fbpx
O wszystkimOpinie

Nie dajcie się oszukać

dodany przezKamil Timoszuk 3 maja 2014 0 Komentarzy

Jeśli w majówkę pogoda niespecjalnie dopisuje, to jest to nienajgorszy czas aby wybrać się na przykład do kina. O dziwo w ostatnim czasie wyszło kilka filmów, których zobaczenie nie będzie kompletną stratą czasu. Moim niekoniecznie popularnym zdaniem.

Zacznę dziś jednak od dwóch produkcji, które znowu są potwierdzeniem tego, że czasem sam zwiastun to jedno wielkie kłamstwo.

plakaty filmowe

Zarówno na polską produkcję „Facet (nie)potrzebny od zaraz” oraz angielskojęzyczną „Niebo istnieje… naprawdę” zachęciły mnie zobaczone w kinie trailery. O jaki ja byłem głupi, że dałem się na to nabrać. Normalnie jak dziecko. Oba te niezbyt wybitne dzieła, opowiadają o odwiecznym poszukiwaniu dwóch wartości w naszych życiach, które są wiodące – miłości oraz boga. Polski film był reklamowany jako komedia ale jak się okazało w praktyce, były to tylko szumne zapowiedzi. Plejada aktorska z rodzimego podwórka z jednej strony zachęcała aby zerknąć na ten film. Z drugiej jednak, ile razy można oglądać Małaszyńskiego, Stuhra czy paru innych „wybitnych”. Plusem jest występ Czesława Mozila, który o dziwo nie był taki najgorszy. On był po prostu specyficzny. Jak to Czesław ma normalnie w zwyczaju 😉 Sama opowieść jest oparta na dziewczynie, która jak niemal chyba każdy człowiek zadaje sobie czasem pytanie „co poszło nie tak?”. W jej przypadku są to jej relacje z facetami. Z tym że ona idzie zdecydowanie krok dalej i nie tylko się nad tym faktem intensywnie zastanawia ale także stara się dowiedzieć o swoim problemie u źródła czyli u samych facetów. Generalnie trochę banał. Ale taki ten film właśnie jest. Trochę banalny, trochę, ale nie za dużo, śmieszny. I tak właśnie mija ten czas w kinie, kiedy długimi momentami zastanawiasz się, dlaczego w ogóle tam jesteś.

Z drugim zaś filmem mam za to inny problem. Tam oparta na prawdziwej historii opowieść skupia się wokół chłopca, który mając operację w szpitalu, podobno widzi boga i parę innych pozaziemskich rzeczy. To sprawia, że staje się on zjawiskiem na skalę swego regionu skąd pochodzi jak i nawet trochę dalej. I gdyby tylko skupić się na tym fakcie, to sam pomysł na film można by uznać za trafiony. Pojawia się jednak stwierdzenie gdyby. Wszystko to za sprawą wykonania tego filmu. A te niestety momentami jest zarówno sztuczne, jak i nie ukrywajmy faktów, tandetne. I to niestety robi dużą różnicę. Na niekorzyść produkcji rzecz jasna. Ta różnica jest tak duża, że w tym momencie zakończę swój wywód na ten temat, żeby nie marnować mojego i waszego czasu. Wystarczy, że już to zrobiłem idąc do kina na tę produkcję.

