CrossFitLudzieO wszystkimZawody & Eventy

Naleśniki, Gamesy i bagażnik Camaro

dodany przezKamil Timoszuk 20 sierpnia 2017 0 Komentarzy

Szymon Urbański to zdecydowanie najgłośniejsza postać w polskim crossfitowym światku w ostatnim czasie. Paweł Czaplicki to zaś jeden z najbardziej doświadczonych zawodników na tej scenie. Głupio by było z nimi nie pogadać po tym jak byli na największej crossfitowej imprezie na świecie.

Tylko rok czekaliśmy aby po pierwszej Polce na CrossFit Games czyli Gabi Migale, zobaczyć kolejnego reprezentanta naszego kraju. Tym razem okazał się nim być 15-letni Szymon Urbański z Wrocławia, który swoją przygodę z CrossFitem rozpoczął stosunkowo niedawno, bo trochę ponad rok temu. Tak się też szczęśliwie złożyło, że trafił pod skrzydła Pawła Czaplickiego, czyli człowieka, który jako jeden z pierwszych zaczął się bawić w CrossFit w Polsce dawno temu. Nikt się raczej na początku nie spodziewał tego, że z tej mąki będzie taki chleb. Bez glutenu rzecz jasna 😉 Zresztą zapraszam na moją rozmowę z chłopakami, która mam nadzieję, że pokaże jak to wszystko wygląda od środka.

Zacznę od tego, że fajnie, że spotykamy się w takim gronie i takich okolicznościach. Pamiętam jak jeszcze nie tak dawno temu, siedzieliśmy w CrossFit Wrocław, gdy Paweł mówił mi, aby zwrócił uwagę na takiego jednego chłopaczka jaki chodzi do was do boxa i daje nadzieje na przyszłość. Ja początkowo nie do końca w to wierzyłem, ale wystarczyły treningi pokazowe podczas LOGinLAB Scaled aby widać było, że Szymon to nie jest do końca typowy nastolatek 🙂 Pamiętam też, że gdy wrzuciłem fotkę Szymona z tego wydarzenia, to dostałem dwie czy trzy wiadomości o tym, że niepotrzebnie robię szum, że takich chłopaków jak Szymon jest wielu itp. Jak pokazało jednak życie, to chyba nie do końca tak jest 😉

Paweł Czaplicki: To że ktoś stwierdza, że ktoś jest utalentowany to nie znaczy jeszcze, że będzie gwiazdą lub odnosił jakieś wielkie sukcesy. Taką osobę jednak zawsze warto pokazać jak i zauważyć.

A więc zacznijmy od początku

Jak to się stało, że trafiłeś do CrossFit Wrocław? Kiedy to się stało? Trenowałeś coś wcześniej?

Szymon Urbański: Wcześniej jedynie pływałem czysto amatorsko i właściwie tylko dla zdrowia raz w tygodniu. Do tego koło mojej szkoły były takie drążki do podciągania, z których starałem się korzystać tak aby coś w ogóle robić. Jednak gdy zaczęła się zbliżać zima, i trenowanie na podwórku nie było specjalnie przyjemne, zacząłem szukać tak naprawdę jakiegokolwiek klubu, gdzie mógłbym to kontynuować. I tak znalazłem w swojej okolicy CrossFit Wrocław. Przyszedłem na klasę intro i spodobało mi się to, że z jednej strony nic nie umiem, a z drugiej bardzo lubię się uczyć.

Co sprawiło, że zostałeś w boxie na dłużej? Czym zainteresował cię CrossFit?

SU: Chyba takim najważniejszym elementem były te grupy. Bo nie widziałem wcześniej aby gdziekolwiek indziej był jeden trener, jakichś dwadzieścia osób na zajęciach, a i tak każdy otrzymywał wskazówki, czy po prostu zainteresowanie trenera. To mi się zdecydowanie spodobało.

Skąd wzięła się twoja ksywka Kapustka? 😉

SU: A tego mówiąc szczerze to sam tak do końca nie pamiętam 🙂 To były jakieś zawody klubowe albo inna imprez w boxie…

PC: …na której NA PEWNO był alkohol 😀 A że to było chyba w okresie ostatnich Mistrzostw Europy tego „gorszego sportu” 😉 to tak ktoś rzucił hasło i tak już zostało 🙂

A czy to prawda, że przez długi czas do wszystkich w boxie mówiłeś na Pan/Pani? 🙂

SU: Tak, to prawda 🙂

PC: Po Gamesach mu się to już zmieniło 😀

Czy Szymon od samego początku przejawiał takie predyspozycje/umiejętności, które mogłyby dawać podstawy do tego, aby myśleć o atakowaniu takiej imprezy jak CrossFit Games?

PC: O gamesach oczywiście na początku nikt nie myślał. Bardziej w żartach gdzieś tam mówiliśmy, że „potrenujesz z rok i pojedziesz na Gamesy”. Jak się jednak okazało – sprawdziło się 🙂 Poza tym, tym czym się Szymon wyróżniał to zdecydowanie systematyką pojawiania się na zajęciach oraz swoją gimnastyką. Poza tym wyróżniał się jeszcze tym, że był chudy i robił muscle upy. Bo był chudy 🙂

To nie było też tak, że Szymon od początku się strasznie wyróżniał. Po prostu z biegiem czasu, z kolejnymi rozmowami jakie prowadziliśmy w boxie, wyszło nam, że nie ma żadnych przeszkód aby Szymon spróbował zacząć pracować na jakimkolwiek programie. To nie było zaplanowane pod to aby to dało efekty już na Open, kwalifikacjach online czy w późniejszym czasie na Gamesach. Dopiero później, kiedy zaczęły się powoli pojawiać jakieś ciężary, pierwsze workouty, to dopiero się okazało, że Szymon może powoli rywalizować z najlepszymi na świecie w swojej kategorii. I wtedy w okolicach listopada czy grudnia 2016 roku, zaczęło się robić trochę poważniej. Wtedy też wyniki osiągane na treningach typu 23 muscle upy unbroken zaczęły dawać nadzieje na to, że da się przejść Open, a później powalczyć o wyższe cele. I nawet gdy zaczęły się pojawiać sukcesy typu wygranie treningu Open, to gdzieś z tyłu głowy zostawała myśl, że ten chłopak trenuje dopiero półtorej roku.

Jak wyglądała od początku wasza współpraca? Czy Szymon chodził na jakieś klasy czy niemal od początku go „przygarnąłeś”? 🙂

PC: Nie, Szymon od początku trenował na grupach, a dopiero później dołączył do tego co ja trenuję i robił to pod nadzorem.

