O wszystkimOpinie

Najlepszy zestaw filmowy

dodany przezKamil Timoszuk 16 listopada 2017 0 Komentarzy

Koniec roku coraz bliżej, a wraz z nim jak zwykle przychodzi filmowa fala. Bardzo często jest to fala dobrych filmów jakie wchodzą do kin i można śmiało mówić o tym, że następuje klęska urodzaju. I z taką jeszcze nie pełną ale jednak klęską, mamy chyba ostatnio do czynienia.

Nie wiem jak wy, ale ja zdecydowanie lubię ten czas kiedy zaglądam do repertuaru kinowego, a tam widzę mnogość różnych propozycji. Tym bardziej jest to budujące, jeśli wiele z tych propozycji ma w sobie coś, co skłania aby wybrać się do tego kina. A jeśli nie jest to jeszcze zmarnowany czas to można mówić i małej pełni szczęścia. Dzisiejszy przegląd zacznę jednak z niższego poziomu.

Film „Listy do M.” jest idealnym przykładem polskiego kina rozrywkowego, którego nikt się nie musi wstydzić. Ani sam autor w osobie Słoweńca Mitji Okorna, ani aktorzy, ani też widzowie, którzy po seansie musieliby wychodzić z kina z poczuciem zażenowania. To była fajna świąteczna opowieść osadzona w polskich realiach, którą się po prostu przyjemnie oglądało. Przez wiele lat w polskim kinie nie była to norma, a więc trzeba to tym bardziej docenić. Niestety takie są prawa rynku, że jeśli jeden film się udaje, to niemal koniecznie trzeba robić jego kolejne części. Tak żeby wydoić z kasy zachęconego już widza. Ja na ten haczyk złapać się nie dałem w przypadku drugiej części „Listów do M.”, ale na trzecią trafiłem w ostatni weekend. I już wiem, że ta produkcja nie udźwignęła poziomu swego pierwowzoru. Za wykonanie jej odpowiedzialny jest reżyser Tomasz Konecki. Człowiek, który dostał w swoje ręce swoisty samograj na polskim rynku filmowym. Mam tu głównie na myśli zarówno znany już tytuł i obsadę aktorską. Ta jeśli chodzi o głośność nazwisk oraz to co za tym powinno iść, teoretycznie powinna odskakiwać od swoich rywali. Ale co z tego jeśli film jest po prostu nudny? I gdy sobie o nim myślę teraz to nie do końca wiem „co poszło nie tak?”. Na pewno to, że film jest przegadany czyli średnie dialogi nie mają tam końca. Niby akcja tego filmu idzie jakoś do przodu, ale robi to zdecydowanie w tempie żółwia. Ja przez długi początkowy fragment tego filmu myślałem, że to z czasem przejdzie i się zacznie… ale niestety wtedy nastąpił koniec. Losy bohaterów pokazanych bohaterów niby się przeplatają, ale robią to tak bardzo niezgrabnie i chwilami bez sensu, że wiele scen w tym i tak nie długim filmie można by sobie darować. W chwilach gdzie autorzy chyba chcieli ogarnąć jakieś zwroty akcji lub coś w tym stylu, tak aby film nabrał rumieńców, to bliżej wtedy było do facepalma niż zachwytu, śmiechu czy rozczulenia. Po raz kolejny więc okazało się, że nie wystarczy wziąć sprawdzony format, wsadzić tam Karolaka, Szyca czy Różdżkę (których de facto całkiem lubię) i doprawić świątecznym klimatem aby to hulało. No nie tym razem. A szkoda, bo liczyłem na trochę przyjemnych doznań. No dobra, całkiem fajna jest ścieżka dźwiękowa, która jednak nie ratuje tego filmowego widowiska.

Na szczęście kino polskie nie tylko komediami stoi. Ostatnimi czasy świetnie udają się polskim twórcom opowieści o życiu różnych znanych i cenionych mniej lub bardziej postaciach. Tak było z filmem „Jestem Bogiem” czy „Bogowie”. Od jutra do kin oficjalnie wchodzi zaś produkcja Łukasza Palkowskiego pod tytułem „Najlepszy”. Jest to opowieść o mało znanym szerszej publiczności polskim sportowcu, zdobywcy „podwójnego Ironmana”, który przeszedł bardzo długą i wyboistą drogę do tego sukcesu na początku lat 90-tych ubiegłego wieku. Tym sportowcem jest Jerzy Górski, który był o krok od minięcia się ze sportową stroną swego życiorysu. Wszystko za sprawą narkotykowego nałogu, który był typową równią pochyłą. Równią po której zsuwał się powoli ale bardzo skutecznie. W dużej mierze dzieje się to dzięki kapitalnej grze aktorskiej Jakuba Gierszała. Aktora, który udowadnia po raz kolejny, że praca jaką wkłada w sukcesywne poprawianie swojego warsztatu aktorskiego nie idzie na marne. Bardzo mocno w tym przypadku pomaga mu sznyt Palkowskiego, który nie da się ukryć, że mistrzem subtelności nigdy nie był. Jednak pierwsza część filmu, która skupia się na jego narkotykowej przeszłości, wszyscy odwalają tam kawał dobrej roboty. Niekiedy pojawiają się tma lekkie przegięcia jak chociażby „druga osobowość” głównego bohatera ale nie razi to aż tak bardzo. Poziom całej produkcji trzymają też aktorzy którzy grają role drugoplanowe tak jak Tomasz Kot, Arkadiusz Jakubik, Janusz Gajos, Anna Próchniak, Kamila Kamińska czy też Adam Woronowicz. Ciężko jest naprawdę wymienić jakieś słabsze ogniwo tej całej układanki.

