CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Niezapomniana Bydgoszcz

dodany przezKamil Timoszuk 18 września 2017 0 Komentarzy

„Uważaj o czym myślisz, bo czasami to potrafi się spełnić” – tego właśnie powiedzenia dość często używam w swoich rozmowach z ludźmi. Najczęściej w kontekście żartu. Po minionym weekendzie w Bydgoszczy chyba dwa razy się zastanowię zanim wypowiem je raz jeszcze. Bo ta „przepowiednia” naprawdę się sprawdza.

Battle Of The Machines to impreza która po raz drugi w tym roku sprowadziła mnie do Bydgoszczy. Miasta, z którym mam kilka dobrych skojarzeń i każdy kolejny mój przyjazd tutaj w ostatnim czasie generował kolejne. Fakt 11 edycji kultowych polskich crossfitowych zawodów dawał nadzieję na to, że i tym razem będzie podobnie. Bo co przecież może złego się wydarzyć, prawda? A jednak jak się cholera okazało, może…

Do Bydgoszczy tradycyjnie dotarłem dzień wcześniej, tak aby być zwartym, gotowym i zameldować się bladym świtem w CB163 wraz z zawodnikami z całej Polski. Zanim jednak do tego doszło, zalogowałem się w mieszkaniu znalezionym tradycyjnie przez portal AirBnB. Mieszkaniu, które jak się okazało jest kolejnym moim prywatnym odkryciem. Ten kto kiedykolwiek korzystał z tej opcji rezerwowania sobie noclegów, ten wie, że można dzięki niej trafić na kapitalne mieszkania, które za rozsądne pieniądze biją na głowę warunki hotelowe. I tak było i tym razem w przypadku mieszkania Hani i Łukasza, młodego pozytywnego małżeństwa z którym niezwykle łatwo jest złapać kontakt. Mi zajęło to jakąś minutę? 😉 W pokoju w którym urzędowałem, stoi jedno z najwygodniejszych łóżek na jakim spałem w swoim życiu. A wierzcie mi, że z racji mojego trybu życia – spałem już w kilku innych 😉 Już sam fakt, że o tym piszę w tekście który ma być kompletnie o czymś innym, musi coś znaczyć 🙂

Jeśli chcecie wynająć ten pokój to kliknijcie w fotkę 🙂

Jednym z plusów też tego mieszkania było to, że w bardzo prosty i stosunkowo szybki sposób można było dotrzeć na miejsce zawodów. I kiedy to właśnie robiłem w sobotni poranek, zdarzyło mi się wrzucenie fotki na swojego prywatnego Instagrama z podpisem w punkt.

Siema z rana Bydgoszcz! To będzie dłuuugi dzień 😉👍

A post shared by Kamil Timoszuk (@kamiltimoszukpl) on

Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak bardzo długi będzie ten dzień.

Po przyjeździe na miejsce czyli CB163 można było u wszystkich zobaczyć jedno – niewyspanie 🙂 Bowiem nie ma chyba drugich zawodów w Polsce, w którym odprawa odbywa się o godzinie 7:15 rano, w sobotę. Ale co zrobić – jak trzeba to trzeba 🙂 Tym razem jednak zanim ta cała odprawa się rozpoczęła, to główny prowodyr tego całego zajścia od wielu już lat czyli Sebastian Szubski ogłosił, że znany na cały kraj Event 0 odbędzie się daleko od boxa. Dlatego też wszyscy zawodnicy musieli się władować do autokaru i udać w bliżej nieznanym kierunku. Do kompletu emocji jakie zafundował Seba z rana, zabrakło podchwytliwego pytania o posiadanie ze sobą paszportów przez zawodników 😉 Tym razem jednak takowe nie były potrzebne, bo zawodnicy zostali przewiezieni do oddalonego nieopodal Wake Parku. Wtedy też stało się jasne, że za parę chwil zostanie spełniona obietnica dana przez Sebastiana na odprawie podczas 10 edycji. Ta zakładała, że „pomiędzy 11, a 20 edycją Battle Of Ther Machines Będzie pływanie”. Wtedy jednak chyba nikt nie brał tego w 100 procentach na poważnie 🙂 Aura tego dnia zdecydowanie nie zachęcała do zanurzania się w jakiejkolwiek wodzie. Para unosząca się nad wodą nie oznaczała bowiem tego, że woda była aż tak ciepła. Wtedy jednak nie było już odwrotu i każdy musiał zmierzyć się z faktem pływania na desce w dwie strony zbiornika wodnego. Ta przeszkoda był to jednak dopiero początek „ścieżki zdrowia” zlokalizowanej w bydgoskim parku. Kolejnymi było czołganie się po piasku, przeprawianie się przez kolejną lodowatą wodę, wbieganie pod sporą górkę z oponami na plecach, przeczołgiwanie się rurami niczym Mario Bros oraz wspinanie się po linach na nieszczęsny most. Dlaczego nieszczęsny? O tym za chwilę.

