fbpx
CrossFitO wszystkim

Namacalna powszechność CrossFitu

dodany przezKamil Timoszuk 30 stycznia 2015 2 komentarze

CrossFit jest dla wszystkich! – Tak stara się promować ten sport i system treningowy w jednym, cała firma pod szyldem CrossFit inc. Czy jednak tak jest w rzeczywistości? Można znaleźć wiele przykładów na to aby się z tym zgodzić, i tak samo wiele aby temu zaprzeczyć. Ja się będę dziś zgadzał, w głównej mierze dzięki jednemu niepodważalnemu argumentowi.

CrossFit zagościł w moim życiu praktycznie już ponad 2 lata temu. Odkąd zacząłem interesować się nim na dobre, miałem okazję spotkać na swojej drodze masę ludzi. Osób, które z tym zjawiskiem związane na przeróżne sposoby. Są to między innymi właściciele poszczególnych polskich boxów, trenerzy w nich pracujący, zawodnicy starający się sprawić, aby CF był ich sposobem na życie, czy też osoby, które trenują każdego dnia dla własnej satysfakcji oraz lepszego samopoczucia. Jednak co by nie mówić, wejście na polski rynek CrossFit miał sprecyzowany w dość określonym kierunku. Tym kierunkiem był przede wszystkim wyczyn. Oznaczało to przerzucanie coraz to większych ciężarów, wykonywanie coraz to bardziej morderczych treningów, a to wszystko po to, aby gdzieś tam na końcu, pojechać na jakieś zawody i powalczyć o dobry wynik. Na szczęście polskie środowisko CF ulega transformacji, niewątpliwie dojrzewa, a także coraz bardziej się rozwija w różne kierunki. Dzięki temu sztandarowe hasło, że CrossFit jest dla każdego, nabiera coraz większego sensu.

Ja o tym haśle kierującym CF do każdego, słyszałem już dawno. Jednak przez długi czas były to tylko słowa. Niestety nie znałem zarówno osobiście, jak i nawet w internecie takich historii, które by udowodniały prawdziwość tej tezy. Ten fakt uległ jednak zmianie po raz pierwszy w momencie, kiedy powstał w Białymstoku box CrossFit Podlasie, a ja dzięki temu miałem okazję poznać Dorotę. O tej ponad 50-letniej dziewczynie, pisałem już choćby TUTAJ. Wiem jednak, że ta osoba zasługuje na zupełnie oddzielny tekst, nawet w takim „amerykańskim”, nie przez wszystkich lubianym stylu. I ten tekst spod mojej ręki na pewno powstanie, bo historia Doroty może służyć za prawdziwą inspirację dla wielu ludzi. Jednak jednym z ważniejszych efektów naszej znajomości, jest to mój pomysł, aby spróbować zarazić sportem swoją własną mamę! 🙂 Od takiego pomysłu do realizacji jest jednak daleka droga, która trwa przeważnie nie tyle dniami lub tygodniami, co nawet i miesiącami. I tak też było z tą osobą, której zawdzięczam w swoim życiu bardzo wiele. To ona długimi latami wychowywała mnie praktycznie sama. To ona zapracowywała się i poświęcała się często dla mnie. Ja także swego czasu jej tego wszystkiego specjalnie nie ułatwiałem. Nadszedł chyba jednak czas abym się w jakiś jeszcze bardziej konkretny sposób odwdzięczył. W jaki sposób?