Zresztą, ja mam takie swoje przemyślenia na temat sportu młodzieżowego. Uważam, że zbędne naciski, wywieranie presji i zabijanie fanu z tego co się robi, mija się po prostu z celem. Bo nie ma kompletnie żadnego sensu aby cisnąć takich ludzi w takim wieku, aby robili tylko wyniki, które i tak nie mają żadnego znaczenia. Ta cała „chwała” z wygranych ewentualnych zawodów, trwa dwa, może maksymalnie trzy dni.

Ale wiesz z czego to wynika? Bo za tym, że dany zespół, szkoła czy klub coś wygra na takim poziomie idzie po prostu kasa w formie na przykład dotacji.

PC: Dla mnie na chwilę obecną największym sukcesem jest to, że Szymon dalej chce trenować, a nie to, że był na Gamesach. Bo oczywiście sam fakt, że tam był i znalazł się w dwudziestce najbardziej wysportowanych chłopaków na świecie w jego kategorii, to wielki sukces. Jednak to, że chce to robić dalej, sięgać po więcej i startować w kolejnych kategoriach, jest znacznie ważniejsze. I będziemy robić wszystko aby tak się właśnie stało.

To może pytanie od czytelnika do Szymona. Jak wygląda aktualnie Twój dzień? ile treningów wykonujesz dziennie / tygodniowo?

SU: Teraz w tym momencie, miałem tydzień wolnego po Gamesach, podczas którego nie robiłem nic, ale za to dużo jadłem. Zresztą nadal bardzo dużo jem 🙂

Nie kłam, bo nie widać 😉

PC: Ej! Jest już 66, a nie 65 kilogramów 😀

SU: Tak i dążę do tego aby mieć te 131 kilogramów w rwaniu jak Guilherme 😉 A tak poza tym to teraz praktycznie każdego dnia mam jakieś testy czyli po prostu sprawdzanie maksymalnych wyników w różnych elementach. Potrzebne jest mi to do liczenia w późniejszym czasie procentów na jakich będę pracował już podczas przygotowań. Tutaj jednak więcej może powiedzieć Czapla.

PC: Tak, mieliśmy tak naprawdę okres przygotowawczy do Gamesów, a po tym tygodniu kompletnego restu, te testy zaliczyłbym też bardziej jako active rest, aniżeli jednostki treningowe. Te wyniki bardziej potrzebne są dla mnie abym zobaczył nad czym musimy popracować w najbliższym czasie. Nawet pomimo tego, że i tak mniej więcej już to dobrze wiem po przygotowaniach do zawodów w USA i samych zawodach. Jednak na pewno skupimy się nad wzmacnianiem całego organizmu, bez skupiania się na poszczególnych elementach. Dużo ćwiczeń korekcyjnych, sporo stabilizacji, ogólnej siły i ogólnej sprawności przy zachowaniu gimnastyki. Jeśli to nam się uda zachować przez najbliższe 4 miesiące, to na pewno wtedy Szymon ponownie powalczy z najlepszymi na świecie.

Kiedy podjęliście decyzję aby atakować Openy?

PC: W sumie w momencie kiedy pojawiły się zapisy do Open. Pamiętajmy, że każdy jest osobą indywidualną i każdy ma prawo do własnych decyzji. Jeśli Szymon nie miałby ochoty startować w tej rywalizacji, to nic by się wielkiego nie stało i po prostu dalej byśmy po prostu razem trenowali. My dalej mówimy tylko o sporcie młodzieżowym, a więc w pierwszej kolejności to ma być przyjemność. Ja rozumiem że w każdym sporcie ludzie mają mocne parcie na wynik, i w CrossFicie robi się dokładnie to samo. Miałem okazję rozmawiać w USA z jednym z członków zwycięskiej drużyny na Gamesach i zapytałem go czy warto było? On natomiast stwierdził, że nie do końca. Zresztą on o tym opowiada na swoim vlogu na YouTube, że pewne poświęcenia nie są warte tej chwili sukcesu. Bo w takich przypadkach to bardzo często nie są już tylko poświęcenia czysto sportowe. Teraz będąc w USA, miałem okazję zobaczyć na żywo i pogadać z zawodnikami z którymi gadałem lub śledziłem ich w internecie od dłuższego czasu. I uważam, że wielu polskich zawodników, którzy zobaczyliby ich i spędzili z nimi kilka dni, to wtedy już niespecjalnie chcieliby walczyć o Gamesy. Zobaczyliby jak wygląda ich życie i z jakimi poświęceniami to się wiąże. Jak wiele rzeczy czy też relacji międzyludzkich trzeba poświęcić aby uzyskać tak wysoki poziom.

Ja w tamtym roku też zauważyłem, że rywalizacja zespołowa na Gamesach, to zbiór wielu różnych historii, które warto opowiadać. Startował na przykład zespół złożony z ludzi, którzy pracowali w jednym biurze, ale każdy z nich trenował w innym boxie. Jednak po zgadaniu się zaczęli trenować w jednym boxie i dostali się finalnie na Gamesy 🙂

PC: U nas niestety wiele teamów jest, że tak powiem tworzonych, czasem wręcz wbrew przepisom. Jest zaledwie kilka teamów, które są stworzone w naturalny sposób. Wiąże się to z tym, że zebrać 6 osób na tak wysokim poziomie, które są w stanie przejść Openy, Regionalsy, a później walczyć na Gamesach, to jest niesamowite osiągnięcie.

Jak wspominacie czas samych Open? Czy był to stresujący czas? Tym bardziej, że ty  Paweł występowałeś w tym czasie w podwójnej roli – zawodnika w teamie (jak się też okazało indywidualnie) i trenera Szymona.

PC: Open to był ciekawy czas. Ja z Szymonem zrobiłem tak, że nawet on do końca o tym nie wiedział, ale dałem mu wolną rękę. To on decydował jak robić workouty, jak rozkładać siły i jaką taktykę przyjąć. Bo tylko on wie jak jego ciało reaguje. Ja nie byłem mu do niczego już potrzebny w tym czasie, bo uważam, że był dobrze przygotowany czyli był gotowy.

