CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Mediolan czyli miasto sprzeczności

dodany przezKamil Timoszuk 25 sierpnia 2014 0 Komentarzy

Było miło ale się skończyło, mógłbym rzec. Mediolan, Mediolan i po Mediolanie także, mógłbym dodać. Jednak to na pewno nie wyczerpie tematu, który jeszcze przez kilka najbliższych dni królował w tym miejscu. Czy to jest jednoznaczne z tym, że to miasto mnie zachwyciło, zawładnęło moim umysłem i sprawiło, że niebawem będę chciał tam wrócić?

Zanim odpowiem wam na tak postawione pytanie chciałbym zaznaczyć jedną rzecz. Mianowicie taką, że jestem zwolennikiem pisania wszelkich tekstów dotyczących aktualnym wydarzeń jak najbardziej na bieżąco. Jeśli się da to praktycznie na żywo. Sprawia to zawsze, że przekazywane w tekście emocje są najbardziej żywe i autentyczne. Dlatego też podczas wyjazdu niemal każdego wieczoru, kiedy leżałem już w łóżku bolał mnie trochę fakt, że nie przytargałem ze sobą do Mediolanu laptopa. Jednak dziś, odbywając ponad 10-godzinną podróż powrotną, która rozpoczęła się równo o 4 nad ranem, a następnie pracując jeszcze kilka godzin, sprawia że nie jestem w tej chwili okazem wypoczęcia. Jednak moja chęć podzielenia się z każdym chętnym swoimi emocjami jest silniejsza i właśnie dlatego piszę ten tekst jeszcze przed pójściem spać. Chcę abyście to wiedzieli gdy będziecie mi wypominać kolejne błędy 😉

Przechodząc jednak do sedna, to wypad do Mediolanu czekał na mnie już dobrych kilka tygodni. Nie był to na pewno pod żadnym pozorem tak zwany spontan, a jak najbardziej przemyślana decyzja wyjazdowa. Pomimo tego tuz przed samym wyjazdem cieszyłem się z niego strasznie bo było to szansa na wyrwanie się gdzieś trochę dalej w te wakacje poza Białystok i możliwość zobaczenia miejsc i rzeczy wcześniej nie poznanych. Chyba też nie przez przypadek, wiele osób twierdzi, że „podróże kształcą”. Ja z własnego doświadczenia podpisuje się pod tym obiema rękami. A, że wiedzy nigdy za wiele to i Mediolan wydawał się ciekawą opcją. To była też dobra okazja aby swój debiut zaliczyła moja nowa koszulka, o której myślałem już od dawna, a dzięki CupSell.pl kilka dni przed wylotem trafiła w moje ręce.

Zresztą tej koszulce będzie poświęcony niebawem zupełnie oddzielny tekst.

Wypad do Mediolanu był też okazją, aby sprawdzić na własnej skórze jak działa lotnisko o którym w kilku ostatnich miesiącach, czy nawet latach, momentami było tak głośno, a i jakoś się nie złożyło aby tam trafić. Podwarszawski Modlin pojawiał się w różnych kontekstach w krajowych mediach i przeważnie nie były to pochlebne opinie.

Modlin lotnisko

Czy ja po swojej wizycie bym napisał o nim coś negatywnego? Oprócz tego, że kontrola bezpieczeństwa była zorganizowana w dziwny i dość powolny sposób, to cała reszta nie zwróciła mojej specjalnej uwagi. To chyba więc można zaliczyć na plus. Inną myślą jaka towarzyszyła mi podczas pobytu na tym lotnisku to było proste pytanie – Dlaczego tak kameralny obiekt obsługujący europejskie lotniska nie może powstać i prawdopodobnie nigdy nie powstanie w Białymstoku? Doskonale wiem, że jest to temat rzeka na zupełnie inny tekst, ale osoby decyzyjne w tej sprawie na Podlasiu są po prostu niepoważne odrzucając ten projekt. Lepiej wpierdzielić całą tę kasę jaka była przeznaczona na lotnisko w lokalne drogi, a później i tak do Warszawy autobusem będzie się jechało prawie 4 godziny, a później leciało do Mediolanu niecałe 2. Normalnie nóż mi się w kieszeni otwiera jak o tym myślę i jak na świeżo w pamięci mam dwie odbyte podróże w ostatnich dniach.

