fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Miejsca do których się wraca

dodany przezAgata Wyrwas 18 listopada 2016 6 komentarzy

Od czasu do czasu pozwalam przejąć władanie na moim blogu komuś innemu. Komuś kto chciałby się wypowiedzieć na jakiś dręczący go temat. Dziś zrobi to kobieta, która podobnie jak ja, lubi sobie pozwiedzać boxy w Polsce. Tak więc zapraszam do przeczytania tekstu autorstwa Agaty o różnych odcieniach community!

Nie jest tajemnicą iż CrossFit w Polsce, z dynamicznym rozmachem zyskuje na popularności. Dla jednych to zwyczajnie pomysł na biznes, dla drugich sposób na życie, dla jeszcze innych forma aktywnego spędzenia czasu. Ile osób, tyle powodów. Niewątpliwie jednym z największy atutów CrossFitu jest community i na nim właśnie chciałabym się skupić.

Jestem żółtodziobem trenującym hobbistycznie, jednak niepostrzeżenie od ponad dwóch lat CrossFit stał się integralną (sporą) częścią mojego życia. Początkowo nie wyobrażałam sobie ćwiczeń w innym miejscu, z innymi ludźmi niż osoby mi zaprzyjaźnione. Z resztą, i na przekonanie do nich potrzebowałam czasu. Każdy człowiek z założenia kryje się w swojej strefie bezpieczeństwa, z której czasami naprawdę ciężko wyjść samemu. W CrossFicie taki stan rzeczy nie jest możliwy do utrzymania

Z powodu wykonywanej pracy sporo podróżuję. Stanęłam zatem przed wyborem: Trenować rzadko, ale wśród przyjaciół czy zachować swój rytm wśród nieznanych mi ludzi? Nie miałam wyjścia, musiałam po raz kolejny wyjść ze swojego bąbelka. Tak oto rozpoczął się mój nieustanny box trip. W niektórych regionach kraju bywam jednorazowo bądź przejazdem, do innych zdarza mi się cyklicznie wracać. Do drugiej grupy należy właśnie Trójmiasto, postanowiłam w nim zatem znaleźć swój „drugi dom”.  Plan wydawał się dosyć prosty – szukam do momentu aż znajdę się w miejscu w którym będę się czuła maksymalnie sobą.

Mój pierwszy wybór padł więc na CrossFit Trójmiasto – najpopularniejszy box na Pomorzu. Pierwsze wrażenie – fenomenalne! Do dzisiaj pamiętam moje zadowolenie z treningu. Do gustu przypadło mi u nich dosłownie wszystko. Na dodatek za jednym zamachem poznałam Maćka i Marcela, którzy ze swojej strony zachowali się niezwykle gościnne. Spotkałam się z ciepłym przyjęciem z ich strony oraz zainteresowaniem w czasie treningu.  Dostałam wiatru w żagle! To cholernie fajne uczucie z pogranicza maksymalnego pobudzenia przy maksymalnym wykończeniu. Myślałam, że znalazłam swoje miejsce, jednak zadeklarowałam swoją wizytę w Avanporcie następnego dnia.

Avanport zadziwił mnie swoją powierzchnią. Mają rozmach, nie powiem! Na wstępie zostałam rozbrojona pytaniem: Pani na rurę w pionie czy poziomie? Przypominam: w Avanporcie odbywają się także zajęcia Pole Dance  Byłam gotowa na wyzwania oraz otwarta na  nowe znajomości. W zestawieniu z dniem wcześniejszym spędzonym w Sopocie moje rozczarowanie osiągnęło stopień wartości ujemnej; Jako klient mam prawo odbierać zachowania osób otaczających w sposób personalny. Ma to rację bytu szczególnie w sytuacjach, gdy odnoszą się bezpośrednio do mojej osoby. Szanuję wszystkie metody i formy przekazu wiedzy. Nie toleruję jednak krzyku jak i postawy w stylu Jesteś u nas przejazdem, więc weź obciążenie jakie Ci się podoba, nie nauczysz się niczego będąc tylko godzinę. Uważam, że jest to zachowanie po prostu zwyczajnie słabe. Nikt z nas nie lubi czuć się intruzem. W porządku, nie zostanę ich stałym klubowiczem, ale czy to powinno warunkować stopień zaangażowania trenera? Oczywiście, usłyszałam dosyć dobitnie co robię źle, jednak pomocy w skorygowaniu błędów już niestety nie doczekałam.