SU: To było zdecydowanie ciężkie 🙂 U nas w klubie wiadomo że była drużyna CrossFit Wrocław, z której każdy z zawodników był skupiony w dużej mierze na sobie i na tym co ma do zrobienia. Dlatego było lekkie swego rodzaju zamieszanie z tym, kto mi posędziuje itp. Jednak na samym Open nie było takiego stresu jak już na Online Qualifier. Wtedy to ja sam już bardzo chciałem się dostać i wywalczyć ten awans. Kiedy widziałem te 4 workouty, z czego kilka z nich było pode mnie, to większość z nich zrobiłem minimum dwa razy w ciągu 4 dni.

Ale robiłeś te workouty po dwa razy bo czułeś za każdym razem, że jesteś w stanie poprawić ten pierwszy rezultat?

SU: Trochę tak i udało mi się poprawić wszystkie wyniki. Tylko jednego workoutu nie zrobiłem drugi raz. Tego gdzie było do wykonania 40 muscle upów. Jak skończyłem go pierwszy raz, to myślałem, że się po prostu rozpłaczę, bo go nie skończyłem. Okazało się jednak, że to był 4 wynik na świecie, a tylko dwie osoby go skończyły.

Co było dla ciebie trudniejsze w treningach Openowych – same treningi czy stres jaki się z nimi wiąże? Szczególnie w chwili, kiedy zaczynasz realnie walczyć o miejsca premiowane awansem na tak wielką imprezę jak CrossFit Games?

SU: Na Open tego jeszcze nie ma. Tak jak Paweł mówił, nie wiedzieliśmy w co możemy celować – czy w pierwszą 10 czy 50-tkę. Jednak nie ma co ukrywać, że pierwszy workout mocno mnie zmotywował do dalszej walki.

A jak było z tobą Paweł i twoją walką w Openach?

PC: Dla mnie Open to niemal od zawsze jest ciężki czas. Ciężko to trochę wytłumaczyć, ale te miesiące nigdy dla mnie nie są najlepsze – ani psychicznie ani fizycznie. W tym roku jednak dzięki pomocy mojego trenera i współpracy jaką nawiązałem, udało mi się ten czas przejść. Fakt, że też późniejsze przygotowania do samego Regionu, przypłaciłem zdrowiem, bo to już raczej nie te lata, na taką zabawę jaką ja sobie zażyczyłem na przygotowaniach do Regionalsów 🙂 Natomiast dla mnie osobiście zawsze cięższe przygotowanie do Open jest od strony mentalnej aniżeli fizycznej – bo to głowa ogranicza ciało, które stać na dużo więcej.

Czy pomysł walki o awans do Regionalsów w Teamie jako CrossFit Wrocław to był jednorazowy projekt, czy jest jakiś pomysł albo plan aby w przyszłym roku to powtórzyć?

PC: Teamy są mocno skomplikowanym tematem. Mamy w tej chwili trzon 4 osób. Jednak pojawiła się ciekawa postać w CrossFit Wrocław, a mianowicie mistrz Ukrainy w ciężarach. 150 kilogramów w rwaniu, 180 w podrzucie, a do tego dobra wydolność, bo od dwóch lat ciężko nad tym pracuje zajmując się CrossFitem. A więc brakuje nam jeszcze kobiety. Nie mamy jednak ciśnienia na to aby kogoś takiego specjalnie szukać czy ściągać. Jeśli taka pani i taka okazja by się zdarzyła, to wystartujemy. Z perspektywy czasu wiemy jednak, że mamy zero ciśnienia na poszukiwania kogoś takiego, bo to nie o to w tym wszystkim chodzi. A gdy się coś robi mocno na siłę, to przeważnie to klekocze, rozpada i jest złe. Teamy to naprawdę w polskich warunkach jest mega ciężki temat. Trzeba trenować minimum pół roku razem i mieć udokumentowane minimum 4 wspólne treningi w tygodniu. Nam się oczywiście marzy taki team na Regionalsach, bo na Gamesy to daleka droga, ale tak jak mówię – zero presji.

Jakie to uczucie osiągnąć tak ogromne cele jakim jest awans w debiucie na Gamesy w przypadku Szymona i w przypadku Pawła po tylu latach starań, walki na Regionalsy? Czy można powiedzieć, że to swoiste spełnienie marzeń czy raczej osiągnięcie założonego celu?

SU: W moim przypadku to na pewno jest to realizacja marzenia. Kiedy dostałem tego maila z potwierdzeniem tego, że awansowałem na CrossFit Games, to jechałem autobusem do szkoły. Zacząłem się jednak śmiać i lekko wariować tam, przez co ludzie patrzyli się na mnie jak na jakiegoś głupka, ale i tak to było super 😀 Ja na tamten moment więcej nie potrzebowałem 🙂 Później na kilka dni przed wylotem do USA, gdy ktoś tylko wspominał temat Gamesów, to ja zaczynałem się trząść ze strachu. Jednak zdecydowanie jest to spełnienie moich marzeń. Jeszcze trochę ponad rok temu zaczynałem chodzić na CrossFit, wciągać się w to oglądając Smitha czy Frasera. Teraz natomiast rozmawiałem z Sarą Sigmundsdottir więc mi nic więcej teraz nie potrzeba 😀

PC: A ja na swój Region starałem się dostać od bardzo dawna. Jednak z różnych życiowych czy zdrowotnych powodów, to się nie udawało. Jednak powiem ci, że pomimo tego, że uważam to za swój osobisty wielki sukces, szczególnie w mojej głowie, to teraz mam już do tego trochę inne podejście. Ja wielu z tych zawodników znam i staram się z nimi trzymać jakiś kontakt, a przez to wiedziałem czego po części mogę się spodziewać w Madrycie. Natomiast same zawody i sam ewentualny sukces, jak dla mnie jest mocno niewymierny. Przynajmniej w moim przypadku, bo nie wiem jak inne osoby które tam startują to postrzegają. Dla mnie to stało się trochę takim spełnieniem moich pustych ambicji. Bo to właśnie to po tych zawodach, usiadłem na spokojnie i doszło do mnie, że znacznie większą przyjemność sprawia mi trenowanie siebie oraz innych, niż jeżdżenie po jakichś zawodach i ich wygrywanie. Tak trochę filozofii wrzuciłem w swoje życie.

Jesteś znany też z tego, że z jednej strony jesteś czołowym polskim zawodnikiem sceny CrossFit. Pokazał to chociażby Amarok w 2016 roku, lub wiele innych imprez. Z drugiej jednak, jednym z twoich niestety znaków rozpoznawczych są kontuzje, które przytrafiają ci się dosyć często. Jak to się dzieje i skąd to się od tylu lat bierze twoim zdaniem? Czy można wszystko zwalić na pecha?