Mając do dyspozycji takie okoliczności przyrody, nie mogłem sobie odmówić okazji na przykład wlezienia na górę i zrobienia kilka wydaje mi się, że nie najgorszych fotek okolicy, które niebawem pewnie będziecie mogli zobaczyć na moim fanpage. To właśnie też tam przeprowadziłem rozmowę z jedną z pilnujących porządku dziewczyn, która ostrzegała mnie przed schodzeniem z góry ponieważ z samego rana jest bardzo mokro, a przez to też ślisko. Stosując się do tej rady uważnie i bezpiecznie zszedłem na dół. Niestety tego szczęścia już nie miałem przy ostatnim na trasie moście, kiedy chcąc zrobić ciekawsze zdjęcia schodziłem pod niego. Schodząc trochę po omacku w jednym miejscu ziemia była nie w tym miejscu w którym myślałem i w wyniku tego skręciłem nogę. Ból przeszywający całe ciało nie zapowiadał nic dobrego. Szczęściem w nieszczęściu były jednak dwie rzeczy. Pierwszą było to, że na górze stali ratownicy medyczni, z których jeden od razu mi pomógł bandażując nogę. Oczywiście nie rozwiązało to kompletnie problemu, ale na pewno pomogło na tyle, że z zaciśniętymi zębami byłem w stanie wytrzymać te jeszcze kilkanaście godzin zawodów. Drugim pozytywnym aspektem jaki wydarzył się na moście, była sytuacja w której Krzysztof Sienkiewicz startujący w kategorii Masters, po tym jak sam wszedł na ostatnią przeszkodę, postanowił pomagać w tym samym swojemu potencjalnemu rywalowi. W przypadku zawodów Battle Of The Machines, gdzie czas ma decydujące znaczenie w wyniku każdego workoutu, było to na tyle ważne i widowiskowe, że jak się okazało z miejsca stał się głównym kandydatem do mojego wyróżnienia na tej imprezie.

Najszybciej z tym torem przeszkód jaki został przygotowany tego dnia, poradził sobie startujący w kategorii Open Ruslanas Sulcas z Litwy w czasie 16 minut i 19 sekund. Wśród kobiet to zadanie najszybciej wykonała także pochodząca z Litwy Monika Miliauskaite. Jej czas to 19 minut i 23 sekundy.

Po powrocie do boxa chyba nie było już osoby, która spodziewała by się czegokolwiek po Sebie i jego chorych pomysłach 🙂 A jak się okazało, trening, który był zaplanowany jako workout numer jeden, był dzień wcześniej standardowym treningiem w CB163. Tym treningiem natomiast była prawie cała Karen (133 wall balle) zakończona 30 muscle upami w kategorii Elite lub innych wyskalowanych wersjach. Plusem tego treningu było to, że odbywał się on na podwórku w fajnych warunkach pogodowych. Minusem zaś było to, że tarcze zawieszone na outdorowym rigu były na niestandardowej, trochę wyższej niż normalnej wysokości. Do nich jednak musieli rzucać zarówno panowie jak i panie. I nie da się ukryć, że to robiło różnicę. Szczególnie w chwilach, kiedy doświadczeni i mocni zawodnicy mieli momenty, w których wall balle potrafili dzielić nawet po 5 powtórzeń. Dla najlepszego w tym workoucie Maxa Ziarkowskiego z kategorii Elite to zadanie zajęło 9 minut i 33 sekundy. Wśród pań najsilniejsza okazała się Maria Włoch z CrossFit Lampart, który na te zawody przywiózł liczną ekipę. Tej zawodniczce zajęło to 8 minut i 22 sekundy.

Czym by jednak była impreza BOTM bez jednego bardzo długiego ale przekrojowego workoutu? Tym okazał się workout numer 2, a realnie 3, który składał się z 3 części składowych. Pierwszą z nich było wiosłowanie 500 metrów na czas, na co było przeznaczone 3 minuty. Później do zrobienia były 3 rundy, gdzie na każdą składał się zestaw 10 burpees przez sztangę, 20 wykroków ze sztangą nad głową oraz 30 double unders. Na sam koniec zostawiono kończącą wszystko zabawę w systemie 9-15-21 z T2B oraz GTO. Na cały ten maraton było przeznaczone 18 minut. Podczas też tego workoutu wyszła jedna bardzo mocna strona tych zawodów oraz jeden minus. Mocna stroną jest po raz kolejny klimat jaki panuje w CB163 podczas zawodów. Nie napiszę może że w każdym, ale na pewno w dużej ilości heatów emocje jakie towarzyszyły zawodnikom oraz głównie kibicom były na najwyższym poziomie. Było to niemal przeciwieństwo sporej liczby innych imprez, gdzie panuje powiedzmy, że dość letnia atmosfera. Na BOTM tego się nie uświadczy. I to pewnie też czasami jest punktem decydującym o tym, że ludzie wolą przyjechać właśnie do Bydgoszczy, aniżeli na przykład na trzy inne imprezy, które w ten sam weekend odbywały się w całym kraju. Zresztą tutaj jest mała zajawka tego o czym piszę, choć sam widzę, że nie oddaje ona w pełni tamtejszej atmosfery.

