardziej spragnionych polecam jeszcze

EPILOG

Natomiast już niebawem przyjdzie czas na kolejnego bohatera cyklu „Normalni Nienormalni”.