Po zakończonych zajęciach podziękowałam i zwyczajnie wyszłam. Tym samym zostawiłam to miejsce z wielkim smutkiem oraz decyzją, że w najbliższym czasie do nich nie wrócę.  Mogłam trafić na kiepski dzień, słabą godzinę zajęć, zbyt liczną grupę, nieważne; istotne jest to iż finalnie – omijam ich szerokim łukiem od ponad pół roku; Czy kiedykolwiek wrócę ponownie? Wątpię.

Poszukiwania trwały nadal. Zawiedziona wcześniejszą wizytą, tym razem postanowiłam zmienić miasto i wybrać się do Gdańska. W pierwszej kolejności mój wybór padł na CrossCore. Wśród znajomych, jak i odwiedzanych boksów nie usłyszałam żadnej pozytywnej opinii o tym miejscu. Konkurencji, wiadomi wierzyć nie można 😉 Jednak opinie znajomych, dają do myślenia. Wiedziona ciekawością, postanowiłam zweryfikować rzeczywistość. Nie ukrywam,  miejsce zadbane, estetyczne, rzekłabym aż „wygłaskane”. Wszystko niemalże lśniące. I tutaj właśnie zaczęła pryskać magia. Podświadomie miejsca jasne, czyste z piękną łaźnią, tracą klimat boxa, stając się za to siłownią elitarną. Może to tylko moje wrażenie, a może faktycznie coś w tym jest ? Może zabrzmieć to śmiesznie, ale im więcej podróżuje tym bardziej to dostrzegam – miejsca surowe, oscylujące przy warunkach lekko spartańskich, mają zdecydowanie lepszy klimat.

Odrobina luksusowych warunków jeszcze nikogo nie zabiła, a czas na trening został wygospodarowany. Treningowy samopas, bo tak można określić zajęcia. Przez całe zajęcia trener się mną nie zainteresował, nawet na początku zajęć, nie spytał mnie o moje doświadczenie, umiejętności czy staż. Absolutnie, nie chodzi mi o bycie w centrum uwagi, wprost przeciwnie, cenie sobie jednak, gdy trenerzy podchodzą odpowiedzialnie do klientów. Skoro mnie nikt nie spytał, jaką mam pewność, że pyta kogokolwiek? Żadna z osób trenujących ze mną nie odezwała się do mnie ani słowem. Zostałam ostentacyjnie wyrzucona poza krąg community. Wściekła na trening, (który sam w sobie do gustu mi nie przypadł), zawiedziona postawą trenera i uczestników, zwyczajnie zagryzłam zęby i postanowiłam skończyć jak najszybciej WOD i wyjść. To niesamowicie przykre, drugi trening z rzędu, trafiać na opinię w stylu „Nie warto w Ciebie inwestować, skoro nie zostaniesz naszym klubowiczem”. Gdy słyszałam opinie o CrossCore w stylu „to stajnia zawodnicza”, „tam liczą się tylko wybrane gwiazdki, pretendujące do sukcesu”, myślałam: Nie może być aż tak źle.  Jednak może.

Przez długi czas, miałam szczęście trafiać do miejsc, w których podział trenujących nie był tak jaskrawy, zaś sam box pełni funkcję przede wszystkim katalizatora więzi międzyludzkich. CrossCore, jako pierwszy z odwiedzonych boxów, niestety przekonał mnie, że nie zawsze tak jest. Moim zdaniem – stajnia koni to dobre określenie na to, co dzieje się w ich murach. Po skończonym treningu, w luksusowych warunkach ogarnęłam się i wróciłam do żywych, zostawiając ten przybytek, dla lepszych zawodników ode mnie. Chyba jednak nie jestem aż tak „elitarna” na takie salony  Po doświadczeniach w Gdańsku, nie wiedziałam jeszcze, że wyląduję jeszcze w takim z miejscu w zupełnie innej części kraju. O tym, może kiedyś.