Ale że już zdążyłem przywyknąć do takiego stanu rzeczy przez ostatnich kilka lat, kiedy poczułem w sobie poniekąd potrzebę podróżowania, to zostawię te dywagacje na inny raz.

Powiem wam jednak, że taka podróż potrafi człowieka zmęczyć. Tm bardziej, że lot samolotem to nie była ostatnia przeprawa tego dnia. Z lotniska w Bergamo razem z Damianem musieliśmy przejechać jeszcze do centrum Mediolanu, a stamtąd przespacerować się niecałych 5 kilometrów do miejsca gdzie śpimy. W teorii to nic trudnego. A w praktyce? W praktyce zaś istniało ryzyko, że z lotniska w Bergamo w stronę Mediolanu nawet nie ruszymy, ponieważ człowiek który sprawdzał bilety przed wejściem do autokaru, na koniec musiał policzyć wszystkich pasażerów aby sprawdzić czy wszystko mu się zgadza. Szło mu to jednak tak opornie, przy niezbyt zapchanym autobusie, że musiał to robić 4 czy 5 razy aż w końcu się doliczył prawidłowego wyniku. Normalnie szacun gościu! 😉

W samym Mediolanie było nie mniej ciekawie ale to już tylko i wyłącznie nasza zasługa, ponieważ na początku się z lekka motaliśmy jeśli chodzi o kierunek trasy do naszej noclegowni. Niby mapa wydrukowana była, niby ulice spisane, a dopiero po przejściu niecałego kilometra zorientowaliśmy się, że coś jest chyba nie tak 😉 Po powrocie do punktu startowego czyli dworca autobusowego, obraliśmy trochę inną taktykę, która w ostateczności okazała się skuteczna. Wcześniej jednak mieliśmy szybką pogawędkę z panami policjantami, którzy byli niespecjalnie pomocni. Za to co drugi policjant w tym mieście wygląda jak gwiazda włoskiego niszowego filmu porno. Policja z Mediolanu robi też chyba przetargi na zakup całorocznego zaopatrzenia swoich pracowników w żel do włosów, który po większości z nich niemal ścieka. Wracając jednak do sedna czyli naszego spaceru, to w końcu udało nam się dotrzeć, ale nasze nogi niemal błagały o odpoczynek. Brzuchy wraz z żołądkami wiszczały zgodnym rytmem – dajcie żreć! A kiedy jest taka sytuacja, to z organizmem się nie dyskutuje, tylko się go słucha.

Mediolan rowery

Jednak jak się okazało wyprawa na lub też po jedzenie nie była taka prosta, nie znając miasta i okolicy. Zresztą nie wiem dlaczego, ale nie przypominam sobie teraz innego miasta na świecie w jakim dane mi było pomieszkiwać dłużej lub krócej, abym miał taki problem z orientacją w terenie. Nie wiem czy to „zasługa” tych wąskich uliczek, którymi usłane jest to miasto, czy też może czegoś innego, ale nie czułem się specjalnie pewnie przechadzając się jego ulicami przez cały weekend. Znalazłem za to rozwiązanie i tego problemu o którym za chwilę. Teraz wracamy do sedna czyli odrobiny najprawdziwszej włoskiej magii jaką mieliśmy okazję z Damianem doświadczyć. Zresztą zamknijcie swoje oczy i wyobraźcie sobie coś takiego…