PC: Nie, w moim przypadku to jest przede wszystkim kwestia 20 lat uprawiania sportów walki. I prosiłbym tego nie mylić z tym, że chodziłem sobie na zajęcia i trenowałem jakąś samoobronę. Ja przez 20 lat trenowałem sport olimpijski, z czego kilka z tych lat trenowałem w kadrze i ocierałem się o największe imprezy świata. To wymagało przez większość czasu trenowania po dwa razy dziennie, na skrajnych obciążeniach. Swojego organizmu nie oszukam i on doskonale o tym wie. Ja na chwilę obecną nie mam więzadeł krzyżowych w obydwu kolanach, miałem powyrywane barki po kilka razy, popękane żebra, a o kręgosłupie się nawet nie wypowiadam. CrossFit jest dla mnie bardziej sposobem na to aby mnie jak najmniej bolało, aniżeli sportem samym w sobie. A to, że pojawiają się kontuzje w treningu, to dla mnie nie jest nic nadzwyczajnego, jeśli ktoś myśli o startach i uplasowaniu się w pierwszej 40 mężczyzn z dwóch kontynentów. W pewnych momentach musisz po prostu zaryzykować i przekroczyć swoją granicę.

Tylko zdarza się tak, że jak zbliża się jakiś start to gdzieś tam w internecie, czy to na Facebooku czy Instagramie, o tym piszesz. Dlaczego?

PC: Po prostu, kontuzje. Wiesz, jak tak naprawdę w to niespecjalnie wnikam i nie dorabiam jakichś filozofii. Jak coś mnie boli to napiszę,a jak nic mi się nie dzieje to milczę. Poza tym uważam, że w tych wszystkich fejsbukowych dywagacjach jest za dużo filozofii.

Tyle razy ile mieliśmy okazje się Szymon spotkać to odnosiłem wrażenie, że ten cały szum wokół ciebie jaki się zrobił jakby cię nie obchodził. Czy to tylko moje wrażenie czy może rzeczywiście dla ciebie to bardziej zabawa i nie bierzesz tego do głowy?

SU: Nie będę ukrywał, że dla mnie to było trochę dziwne, że jadę sobie gdzieś na zawody, a tam wiele osób, których nigdy w życiu na oczy nie widziałem, gratuluje mi. W takich chwilach jest mi niby miło, ale jednak trochę dziwnie 😉 Staram się też nie wnikać w to, gdy ktoś tam gdzieś w internecie na przykład napisze coś złego. Jednak staram się tym specjalnie nie interesować.

I bardzo dobrze. Nie bierz tego do głowy co przeczytasz w internecie, bo to nie jest do niczego potrzebne.

PC: Myślę, że tutaj mogę powiedzieć za Szymona i za siebie, że mamy na to wszystko wywalone mówiąc dosadnie. I mam nadzieję, że więcej osób tak będzie do tego podchodzić, bo tak naprawdę to czym tu się przejmować? Jeśli ktoś ma ochotę coś nam powiedzieć, to wystarczy tylko przyjechać do nas i nam to powiedzieć.

Obawiam się Paweł, że internet tak nie działa 🙂

PC: Ale my działamy właśnie w taki sposób. Jak ktoś jest życiową pizdą i boi się czegoś powiedzieć w oczy to już nie jest nasz problem.

Jak wyglądały wasze przygotowania do wyjazdu do USA? Mam tu na myśli zarówno aspekt sportowy czyli jak wyglądały treningi (inaczej niż wcześniej?) oraz ten od strony organizacyjnej czyli szukanie sponsorów, zbieranie funduszy itp.

PC: Jeśli chodzi o sponsorów, to my pod tym względem nie możemy narzekać, bo mamy bardzo fajnych sponsorów – czy to Festina, czy Szkoła Języków Obcych EIE, czy też HES. Więc pod tym względem udało nam się osiągnąć sukces organizacyjny. Co do samych przygotowań, to Szymon nie miał pojęcia co będziemy robić, bo dowiadywał się każdego dnia co go czeka. Wiedzieliśmy też, że  Gamesy młodzieżowe są trochę bardziej „ludzkie” i tych „zabijających workoutów” tak wiele nie będzie, więc przed wyjazdem pracowaliśmy nad efektywnością ruchu i powtarzalnością na dużej liczbie powtórzeń. Pływać potrafi, biegać i jeździć na rowerze to samo, a więc to odpuściliśmy. Poza tym wiedzieliśmy, że wiele rzeczy wyjdzie dopiero w USA, a więc nie zaprzątaliśmy sobie też tym głowy. Bo zdecydowanie łatwiej jest kogoś przygotowywać gdy każdego dnia ma mieć niespodziankę, niż przygotowywać się według ściśle ułożonego planu, a później być zaskoczony czymś co wypadnie po drodze. I śmiem twierdzić, że nas nic nie zaskoczyło.

A czy te współprace z firmami jakie macie, to czy skończyły się one wraz z końcem Gamesów, czy może jest możliwość ich przedłużenia na dłuższy okres?

PC: O tym będziemy jeszcze dopiero rozmawiać gdzieś tak pod koniec września. Poza tym jest jeszcze firma Staropolanka, która nam bardzo mocno pomogła. Poza tym, był bardzo duży odzew na naszą akcję zorganizowaną na PolakPotrafi.pl, która nie ma co ukrywać, także uratowała w dużej mierze ten wyjazd.

Jaki jest ogólny koszt takiego wyjazdu na Gamesy, bo może nie każdy zdaje sobie z tego sprawę.

PC: Koszt w dużej mierze wzrósł przez wizę, która była załatwiona na 3 tygodnie przed planowanym wylotem. A to niestety nie podziałało na korzyść, jeśli chodzi o ceny biletów do USA. Same Stany już są w sumie OK, bo hotele nie są aż takie drogie, a jedzenie jest tanie. Zresztą umówmy się – jak ma się 15 lat to można i sam syf jeść 😉 Łącznie taki wyjazd na jedną osobę, w dniach w których my to organizowaliśmy, zamyka się w kwocie około 10-13 tysięcy złotych. Ale spokojnie, w przyszłym roku będzie już łatwiej, bo od razu po Online Qulaifier będzie można zamawiać bilety 😉

A nie mieliście żadnych obaw jeśli chodzi o pogodę? W tamtym roku Gabi obawiała się słońca Carson, a wy?