Dzięki temu idealnemu połączeniu tak wielu składników dobrego filmu, widz oglądając tę opowieść w stylu „od zera do bohatera” nie ma poczucia nudy wynikającego z syndromu „to już było”. Oczywiście ta produkcja nie jest bez wad. Za taką ja osobiście uznaję drugą część filmu. Niestety ta wygląda tak jakby w budżecie przeznaczonym na „Najlepszego” w pewnym momencie zabrakło już kasy i trzeba ją jak najszybciej skończyć. Sam finałowy wyścig przez to nie wygląda tak spektakularnie i dramatycznie jak mógłby, a wręcz moim zdaniem powinien wyglądać. Tym samym to misternie budowane napięcie pod koniec okazuje się niewielkim ale jednak niewypałem. Czy jest to jednak powód aby ten film oceniać źle? W żadnym wypadku! „Najlepszy” to film, który jest niemal pewnym hitem kasowym. Jest to nasz polski „Rocky”, którego nie musimy się wstydzić, a wręcz śmiało możemy być z niego dumni. Archiwalne prawdziwe materiały o Jerzym Górskim umieszczone na samym końcu są dobrym dowodem na to, że jeśli tylko za fajne historie będą zabierali się odpowiedni ludzie, to jeszcze nie raz będziemy wychodzić z kina bardzo zadowoleni. Bo historii samych w sobie na bank nie brakuje.

Marvel i wszystko jasne! No nie do końca. Bo filmów z tej stajni wyszło już tyle, że spokojnie można się w tej wyliczance pogubić. A do tego całego zamieszania doszedł jeszcze ostatnimi czasy „Thor: Ragnarok”. Tak, to jest ten koleś z młotkiem w łapie 😉 Aczkolwiek w tej części, która jest zdecydowanie najlepszą z tych, które opowiadają o tym bohaterze, główny bohater musi sobie radzić bez swojego największego metalowego atutu. Dlaczego? Bo mu siostra go zniszczyła 😉 Brzmi to trochę jak żart ale taka jest prawda. Zresztą opisywanie fabuły takich filmów mam wrażenie, że mija się z celem. Wszystko dlatego, że bardzo rzadko wychodzi ona poza utarte schematy ratowania jakiegoś świata czy walki z wielkim najeźdźcą z odległej galaktyki. Jednak jak pokazuje nowa odsłona Marvela, można to zrobić z klasą, pomysłem i co najważniejsze humorem.

Bazując na swoich kinowych doświadczeniach ostatnio wymyśliłem sobie jak można stwierdzać czy dany film tego typu jest do przyjęcia czy nie. Wystarczy bowiem zabrać na taką produkcję do kina kogoś kto zupełnie nie czuje tego klimatu. Po co? Po to żeby dać realny obraz tego co właśnie widzieliśmy chwilę wcześniej na ekranie. Wiadomo przecież że wielu fanów uniwersum Marvela co by nie dostało to i tak będzie zadowolonych, albo w najgorszym wypadku będzie chciało podświadomie usprawiedliwiać jakieś braki w różny sposób. Natomiast osobie postronnej znacznie łatwiej przyszłoby pociśnięcie takiego dzieła.

Tak więc czy tym razem moja „postronna osoba” pocisnęła Thora? O dziwo nie. Wszystko dlatego, że jego autorzy odrobili pracę domową i wsadzili do tej produkcji te rozwiązania, które już wcześniej świetnie zadziałały. Jednym z nich, co i ja sobie coraz bardziej cenię, jest fakt ograniczenia „scen batalistycznych” zwanych rozpierduchą, na rzecz dialogów, humoru i możliwości poznania poszczególnych postaci. Bo ileż można patrzeć jak niszczone jest jakieś miasto czy planeta? Tym razem balans poszedł w stronę głębi filmu i ja to zdecydowanie szanuję 😉 Znowu też oprawa dźwiękowa filmu Marvela stoi na fajnym poziomie. Umieszczone tam kawałki świetnie współgrają z tym co widzimy na ekranie. Może to nie jest poziom „Strażników Galaktyki” ale i tak jest dobrze. Dlatego jeśli szukacie dobrego filmu na sobotni wieczór, który oderwie was od przyziemnych rzeczy to Thor jest świetnym wyborem.

Na koniec chciałbym polecić coś z innej beczki. Nie jest to bowiem produkcja kinowa, a ta znaleziona na Netflixie. Jednym z mocnych atutów tego serwisu są filmy dokumentalne. Nie wszystkie ale na pewno ich lwia część. Ja z racji swoich upodobań w pierwszej kolejności zwracam się w stronę tych sportowych i dlatego dziś mam dla was do polecenia pozycję pod tytułem „Ice Guardians”. Opowieść o „ochroniarzach z NHL”, których pewnie kojarzycie ale nie wiecie jeszcze, że to o nich mowa. Mam tu na myśli tych graczy którzy walczą, bardziej dosłownie bo na pięści, i jest to ich jedna z głównych ról w tej lidze.

Ten film świetnie ukazuje wszelkie aspekty tego zjawiska, a przede wszystkim to, że to nie jest tylko i wyłącznie bezmyślne naparzanie się po gębach dla uciechy publiki. Ci zawodnicy poświęcają wiele aby być w tej lidze i spełniać w niej ściśle określone i wbrew pozorom bardzo istotne zadania. O tym z jak wielu poziomów składa się to zjawisko ukazuje ten prawie 2-godzinny dokument, który jest świetnie zrealizowany. Oprócz samych urywków meczów czy walk, wplecione są w to rozmowy z samymi zainteresowanymi dzięki którym można spojrzeć na wszystko z drugiej, często bardzo ciekawej strony. Jeśli znajdziecie tylko chwilę to zdecydowanie polecam „Ice Guardians”.