Foto & VideoO wszystkim

Moje kadry: Jagiellonia vs. Miedź

dodany przezKamil Timoszuk 27 sierpnia 2018 0 Komentarzy

Podobno nic dwa razy się nie zdarza. Jednak to nieprawda, bo zdarza się. Niestety. Potwierdziła to Jagiellonia Białystok, który drugi rok z rzędu dokonuje rzeczy podobnej, choć nie jest to w tym przypadku powód do dumy.

Łatwo jest pisać po fakcie coś w stylu „a nie mówiłem?” ale kurde czułem, że tak będzie. Coś mi mówiło, że przeprawa na własnym stadionie Jagiellonii z beniaminkiem z Legnicy to nie będzie spacerek. Wszystko dlatego, że doskonale pamiętam mecz sprzed roku z ówczesnym także beniaminkiem Sandecją Nowy Sącz. Wtedy miało to się skończyć szybkim i gładkim zwycięstwem, a skończyło się mała katastrofą 1:3. A był to najmniejszy wymiar kary, ponieważ Sandecja mogła jeszcze bardziej okazale wygrać swój pierwszy mecz w historii w Ekstraklasie.

Miedź Legnica na swoje pierwsze 3 punkty zdobyte na polskich piłkarskich salonach nie musiała długo czekać. Już w pierwszej kolejce wygrała z Pogonią Szczecin 1:0. Po komplet punktów przyjechała dopiero aż do Białegostoku. Od początku było jednak widać, że goście w Białymstoku nie zamierzają ułatwiać wyrównania rekordu zwycięstw dla miejscowej Jagi. Już w pierwszej połowie gdyby w bramce gospodarzy nie stał Superman to Miedź wręcz powinna coś strzelić. W odpowiedzi niemrawe ataki Jagiellonii tylko raz zakończyły się strzałem w słupek Pospisila po obronionym strzale przez bramkarza. Jednym słowem mecz wyglądał tak jak i pogoda, która przyszła dość niespodziewanie do Białegostoku czyli szaro, buro i ponuro.

Przebiegu wydarzeń drugiej połowy po czymś takim nie mógł przewidzieć raczej nikt. 5 goli z czego aż 3 dla Miedzi nie mogli się spodziewać chyba nawet przyjezdni fani, którzy dosyć niemrawo dopingowali swój zespół cały mecz. Dla Jagi bramki zdobyli Roman Bezjak i Taras Romanczuk. Szczególnie drugi gol mógł się podobać po fajnej akcji z Pospisilem. To było jednak nic w porównaniu do bramki na 1:1 jaką zdobył Forsell. Niestety dwie kolejne bramki obciążają już konto obrońców Jagi, którzy popełnili błędy skutkujące tym, że nie udało się objąć fotelu lidera ekstraklasy.

Panowie z gwizdkami wyniku wczorajszego meczu raczej nie wypaczyli, ale po raz kolejny momentami odstawiali szopki gwiżdżąc lub nie w sytuacjach niemal oczywistych. Bramka na 2:3 padła z pozycji spalonej. Gdzie w tym momencie był VAR?

Tym samym Jaga nie wykorzystała swojej szansy aby odskoczyć reszcie stawki na choć minimalną odległość punktową. Patrząc jednak na to jak po raz kolejny skompromitowała się Legia, na to że Lech zostawił punkty w Lubinie, czy to że walcząca o utrzymanie w ubiegłym sezonie Lechia jest dziś na szczycie tabeli, to ponownie dostajemy niezbity dowód na to jak przaśna jest ta liga.

Zapraszam jednak do obejrzenia zdjęć z mojego autorstwa z popołudnia przy spowitej deszczem ulicy Słonecznej.