PC: Jaka pogoda? Jakie obawy? Tam było 12 stopni 😀 Co więcej, mogę obiecać, że jeśli ktoś pojedzie do Carson to pogodowo dostanie tam wszystko – od upałów, poprzez ulewy, a na tornadach kończąc. I to wszystko jednego dnia 🙂 I co chwilę były puszczane złowieszcze ostrzeżenia z głośników, z prośbą o schowanie się, bo nadchodzi właśnie tornado. Poza tym, ja wprawdzie w Carson nie byłem, ale bardzo dużo ludzi bardzo sobie chwaliło zmianę Carson na Madison.

Co was najbardziej zaskoczyło po przyjeździe do USA? To był wasz pierwszy raz?

SU: Tak to był nasz pierwszy raz. Mnie zdecydowanie najbardziej zaskoczyło to, że wszystko było jak w filmach 🙂 Przed wyjazdem myślałem, że wszyscy sobie żartują, a tu się okazało że nie. Tam na prawdę są takie budynki, takie knajpy czy taka pani w tej knajpie, która nalewa ci kawę 🙂

PC: Przyjemni ludzie, to chyba to co najbardziej rzuca się w oczy przy pierwszym razie. Czy ma ktoś dobry czy zły dzień, to zawsze zapyta się co słychać czy jak leci. I nie ma się co oszukiwać to jest ogromny plus, bardzo budujący. Na samych Gamesach było dokładnie to samo. Tam nie było problemu aby pogadać z jakimś zawodnikiem czy trenerem. Chyba tylko z Fraserem, i to tylko przed workoutem, kiedy przechadza się z Bergeronem albo Hinshawem, którzy szepczą im do ucha jakieś zaklęcia 😉

Z jakim nastawieniem jechaliście obaj na Gamesy? Czy było to na zasadzie co ma byc to będzie czy raczej mieliście jakiś plan?

PC: Przede wszystkim to nie wiedzieliśmy z kim Szymon będzie rywalizował oprócz tego co było w Open, a później w eliminacjach 🙂 Więc ciężko w takiej sytuacji określić jest kogo na co stać. Więc siłą rzeczy jechaliśmy tam wygrać 😉

SU: Do mnie mówiono „nowy mistrz CrossFit Games”, a ja nie wiedząc co na to odpowiedzieć mówiłem po prostu „no dobra” 😀

PC: Te młodzieżowe zawody są takie, że przyjedzie na nie ktoś kto choć delikatnie szybciej rozwija się niż jego koledzy czy koleżanki, i jest już po sprawie. Ciężko jest więc wycelować czy mieć jakieś założenia przed zawodami.

Zdarzają się tam też takie „wynaturzenia” jak nastolatkowie rwący po 130 kilogramów 🙂

PC: Tylko że ten akurat koleś od 8 lat trenuje ciężary! Jak ja czytałem te komentarze na Facebooku, to szału można było dostać. To jest chłopak ważący 95 kilogramów i startującym regularnie w zawodach ciężarowych. I w jego przypadku nie można wymagać tego aby on rwał jakieś 110 kilogramów. Jak ja trenowałem Judo to za juniora młodszego, mając 15 lat, jechałem na jakiś puchar. Tam przyjeżdżał jakiś Azer, który był cały owłosiony i miał 3 procent tłuszczu. Nikt jednak na to nie narzekał, tylko po prostu trzeba było się bić.

SU: W mojej kategorii w sumie wszystko było OK. Był tylko jeden chłopak, który miał już zarost ale tacy to i zdarzają się u mnie w szkole.

Przed Gamesami mieliście jeszcze okazje potrenować w jednym z amerykańskich boxów. Zauważyliście jakieś różnice pomiędzy tym co mamy w Polsce, a tym co jest u nich?

SU: Nie byliśmy w żadnym afiliowanym boxie ale byliśmy w Brick Chicago i Windy City. Ludzie w tych miejscach byli bardzo mili…

PC: …ale community tam za darmo nie było. Tak więc doceńcie to, że jak wpadacie do CrossFit Wrocław to macie trening za darmoszkę 😉 Jednak trzeba przyznać, że były to ciekawe miejsca. Ten Brick Chicago jest boxem na piętrze w biurowcu, co tam kompletnie nikomu nie przeszkadza. Z drugiej strony, jest to box taki bardziej ekskluzywny. W Windy City za to, pomimo tego, ze to mniej więcej 3 razy większy box niż ten poprzedni, to nie było szatni. Zresztą tam chodzi finalnie i tak tylko o to, aby każdy po prostu był sprawny. A czy jest to poprzez CrossFit, Zumbę czy inny pilates, to oni mają to gdzieś.

SU: Było też tak, że gdy pojechaliśmy pierwszy raz do Madison na dwa dni przed Gamesami, to poszliśmy posiedzieć przy boisku obok kampusu w którym tam mieszkaliśmy. A tam na stadionie było kilku biegających w bardzo szybkim tempie 400 metrów 60-latków, do tego jacyś inni lekkoatleci, drużyna piłkarska, drużyna futbolowa cheerleaderki i cheerleaderzy. Czyli łącznie razem jakieś 100 osób na stadionie. I to w normalny dzień w środku tygodnia, wieczorem! To było dla mnie straszne zaskoczenie. U mnie na osiedlu takich osób może znajdzie się z kilka?

Zresztą ich podejście do sportu było też bardzo dobrze widoczne gdy byliśmy na meczu baseballu. I nie chodzi nawet o sam mecz, ale to co się dzieje przed meczem. Tam zanim rozpocznie się mecz to jest przedstawienie weteranów wojennych, ludziom pomagającym biednym, znowu weterani, jakieś konkursy, fajerwerki, a później już można iść do domu bo zaczyna się mecz 😉

PC: Między innymi też dlatego mnie trochę śmieszyły komentarze w internecie na samych Gamesach, że nie pokazują wszystkich albo pokazują tylko jedną osobę. A tam po prostu pokazuje się tylko najlepszych.

Ja przyznaję się, że sam się na tym złapałem, że także chwilowo na to narzekałem, bo miałem wspomnienia z poprzedniego roku z Gabi w roli głównej. Tylko że wtedy Gabi walczyła właśnie o czołowe miejsca.

PC: Poza tym różnica tym co było w Carson, a tym co było w Madison jest taka, że zawody Teens oraz Masters mają swoje areny i swoje zawody, a zespoły oraz indywidualni mają swoje. To nie są te same workouty, to nie są te same miejsca. To jest po prostu jako sport młodzieżowy.