Kiedy po przerwie wakacyjne ponownie zawitałam na Pomorze, pewnie skierowałam kroki do chłopaków z Sopotu. Zostałam przywitana z uśmiechem i życzliwością. Z chęcią wróciłam na wieczorne zajęcia. I wszystko mogłoby wydawać się w porządku, gdyby nie jedno – nieuzasadniona ambicja. W czasie swoich wyjazdów często spotykam się ze zjawiskiem porównywania. Czy aby nie jestem lepsza? Czy nie wezmę więcej niż najlepsza z dziewcząt? Skąd się wzięła i dlaczego jest nową konkurencją. I tu niestety położyły mnie dziewczyny z CF3M. Bycie niechcianym łatwo dać innym do zrozumienia. To nie jest kwestia krzywych spojrzeń, przysłowiowego „zlania” w czasie konwersacji. To całokształt zachowań, świadczących wyłącznie o bezzasadnej potrzebie udowodnienia nowej osobie, że nie jest częścią tego dream teamu. Podejście w stylu – to jest mój drążek, bo jestem do niego przyzwyczajona, jest dla mnie czystą abstrakcją. Komentarze w stylu: Zobacz! Ona bierze męski gryf, chce pewnie zaimponować trenerowi. Przyjeżdża nie wiadomo skąd i chce od razu mieć to co my mamy. Żadna z dziewczyn nie spytała mnie – dlaczego u nich jestem, jak długo trenuję, co u nich robię. Zostałam od razu po prostu oceniona.

Jestem wdzięczna za zaangażowanie i pomoc trenerowi Pawłowi, swoją życzliwością zwyczajnie pomógł mi przetrwać zajęcia. Każdy ma swoje powody dla których bawi się tym sportem, podobnie w czasie treningu – nie wiem jak wy, ja skupiam się na sobie. Staram się wyciągnąć z każdych zajęć wszystko co najlepsze. Tak by kończyć dzień ze zmęczeniem i uśmiechem na twarzy, w poczuciu dobrze spożytkowanego czasu. Nie patrzę na innych, nie porównuję, nie rywalizuję na siłę. Jestem ja i moje słabości. Nie chcę jednak przez połowę zajęć zalewać się falą frustracji, szukając miejsca na wykonanie elementów składowych WOD-a.

Bycie nomadą zmusiło mnie do uodpornienia na takie sytuacje. Finalnie, jestem wdzięczna cf3m za wszystkie uzyskane lekcje – zarówno z zakresu techniki jak i budowania community. Dodaliście mi pewności i chęci poznawania nowych miejsc. Chwała wam za to! Do dziewcząt, cóż – nadal czuję nie smak. Oczywiście nie do wszystkich.  Myślę, że to kwestia zasiedzenia w jednym miejscu, przez co na oczach powstają klapki i myślenie wąskotorowe.  Ja życzę im jak najlepiej, mimo wszystko zajrzę za jakiś czas. Choćby po to by stanąć twarzą w twarz ze swoimi lękami.

Poszukiwania domu – zostały wznowione. Przypadkiem, przeczytałam opinie Kamila na temat CrossFit Stocznia. Przyznaję szczerze – nie miałam pojęcia o istnieniu tego miejsca. Absolutnie nie żartuję. Recenzja przypadła mi do gustu, miejsce wydawało się być przyjazne, postanowiłam więc w wolnej chwili sprawdzić jak faktycznie to wygląda. Dziełem przypadku – trafiłam tam szybciej niż podejrzewałam. Wiedziona nawigacją, wjechałam na teren stoczni i po prostu ich znalazłam. Korzystając z okazji, postanowiłam zajrzeć i podpytać o zajęcia. Oczywiście, pomyliłam wejścia i władowałam się tyłem (nie ja pierwsza i nie ostatnia zapewne).  W pierwszej chwili trener prowadzący zajęcia popatrzył na mnie jak na wariatkę i grzecznie aczkolwiek troszeczkę jak do blondyneczki, oświadczył mi iż wejście do budynku stoczni jest z drugiej strony. Fakt, w codziennym outficie wyglądam jednak inaczej niż podczas treningów. Uśmiechnęłam się i wyszłam. Po chwili dostałam jednak pytanie ze sprostowaniem: Stocznia Zarząd czy CF Stocznia? Odpowiedź mogła być tylko jedna  Obracając wszystko w żart, zostałam tylnym wejściem wprowadzona przez trenera, który okazał się być na tyle miłym goście, że z miejsca założył mi konto i wpisał mnie na zajęcia do head coacha. Od razu zostałam też zasypana pytaniami – skąd jestem?  Co robię w Gdańsku? Jak długo trenuję?  Gdzie trenuję? Całą sytuację do dzisiaj wspominam z uśmiechem na twarzy. Z resztą nie tylko ja. W końcu w tej historii było dwóch obywateli zamieszania. Dzięki Leo, za tak czarujące powitanie, przełamujące wszelkie granice i lody.