Spider-Man 2

Kolejna część przygód Spider-Mana weszła do kina. Kolejna pozycja Marvela została tym samym odhaczona. I tu zaczyna się mój i chyba nie tylko mój, mały zgrzyt. Dlaczego? Ponieważ obiegowej opinii z jaką spotkałem się w wielu miejscach w internecie już po wizycie w kinie, to ten film nie jest tak słaby jak wszędzie o tym trąbią. Mam osobiście wrażenie, że on po prostu nie trafił w to, czego ludzie oczekiwali. A czego oczekiwali? Marvel i nie tylko, przez ostatnich kilka lat przyzwyczaił swoich widzów do tego, że każdy ich bohater jest ogólnie rzecz biorąc mroczny. Mroczna przeszłość, mroczna dusza, mroczne plany. I tu pojawia się nagle kolorowy Spider-Man, w śmiesznym kostiumie i młodzieńczymi problemami egzystencjalnymi. I tu widzowi przyzwyczajonemu do innych standardów coś już zgrzyta. Później jeszcze dochodzą jakieś niedoróbki czysto filmowe, błędy logiczne i inne takie. Ale i tak napiszę teraz chyba największe bluźnierstwo w tym tekście, a mianowicie to, że ja na tym filmie bawiłem się świetnie. Ba! Znacznie lepiej niż wychwalanym wszędzie Kapitanie Ameryka! I do końca nawet nie jestem w stanie tego określić dlaczego tak jest ale takie są fakty. Człowiek Pająk ganiając po mieście na tych swoich wszędobylskich pajęczynach, znacznie lepiej mnie bawił niż ten żołnierzyk zasuwający z latającą wszędzie tarczą. Jak teraz sam to czytam, to jedno i drugie wydaje się niezłym absurdem, no ale cóż takie to filmy 🙂 Tak więc jeśli ktoś chce odprężyć się w kończący majówkę weekend to radziłbym nie bać się opinii ekspertów, i po prostu iść na fajny odprężający film. I tyle, zero filozofii 😉

Brick Mansion

„Brick Mansion. Najlepszy z najlepszych” to podobno amerykańska wersja produkcji o nazwie „13 dzielnica”. Filmu którego nie widziałem i chyba w kontekście tego seansu była to zaleta. Głównie dlatego, że nie miałem żadnego konkretnego punktu odniesienia do którego mógłbym porównywać nowszą produkcję. Typowa czysta karta. A co takiego udało mi się na niej zapisać? Z tego filmu zapamiętam na pewno Paula Walkera, dla którego był to przedostatni film nagrany przed tragiczną śmiercią. Pojawi się on jeszcze w 7 części Szybkich i wściekłych w kolejnym roku czyli serii, która tak naprawdę stworzyła go jako aktora w świadomości większości ludzi. Oczywiście jego gra w Brick Mansion nie była najwyższych lotów ale on raczej nigdy nie był od tego żeby dobrze grać. Bardziej bym go przypisał do kategorii grajków, którzy działają w myśl zasady, że „co nie dogram, to dowyglądam” 😉 O dziwo akcja filmu nie toczy się jak zwykle w Nowym Jorku, który swoja drogą jest chyba najbardziej zmasakrowanym miastem w historii kina. Wszelkie najazdy z kosmosu, wszelkie kataklizmy i inne atrakcje w postaci złych bohaterów niemal zawsze zaczynają się od Wielkiego Jabłka. Tym razem przyjemność przejęcia tej pałeczki dostało Detroit, gdzie istnieje tytułowe getto o nazwie Brick Mansion. Opowieść jest krótka i polega ona na tym, że dwóch głównych bohaterów chce uwolnić z rąk bandytów zarówno dziewczynę jednego z nich, jak i też zapobiec wystrzeleniu pewnej rakiety. No bajka i banał w jednym jak cholera, ale ogląda się momentami całkiem dobrze. Sceny walk i pościgów z elementami parkour momentami mocno naciągane ale także przyjemne dla oka. Miałem nawet chwilami wrażenie, że ocierają się one pomysłowością o sceny znane z filmów z Jackie Chanem. I nie do końca jestem pewny czy to kwestia tego, że film był warty chwili zawieszenia na nim wzroku, czy może w ostatnim czasie podniósł mi się poziom przyswajalności tandety w kinie. Ale fakt jest taki, że czas spędzony w kinie nie uważam za stracony. Jednak z tą produkcją jest jak z osiedlem Brick Mansion – idziesz na własne ryzyko 🙂