SU: To mnie akurat zawiodło trochę. Bo tylko kategorie Teens nie miały żadnego workoutu w Colosseum czyli miejscu gdzie rozgrywane były finały. I szkoda, bo widząc to wszystko z boku, wyglądało to po prostu super. Nie ma też jednak co gadać, bo u nas też mieli rozmach, gdzie na przykład rig był dwa razy dłuższy niż na Regionalsach. Do tego jak były C2B i T2B, to nie że na jednym drążku ale zrobili dwa drążki bok siebie, a więc to też robiło wrażenie.

PC: Poza tym te Gamesy były to pierwsze Gamesy robione w całości pod telewizję, a nie pod transmisję na YouTube czy Facebooku. Transmisja z tej imprezy leciała w CBS w bardzo dobrych godzinach. Poza tym, jak wracaliśmy już, to ludzie na lotnisku, nie trenujący CrossFitu, zaczepiali nas, bo właśnie widzieli ten sport w telewizji. Tak więc pod tym względem CrossFit HQ odniosło zdecydowany sukces. A to że komuś na Facebooku coś nie pykło, bo nie pokazano tego czego on chciał to sorry. To trochę tak jak w bieganiu, gdzie pokazuje się tylko Bolta.

Jako bardzo doświadczony zawodnik, który widział tego typu imprezy w Polsce i Europie czy którąś z nich da się w jakikolwiek sposób przyrównać do tego co było w Madison?

PC: Tak naprawdę to mało imprez sportowych w jakiejkolwiek dyscyplinie da się porównać do Gamesów. To jest już poziom rodem z Mistrzostw Świata w lekkoatletyce, Igrzysk Olimpijskich czy tym podobnych wydarzeń. W samym tym ośrodku, żeby nie skłamać, w jednym momencie cały czas było koło 50-60 tysięcy osób. Chodzących, oglądających i kupujących wszystko co się rusza. Do tego cały ten obszar, ilość sędziów, zawodników, kibiców, telebimów, sklepów czy sprzętu jaki oni tam nawieźli to coś niewiarygodnego. I przez to na pewno nie ma drugich takich zawodów na świecie i raczej nie sądzę aby ktoś takowe zorganizował. Tego nie widać w telewizji czy internecie, ale to jakie tam zostały władowane pieniądze w organizację tej imprezy to jest po prostu niewyobrażalne.

Czy tak jak Gabi w roku ubiegłym, dostałeś w pakiecie startowym kupę ciuchów, butów i innych gadżetów jedynej słusznej firmy Reebok? 😉

SU: A to ciekawe, bo właśnie siedzę w swoim pakiecie 🙂 Potraktowano nas jako młodzieżowych zawodników prawie tak samo jak dorosłych, jeśli chodzi o te pakiety. To im trzeba oddać na plus, że tak to zostało zrobione. Dostałem kupę ciuchów czy butów z czego wszystko jest sygnowane moim nazwiskiem. Do tego Rogue stwierdził, że obdaruje nas hantlami, bo sztanga może nie wejść do samolotu 😉 Tak było autentycznie napisane na opakowaniu 🙂 Wartość tego pakietu to koszt około 3 tysięcy dolarów.

Jednym słowem wyjazd mógłby się zwrócić 😉

SU: Mój na pewno tak 😀

PC: Mój to będzie się zwracał ze dwa lata pewnie 🙂

Przy okazji przyznaj się tez Paweł dlaczego Szymon musiał jeździć po USA w bagażniku czego dowody są na Facebooku? 😀

PC: Jak mu się zachciało jeździć czerwonym Camaro to musiał pocierpieć 🙂 Poza tym trzeba też zdecydowanie podkreślić, że koszt tego Camaro był taki sam jak Wolkswagena Beetle, a więc wybór był chyba oczywisty 😀

SU: A ja muszę Ci powiedzieć, że w tym bagażniku jeździło mi się całkiem nieźle 😉

A skoro tak to nie ma sprawy 😉 Zatem pytanie z innej beczki teraz. Jaka atmosfera panowała w Madison między zawodnikami w twojej kategorii Szymon? Czy chłopacy z innych części świata byli otwarci, czy raczej każdy szedł w swoją stronę i był skupiony tylko na sobie?

SU: To chyba będę wspominał najlepiej. Wiadomo, że w pierwszy dzień było tak jeszcze trochę dziwnie, bo nie do końca było wiadomo o co chodzi. Wtedy mieliśmy tylko wspólne przejście się po torze przeszkód i poznanie standardów tego workoutu. Ja jeszcze przed Gamesami pisałem z Jamesem Sprague, który finalnie skończył jako czwarty, to była jedyna osoba jaką kojarzyłem. Z czasem to się jednak zaczęło zmieniać. Tam też poczułem to prawdziwe community, kiedy kończyłem workout ze snatchami i double unders, a do mnie na końcu podeszło z 7 osób i zaczęło się na mnie wydzierać 🙂

Czy jako nastolatek miałeś dostęp i możliwość podpatrywania lub pogadania z najlepszymi dorosłymi zawodnikami? Bo to że udało ci się zdobyć fotkę z Ryśkiem to widzieli (i zazdroszczą ci) już chyba wszyscy 🙂

SU: Wyglądało to mniej więcej tak, że strefa rozgrzewkowa była podzielona na dwie części. W jednej z tych stref byli Teens, Masters oraz zespoły, a w drugiej indywidualni. I niby do tej drugiej strefy każdy mógł normalnie przejść, ale wszyscy się bali 🙂 Ja z Sarą Sigmundsdottir rozmawiałem ze trzy razy, bo jest bardzo miła i robi sobie zdjęcia ze wszystkimi kto ją tylko o to poprosi. Trochę żałuję, że nie udało mi się pogadać z Fraserem, ale tak jak mówiliśmy on przed każdym workoutem miał półgodzinne rozmowy motywacyjne czy inne czary 🙂 Za to Froning miał z nami strefę rozgrzewkową, a więc nie było żadnego problemu. I dwie rzeczy jakie zwróciły moją uwagę u niego to fakt, że ma wywalone na wszystko, a po drugie ci wszyscy zawodnicy wyglądają na żywo jeszcze lepiej niż w telewizji czy internecie. Poza tym w niedzielę czyli ostatniego dnia, musieliśmy się zameldować na Gamesach czyli zrobić check in o 7:30 rano. I gdy to zrobiliśmy to się okazało, że w tym właśnie momencie swoją rozgrzewkę kończy już Tia-Clair Toomey, która workout ma o 11.