Moja mama od wielu już lat pracuje w głównie fizyczny sposób. Pomimo tego, że jeszcze nie przekroczyła 50-tki, to widzę, że wykonywana praca specjalnie nie poprawia jej stanu zdrowia. Bóle nóg, pleców czy paru jeszcze innych rzeczy, to tylko wypadkowa wszystkich wysiłków z jakimi musi się mierzyć każdego dnia. Nałogowe palenie papierosów od ponad 30 lat, także nie jest jej atutem w walce o lepsze samopoczucie. Od kilku lat, jednak jakby się coś w niej zmieniło. Mama trochę mniej lekceważy swoje dolegliwości i stara się bardziej zapobiegać niż leczyć wszelkie symptomy nadchodzących potencjalnych kłopotów. Efektem tego są wyjazdy do sanatorium, masaże i inne zabiegi, które mają ją po prostu trzymać w stanie „dobrej używalności” 😉 Od pewnego jednak czasu, mama poszła o krok dalej i zaczęła szukać jakichś zajęć dodatkowych, gdzie mogła by trochę potrenować i jeszcze bardziej się usprawnić. Na warsztat poszły jakieś aerobiki, tańce czy inne zumby. Jednak kiedy widziałem ją po powrotach z takich zajęć, to nie widziałem na jej twarzy specjalnego zadowolenia czy satysfakcji. I tu powrócił do mnie jak bumerang pomysł, który miałem już dawno ale nie sądziłem, że trafi on wtedy na podatny grunt. Teraz jednak nie miałem nic do stracenia, a więc padła propozycja z mojej strony – może spróbujesz CrossFit?

Ku mojemu zdziwieniu odpowiedź na tak postawione pytanie była jak najbardziej pozytywna! Nie ukrywam, że byłem w lekkim szoku, ale w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. Od razu przez głowę przemknęła mi też myśl, że być może temat się skończy w chwili, gdy przekroczy pierwszy raz próg boxa, albo trzeba będzie wyłożyć kasę na stół i opłacić karnet. Zanim jednak doszliśmy do tego, postanowiłem działać małymi krokami i na sam początek, wziąć ją na darmowe zajęcia dla początkujących adeptów CF. Pomimo jej entuzjazmu przez cały tydzień, dzielący ją od podjęcia decyzji aż po jej pierwszy raz, nie chcielibyście widzieć jej twarzy kiedy zmierzała pierwszy raz do boxa. Mówiąc krótko, było to połączenie stresu, przerażenia i stanu „ja chcę wracać do domu!”. Z tej drogi nie było już jednak odwrotu 🙂 Jej pierwsze wrażenie po wkroczeniu do boxa było tak samo standardowe jak zadane pierwsze pytanie – a gdzie są maszyny typu rowerek czy bieżnia? Ja jednak powstrzymałem się od typowej odpowiedzi – To ty w tym miejscu staniesz się maszyną 🙂 I w takim oto klimacie rozpoczęło się jej pierwsze crossfitowe starcie. Podczas powrotu do domu, zaskoczony byłem już nie wiem który raz, ponieważ od mojej mamy bił jeden wielki entuzjazm, objawiający się nadmiernym potokiem słów, składających się w kolejne pytania. Ja nie chcąc osłabiać tego zapału odpowiadałem na każde kolejne, najbardziej rzeczowo jak tylko potrafiłem.

Jaki był efekt naszych kolejnych rozmów na temat CrossFitu? Głównie taki, że już dwa dni później moja mama, już sama bez mojej eskorty, pomaszerowała do boxa na kolejne zajęcia z uśmiechem na twarzy. Zaś po samej klasie nastąpiło to, w co mówiąc szczerze chyba niespecjalnie wierzyłem, a mianowicie podpisanie umowy. I to nie na 3 czy też 6 miesięcy, ale od razu na cały rok! I w taki oto sposób moja mama stała się oficjalnie crossfiterką! I nie ukrywam, że jest to chyba jak na razie najbardziej satysfakcjonujące wydarzenie, jakie mnie spotkało w ostatnim czasie. Teraz po cichu myślę, że chyba to jest niezły czas, aby przypuścić ostateczny atak, w mojej walce z jej nikotynowym nałogiem. Patrząc na to jednak z drugiej strony, gdy zacznie robić setki burpees, to być może sama wpadnie na ten pomysł 😉