Niestety jednak w tym workoucie ponownie też wyszedł jeden wcześniej wspomniany minus. Tą wadą jest długość całego workoutu. Mam tu na myśli to, że nieduży rozmiar boxa powoduje, że w heatach nie może brać udział zbyt wiele osób. Przez to też zawody rozciągają się dość znacznie, a niektórzy zawodnicy pomiędzy startem w workoucie numer 1 a 2 mają po prawie 5 godzin przerwy. Obserwując to wszystko z boku po raz drugi, widzę że jest to męczące praktycznie dla wszystkich – zawodników, sędziów, organizatorów oraz kibiców. O sobie nie wspomnę, bo tego dnia nawet jeśli zawody by trwały znacznie krócej, to i tak przez tą swoją pechową kontuzję czułbym się bardziej zmęczony.

Takim jednak sposobem zostali wyłonieni finaliści, których czekała jeszcze jedna nie lada przeprawa. Ta przeprawą była batalia finałowa składająca się z… a jakże, 3 części! Miny zawodników i zawodniczek podczas ogłaszania i rozpisywania wszystkiego na tablicy były bezcenne. Nie dziwię im się, bo wydaje mi się, że już widziałem w swojej przygodzie z CrossFitem sporo, ale to co zobaczyłem było także zaskakujące. U panów, w kończącej cały dzień zmagań części, sztanga ważyła 100 kilogramów.

Tak się też ciekawie złożyło, że w końcowej części dnia w Bydgoszczy zaczęło padać. Wraz z pomysłem oświetlenia areny zmagań samochodowymi światłami, dało świetny efekt jeśli chodzi o niepowtarzalny klimat imprezy. Zawodnikom zaś nie ułatwiło to w żaden sposób sprawy, bo mokra lina nie słucha się rąk tak jak sucha lina. Tym bardziej, że wiele ze startujących osób miało i tak już konkretnie pozrywane dłonie za sprawą drążków w workoucie numer dwa. Nikt jednak nie zamierzał odpuszczać i dzięki temu licznie zebrana publiczność mogła obserwować kapitalne widowisko do samego końca. Publiczność, która ponownie najgłośniej wspierała swojego największego faworyta i ulubieńca – Jakuba „Zimę” Zimeckiego. Chłopaka, który podczas jubileuszowej 10 edycji BOTM wygrał kategorię Open, a tym razem wystartował już w w Elicie. Aby przygotować się do startu wyjechał w ostatnich miesiącach z Polski, aby ciężko się przygotowywać tak zwanym „cyklem Kapitana Morgana”, w skład którego o dziwo nie wchodzi zbyt wiele treningów 😉

Jak się jednak okazało, Kuba tym razem ponownie znalazł się na podium ale tym razem na najniższym stopniu. Najlepszy w Elicie tym razem był Adam Kaczmarek reprezentujący CrossFit Lampart, a na drugim miejscu uplasował się Max Ziarkowski. Wśród pań najlepsza okazała się także reprezentantka poznańskiego boxa CrossFit Lampart Maria Włoch. Druga była jej koleżanka z boxa Karolina Makaj, a trzecia Iwona Bartoszyńska z CrossFit Toruń. Pozostałe kategorie znajdziecie jak zwykle na stronie Athletes Zone.

Lights, rain and rope climb Athlete: Jakub "Zima" Zimecki (@jakubzimecki)

A post shared by Rx Shoots (@rxshoots) on

Tym samym bydgoska impreza przeszła do historii. Bogatej historii Battle Of The Machines, która podczas tych zawodów została wzniesiona na nowy poziom. Workout numer zero pokazał, że pomimo tylu edycji, Sebastian Szubski w dalszym ciągu jest w stanie zaskoczyć wszystkich. I nie wiem dlaczego, ale po dwóch razach kiedy byłem osobiście i widziałem wszystko „od środka”, to jestem w stanie się założyć, że podczas kolejnej 12 edycji, znowu wiele osób będzie zdziwionych. Zero zaskoczenia było za to na after party, które jest nierozłączną częścią BOTM – było jak zwykle zacnie 😉 Dla mnie tym razem zakończyło się jednak ono bardzo szybko. Z racji na swoją kontuzję, wolałem wyruszyć w środku nocy aby w godzinach przedpołudniowych być już w domu. I pomimo tego, że zdarzyło co się zdarzyło, że mam cholerny niedosyt jeśli chodzi o zrobione i „niezrobione” zdjęcia, to i tak z Bydgoszczy przywiozłem sporo dobrych wrażeń.

Myślę też, że jest to dosyć powszechne uczucie większości osób, które poświęcają swój czas aby spędzić te kilkanaście, a czasami nawet i kilkadziesiąt godzin w CB163 🙂