Który workout wspominasz najlepiej, a który najgorzej? I dlaczego właśnie te? Może któryś cię czymś zaskoczył?

SU: A który w ogóle wspominam? 😉 Jest jeden workout, który nie do końca go wspominam, bo mnie na nim odcięło, ale na pewno jestem z niego najbardziej dumny. To jest ten workout Assault Lunge na którym byłem ostatni ale zszedłem z Air Bike jako czwarty i próbowałem dobiec do hantli. Jednak do tego momentu już niewiele pamiętam 🙂 I z tego, że mnie tak właśnie odcięło jestem bardzo dumny. Z tego, że dałem z siebie wszystko. Jednocześnie trochę mnie to pogrążyło…

PC: …ale zasłużył tym samym na swój indywidualny program treningowy 🙂

SU: Tym workoutem który wspominam najlepiej, będzie chyba ten z muscle upami i sandbagiem. Bardzo dobrze mi się go robiło. Było jeszcze „Run Swim Run” gdzie na końcu ścigałem się z Nikitą z Rosji, który na ostatnich metrach biegnie i goni mnie niemal już sprintem. Jest to nawet gdzieś uwiecznione na highlightcie umieszczonym na Instagramie CrossFit Games. Na szczęście jednak na mecie był kilka setnych za mną 🙂

Gdybyście musieli sporządzić listę 3 rzeczy (pozytywne lub negatywne) jakie na pewno zapamiętacie z Madison to co by na tej liście się znalazło? Może być to jakiś aspekt sportowy ale też niekoniecznie.

SU: Dla mnie zdecydowanie pierwszą rzeczą będą te naleśniki 😀 Ależ one było dobre 🙂 A tak poza tym to całe zawody mógłbym do tego zaliczyć. Najlepszy czas mojego dotychczasowego życia. Wiadomo, że nie trwa ono może mega długo, ale i tak było super. Tak więc tak, naleśniki, zawody i bagażnik w czerwonym Camaro będę wspominać najlepiej 🙂

PC: Ja z tego wyjazdu przywiozłem same plusy. Negatywów tak naprawdę nie ma żadnych. Wszystko co tam zobaczyłem i przeżyłem zaprocentuje w przyszłym roku u Szymona i u innych moich podopiecznych. A tak bardziej konkretnie to ciężko powiedzieć… Jednak na pewno zawodnicy – ale nie tyle od strony sportowej, tylko bardziej to jak się zachowują. Bo niemal każdy z nich jest bardzo miły, przyjazny i z każdym da się normalnie pogadać. Nie są oni w żaden sposób zblazowani czy zadufani w sobie, choć wielu z nich mogłaby mieć do tego prawo.

SU: Alec Smith z moją koleżanką z mojej kategorii wiekowej, jakieś 30 sekund po występie zrobił salto. I to też pokazuje jakie oni mają podejście.

PC: Z plusów to jeszcze dorzuciłbym pływanie w jeziorze Michigan, choć nie tyle co Szymon. Bo mieliśmy pływać po jakieś 470 metrów ale ja wcześniej dostałem niemal zawału, a więc musiałem ściemniać że za dużo zjadłem 😀

Co wyniosłeś z tej imprezy i jako zawodnik, i jako nastolatek? Czy taka impreza jest w stanie dać motywacyjnego kopa do dalszego działania, trenowania i rozwijania się?

SU: Tak, zdecydowanie! Między innymi ten tydzień restu był dla mnie bardzo ciężki. Jak tylko wyszły te highlightsy z Gamesów to od razu dostałem kopa do działania i do tego, żeby za rok tam koniecznie wrócić.

Czy jako zawodnik młodzieżowy miałeś wstęp na zawody dorosłych? Czy w tym roku w ogóle było możliwe abyś zobaczył w akcji Frasera i resztę?

SU: Niestety nie mogliśmy zobaczyć finałów na żywo, ale oglądaliśmy je w Beer Garden i też było super. W miejscu gdzie na dwóch ogromnych telebimach, na których były z jednej strony puszczane konkurencje indywidualne dorosłych oraz teamy, a na drugiej kategorie wiekowe, było kilka tysięcy osób. Ludzi, którzy co niezwykle ważne, kumali o co chodzi i o jaką stawkę toczy się walka. Ja nie ukrywam, że wtedy nie byłem z Czaplą, bo trochę się zgubiłem.

PC: Z dziewczyną był, nie oszukujmy się 😉 Z tą która zrobiła salto z Smithem. On mnie nie widział, ale ja go widziałem 😀

SU: Fajnie jednak, że mogłem zobaczyć jak się ścigają dwie najbardziej wysportowane kobiety na świecie i poczuć tę atmosferę jaka temu towarzyszyła w tamtym miejscu. To był mega moment.

To był chyba najlepszy moment całych tegorocznych Gamesów.

PC: Zaraz po tym jak Froning nie chciał oddać pucharu 😉 A tak poważnie to on był pierwszą osobą, która pogratulowała zwycięzcom.

Ale w internecie oczywiście zaraz hejterzy wyciągnęli fakt, że nie uśmiechnął się po otrzymaniu medalu.

PC: Bo to jest człowiek, który chce wygrywać. On bardzo ciężko pracował na to aby być pierwszy i ja to doskonale rozumiem.

Zaraz po Gamesach na twoim Istagramie pojawił się dość emocjonalny wpis w którym ogłosiłeś zakończenie swoich startów jako zawodnik i skupienie się na trenerce. Więc moje pytanie brzmi – skąd taka decyzja i co się w tym Madison wydarzyło lub co takiego zobaczyłeś, że postanowiłeś podjąć taką decyzję?

PC: Strasznie dużo alkoholu, strasznie 😀

A tak bardziej poważnie, to nie mam na chwilę obecną żadnej motywacji aby startować. Po prostu zero. Dlatego wolę poprowadzić osoby, które taką motywację mają i wykorzystać to czego się nauczyłem przez ostatnich kilkanaście lat. Wolę się skupić teraz na swoich podopiecznych, bo mówiąc wprost to mnie teraz w tej chwili bardziej jara. A jak mi za rok przejdzie to jeszcze zobaczymy.

Czyli nie mówisz, że nigdy więcej, tylko że na razie dziękujesz.

PC: Nie no, jeszcze w Mastersach sobie postartuję 🙂 W sumie 3 lata jeszcze mi brakuje 🙂

Jakie są wasze plany na przyszłość? Ty Szymon wracasz pewnie do szkoły niebawem. Twoi znajomi lub nauczyciele wiedzą co robiłeś w te wakacje? 🙂 Nie masz obaw, że przy natężeniu treningów szkoła będzie ci przeszkadzać w przygotowaniach jak rozumiem do Open 2018?