Przychodząc wieczorem na zajęcia byłam podekscytowana. Od progu popełniłam przynajmniej trzy faux pas. Trener od razu mnie zauważył, jak „nie swoją owieczkę”, przeprowadził ze mną wywiad środowiskowy, z uśmiechem witając mnie na zajęciach. Od samego początku w powietrzu odczuwalny był luz – bez zbędnego nadęcia, udowadniania na siłę swoich umiejętności. Każdy zwyczajnie robił swoje. Pracowaliśmy dwójkami/trójkami. Dziewczyny – złoto. Przyjęły mnie pod skrzydła z życzliwością i uśmiechem. Zaczęłyśmy rozmawiać, śmiać się, jak gdybym była tam co najmniej raz w tygodniu. Poczułam się jak w utęsknionym domu. W czasie woda coach Adam parokrotnie mnie pochwalił, pomógł przy niedociągnięciach techniki, a po zajęciach z żartem i uśmiechem na twarzy podziękował, że wpadłam. Dostałam też pytanie, którego nikt wcześniej mi nie zadał – Kiedy znowu wpadnę? I wtedy właśnie pękłam, poczułam się potraktowana jak człowiek, nie zaś worek z hajsem. Opuściłam Stocznię z uśmiechem, poczuciem dobrze zrobionej roboty i pewnością, że wrócę. Nie sądziłam, że będę tęsknić za tym miejscem.

Kiedy otrzymałam informację, że po raz kolejny wyjeżdżam do Trójmiasta, od razu zapisałam się na cały tydzień zajęć. Wiedziałam, że to dobra decyzja i chcę tam zostać. Oczywiście, miałam z tyłu głowy wspomnienie CF3M, gdzie nadziałam się za drugim razem. Tutaj takie zjawisko nie miało miejsca. Niezależnie od konfiguracji zajęć, zawsze spotkałam się z miłym przyjęciem uczestników. Wszyscy jesteśmy tu po swoje „coś” – usłyszałam. To było jak miód na moje serce. Przez bite pięć dni była u nich codziennie, biorąc udział nie tylko w wodach, ale i zajęciach specjalizacyjnych.

To właśnie w Stoczni po raz pierwszy przełamałam lęk i zawisłam na ringach, na ciężarach u Adama zaczęłam walczyć z moimi niedociągnięciami w technice i najważniejsze – Leo popchnął mnie do dalszego działania, zmuszając do myślenia o własnym rozwoju. Ilekroć u nich się pojawiam, jestem im wdzięczna. Przez sumienne podchodzenie do swojej pracy, powodują we mnie chyba najbardziej oczekiwany z efektów w CrossFicie, mianowicie wolę walki z samą sobą.

Konsekwencją tygodnia spędzonego z nimi jest to, na jakim etapie znajduję się właśnie  teraz – pierwszy raz od bardzo dawna mam apetyt na więcej! Chcę się rozwijać, uczyć nowych rzeczy, poznawać nowych ludzi oraz miejsca, zaczęłam zastanawiać się nad zawodami w innym charakterze niż jeden z gapiów. To wspaniałe uczucie, gdy wiesz że ktoś w Ciebie wierzy.

Osiągnęłam swój cel – znalazłam swoje miejsce, swój drugi dom, za którym tęsknię. W Gdańsku zostawiłam cząstkę siebie, która związała mnie z nimi nierozerwalnie. Ze zbliżonym poczuciem spotkałam się tylko w jednym miejscu jeszcze – CrossFit Lublin, ale o tym innym razem. Jak w każdej dziedzinie życia, wszystko zależy od nastawienia nas i innych. Pamiętajcie, zawsze bądźcie otwarci na ludzi  i gotowi na nowe. Nie oceniajcie książki po okładce, ani boxa po wielkości logo. Z doświadczenia powiem jedno – lepiej dać się miłą zaskoczyć niż gorzko rozczarować.