Foto & VideoO wszystkim

Moje kadry: Jagiellonia vs. Miedź

dodany przezKamil Timoszuk 10 kwietnia 2019 0 Komentarzy

Kibic potrafi wybaczyć ulubionemu sportowcu lub drużynie wiele. Aby tak się jednak stało musi on widzieć, że jego idol po prostu się stara, nawet w tych cięższych chwilach. Tak jak to robi ostatnimi czasy Jagiellonia Białystok.

To niesamowite jak w piłce nożnej potrafi się zmienić perspektywa postrzegania pewnych spraw, na przestrzeni bardzo krótkiego czasu. Jeszcze nie tak dawno Jagiellonia Białystok była wymieniana jako ten zespół, który mógłby się jeszcze włączyć w walkę o Mistrzostwo Polski. Za sprawą kryzysu jaki dopadł ekipę z Podlasia, ten plan już jakiś czas temu można było włożyć pomiędzy bajki. W ostatnim czasie wszystkim tym ludziom, którym leży na sumieniu dobro białostockiego klubu, zależało już tylko na uratowaniu tego sezonu. A do tego rozgrywki Pucharu Polski nadawały się świetnie.

Zanim doszło do meczu z Miedzią Legnica, to w sobotę podopieczni Ireneusza Mamrota przełamali zła passę meczów bez wygranej w lidze i odprawili z kwitkiem czasem groźne, ale jednak ostatnie w tabeli Zagłębie Sosnowiec. Mecz ten jednak do dobrych na pewno nie należał. Na szczęście 3 punkty zostały w Białymstoku i być może one zadecydują o awansie do wyższej ósemki finałowej rundy rozgrywek. To zwycięstwo dało też jakąkolwiek iskierkę nadziei dla sfrustrowanych fanów, że wtorkowe starcie z Miedzią Legnica może zakończyć się happy endem.

Tegoroczna edycja Pucharu Polski dla Jagi jest tak samo dziwna, co szczęśliwa. Z jednej strony wszystkie poprzednie rundy drużyna z Podlasia zagrała na obcych stadionach. Z drugiej jednak nie przeszkodziło to jej te wszystkie mecze wygrać, a do tego nie stracić żadnej bramki. I być może to za ten wyczyn, podczas losowania półfinałów do Jagi uśmiechnęło się szczęście i drużyna dostała ten jakże ważny mecz na swoim stadionie. Tutaj też przy okazji można poruszyć powracający temat tego, czy w półfinale nie powinno się wrócić do formuły rozgrywania dwumeczu, który byłby chyba bardziej sprawiedliwy. Z drugiej strony przy takim terminarzu jaki zafundowali sobie włodarze rozgrywek w Polsce, dorzucać jeszcze jeden mecz, to też trzeba by się mocno zastanowić. Tym bardziej, że o pierwszej części pierwszego z półfinałów można napisać chyba tylko tyle, że się odbyła. Najciekawszą akcją w tym okresie gry popisali się kibice, prezentujący świetną oprawę meczową.

Ponad 18 tysięcy osób, które w to wtorkowe popołudnie dało się namówić poprzez skomasowaną akcję promocyjną, aby przyjść na stadion, czekało na coś więcej. I to więcej przyszło po przerwie. Jaga w końcu długimi chwilami zagrała tak jak wielu by od niej oczekiwało. Wsiadła na rywala i starała się go kąsać co chwilę z różnych stron i na różne sposoby. I ta sztuka po stałym fragmencie gry udała się kapitanowi Tarasowi Romanczukowi. Kiedy wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą, to ten który miał być największym zagrożeniem ze strony Miedzi ukąsił solidnie. Petteri Forsell czyli gracz którego znakiem rozpoznawczym dla wielu jest jego spora jak na piłkarza nadwaga, huknął z rzutu wolnego wręcz idealnie. Mała konsternacja w obozie białostoczan nie trwała jednak długo. Ci bowiem wzięli się do pracy na tyle skutecznie, że po raz nie wiadomo już który nastąpił typowy „Mamrot Time”. Jego zwieńczeniem była zaś świetny gol w doliczonym już czasie gry grającego dobry mecz Tarasa Romanczuka.

Gol, który zapewnił Jadze historyczny, bo trzeci już awans do finału Pucharu Polski. Po potyczkach w Olsztynie i Bydgoszczy, teraz przyszedł czas na odwiedzenie stolicy i Stadionu Narodowego. Stadionu, który pomimo swej stosunkowo krótkiej historii, ma w swoim dorobku już kilka fajnych chwil. Czy Jagiellonia i jej kibice stworzą kolejne? Po meczu z Miedzią wiara w taki rozwój wydarzeń na Podlasiu jakby wzrosła 😉

Zapraszam do obejrzenia zdjęć z półfinałowego starcia.