SU: Ja właśnie na szczęście wyszedłem z gimnazjum. Mówię na szczęście, bo gimnazjum jest naprawdę straszne. Poza tym ja niespecjalnie lubię się chwalić tym co robię. Jednak kiedy ruszyła akcja na PolakPotrafi.pl (PC: i pojawiłem się w telewizji :D) i ktoś wrzucił to na grupę na Facebooku mojej dzielnicy we Wrocławiu na której mieszkam, to dowiedziało się trochę osób z mojej szkoły. Jednak w tym samym momencie zaczęli mi też gratulować nauczyciele i to było dopiero dziwne 🙂 Bo na przykład pani do WF-u, która mnie chyba nie do końca lubiła i chciała mi wstawić na koniec roku czwórkę, chyba się lekko złamała i wstawiła szóstkę 🙂 Teraz ta nowa szkoła do której będę chodził, jest trochę dalej od boxa, więc wiem, że na pewno będzie trochę ciężej, ale zobaczymy w pierwszym miesiącu jak to wyjdzie w praktyce.

To już jakiś czas temu Paweł mi zdradził, że masz bardzo mądrą i czujną mamę, która pilnuje tego abyś niczego nie zawalił przez CrossFit.

SU: A to tak, na pewno. Bardzo jej za to dziękuję. Czasem się oczywiście wkurzałem, jak coś w szkole szło nie tak, bo przez to nie mogłem chodzić do CrossFit Wrocław.

PC: Tak dokładnie było, że jak wyniki w szkole szły nie tak, to młody musiał szorować do domu się uczyć. Bo co tak naprawdę jest priorytetem? Sport może być, a może i nie. Nigdy nie wiesz co będzie jutro, za tydzień czy też za rok. A wykształcenie i wiedza zostanie na całe życie.

SU: Ja na przykład nie mam zamiaru iść na AWF i kształcić się na trenera.

PC: Jak będziesz chciał nim zostać to zrobisz sobie jednodniowy kurs albo wybierzesz jeszcze większy hardcore czyli dwudniowy CrossFit Level 1 😀

A więc jeśli nie AWF i te klimaty to jakie masz jeszcze zainteresowania poza CrossFitem?

SU: Gram sobie na przykład na gitarze.

PC: …a ja z innych zainteresowań Szymona dodałbym jeszcze nastoletnie Amerykanki 😀

SU: Spadaj! 🙂

A to by się w sumie zgadzało z tym, co już wcześniej się dowiedziałem, że podobno nie masz kolegów, a jedynie koleżanki 😉

SU: Tak, to prawda… 🙂

PC: Wiesz w tym wieku nie ma znaczenia czy jest się przystojnym czy ładnym, bo i tak jest dobrze 🙂

A co z Tobą Paweł skoro nie jesteś już oficjalnie zawodnikiem. Teraz będziesz tylko trenować ludzi w boxie z Szymonem na czele?

PC: Prowadzę kilka osób, ale Szymon na chwilę obecna jest jedynym tak naprawdę zawodnikiem. Tak na 100%. Wydaje mi się, że większą potrzebą jest to aby trenować czy prowadzić ludzi, którzy chcą być po prostu sprawni dla sprawności samej w sobie i lepszego życia. I to głównie z tego czerpię bardzo dużą frajdę. Natomiast powoli wracamy z zawodnikami, choć to będzie bardziej pod egidą projektu HES Athletes czyli całego sztabu trenerskiego aniżeli tylko mnie. Chcielibyśmy aby to była profesjonalna grupa trenerów szykujących konkretnych zawodników, którzy by tylko chcieli startować.

Zakończmy więc pytaniem od czytelnika. Czy uważacie, że osoba, która w wieku Szymona, która ze sportem wcześniej miała niewiele wspólnego, jest w stanie jeszcze coś osiągnąć, biorąc pod uwagę, że dopiero zaczyna ćwiczyć? Chodzi mi o takiego przeciętnego kanapowca, z mniejszą/większą nadwagą, który ma 14-16 lat i jest na początku tej drogi. Jestem świadomy tego, że jakąś sprawność uzyska, ale czy jest w stanie uzyskać na tyle dobry poziom, żeby jako dorosły trafić choćby na Regionals.

PC: Rozumiem, że mówimy o osobie, która będzie miała odpowiedni poziom motywacji oraz wyznaczony cel na horyzoncie, tak? Takim chyba najlepszym przykładem w tym przypadku będzie niejaki Travis Williams. Człowiek, który jeszcze jakiś czas temu był ćpającym grubasem, który ze sobą kompletnie nic nie robił, a teraz wystartował po raz trzeci na Gamesach. Ja nie widzę więc żadnych przeszkód aby taki nastolatek, który wytrwa w swoim postanowieniu, będzie systematycznie ćwiczył, będzie mieć odpowiednią motywację, zrozumie jak ważna rolę odgrywa zmiana swoich przyzwyczajeń, diety i będzie trwało kilka lat. Znalazłem taką statystykę, że trzeba wykonać około trzech tysięcy treningów aby dostać się na Gamesy. Więc jeśli osoba przetrwa taki okres, to czemu by nie?

SU: Poza tym, co znaczy osiągnąć? Każdy ma swój cel. Dla jednego będzie to zarzucenie 80 kilogramów, a dla innego pojechanie do Madison jako zawodnik. I to jest też super fajne w CrossFicie, że każdy może dążyć do swojego. Bo CrossFit jest jak najbardziej dla każdego i to bez różnicy czy ktoś jest typowym 16-letnim „kanapowcem”, czy maratonką, która od dziecka biega długi dystanse czy innym kajakarzem który tylko wiosłuje.

PC: Wszystko tak naprawdę zależy od tego jak bardzo będziesz systematyczny, ile pracy w to włożysz i jak dużą będziesz miał chęć aby się doskonalić. A to w jakim wymiarze będzie twój sukces, to już jest inna sprawa. Bo też nie oszukujmy się, ale poziom Gamesów czy nawet TOP100 w swoim regionie, to już jest tylko skrajny procent wszystkich trenujących ludzi. Bo tutaj też dochodzą indywidualne uwarunkowania, a cała reszta to już jest tylko głowa danej osoby i chęć bycia lepszym.

Dzięki panowie za rozmowę

[Obaj] Dzięki!