Jesteście w obcym mieście, w obcym państwie i nie znacie lokalnego języka. Po wielogodzinnej podróży połączonej z wielokilometrowym spacerem, macie już serdecznie wszystkiego dość. Jedynym waszym marzeniem w tej danej chwili, jest posadzić swoje cztery litery na jakimkolwiek krześle, i zawyć na całe gardło do jakiegokolwiek kelnera jaki się akurat nawinie, jedno proste słowo – ŻREĆ! Pomimo wskazówek gospodarza domu, u którego wynajęliście pokój, obiecane miejsce gdzie możecie dobrze zjeść nie pojawia się, pomimo pokonywania po zmroku kolejnych uliczek. Te natomiast zaczynają się wam już niemal powtarzać. Wtedy mijając pierwszą lepszą pizzerię gdzie pali się światło i chyba są jacyś ludzie, podejmujecie jedyną logiczną decyzję w tej chwili czyli „idziemy tam bez względu na wszystko!” I wtedy nawet nie wiecie, że właśnie za chwilę zobaczycie kawałek prawdziwej magii, o której nawet nie marzyliście. Całość zaczyna się już po przekroczeniu progu tego lokalu. Lokalu, który z zewnątrz nie zachęca praktycznie niczym. Jego wnętrze wypełnia przede wszystkim różowy kolor, a na ścianach w tym właśnie wyblakłym już ze starości odcieniu, wiszą jakieś tandetne obrazki. Pomimo tego w lokalu jest dość tłoczno, a przy fajnych drewnianych stołach siedzą ludzie. Jednak nie są to byle jacy ludzie o czym przekonacie się już za chwilę. Od wejścia wita was około 50-letnia królowa tego miejsca i prowadzi was do stolika po czym przynosi karty. Taka typowa Włoszka, matka rodziny. Jeszcze wtedy nie macie chwili wytchnienia aby zacząć chłonąć klimat tego miejsca, bo jesteście zajęci wybieraniem swojego dania, które wciągniecie z talerza. Kiedy już to zrobicie, do picia nie proście o sok pomarańczowy, bo zostaniecie skarceni przez szefową takim wzrokiem jakbyście przynajmniej obrazili ważnego członka jej rodziny. Po naprawieniu swojego błędu, możecie już w spokoju rozglądać się i całkowicie wtopić się w to miejsce. A widoki są iście epickie. Nagle dostrzegacie że przy jednym stole siedzą dwie panie w starszym wieku, które jedzą pizzę, piją winko i dużo rozmawiają i jeszcze więcej się uśmiechają. Przy drugim stole tuż za wami, jakaś para także spożywa posiłek, a w międzyczasie dokarmia tez siedzącego pod stołem małego fajnego kundelka, który przyszedł na kolację razem z nimi i jest tak samo mile widzianym gościem jak wszyscy inni tego wieczoru. Przy kolejnym ze stołów siedzą starsi państwo wraz z maluchem, który to siedzi na kolanach raz jego, a ran niej. Zdarza mu się też siedzieć, a nawet chodzić po samym stole, do czego zachęcany jest przez szefową. Już wtedy zdajecie sobie sprawę z tego, że nie jesteście w zwykłym miejscu tylko w krainie, którą ciężko nawet znaleźć w jakimkolwiek włoskim filmie. Jednak w takiej bajce obok królowej musi być i król. W tym przypadku jest to szef kuchni, który zagląda co chwilę na salę, podchodzi do gości i pyta się jak im smakowało to co on i jego pracownicy przygotowali. Widząc to zaczynacie się zastanawiać, kiedy wjedzie na stół wasze jedzenie, na które pewnie sobie trochę poczekacie, ale czujecie, że warto przetrwać kolejny atak głodu jaki was dopada.

Mediolan pizza

Gdy sprawdzacie zegarek i widzicie, że od złożenia zamówienia minęło zaledwie 7 minut, w tej właśnie chwili na wasz stół wjeżdżają dwie ogromne pizze o rozmiarze których nie mogliście zadecydować, bo takiej opcji broń boże w karcie nie ma. To szef kuchni decyduje jaka pizza będzie, a nie wy! I bardzo dobrze, bo ten człowiek zna się na rzeczy znacznie lepiej niż wy. Cienkie, kruche ciasto o nieregularnych kształtach, świeże pomidory i mozarella, a także kawałki szynki to połączenie iście mistrzowskie. Jeśli to przyprawicie jeszcze odrobiną specjalnego oleju lub też nawet octu, to wasze kubki smakowe mogą zwariować od nowych doznań jakie im zapewnicie. Każdy kęs to niemal spełnienia marzenia o idealnej pizzy jaką możecie zjeść tylko we Włoszech. Ale zaraz zaraz, wy przecież jesteście we Włoszech! W międzyczasie, między jednym kęsem a drugim, dalej staracie cię ogarniać otoczenie, bo tam dzieje się równie ciekawie co na waszym talerzu. Szef kuchni co chwilę wynosi z kuchni kolejne potrawy, nie będące pizzą, które przypominają małe dzieła sztuki. W tej kategorii królują zaś desery, które pewnie smakują tak samo dobrze jak wyglądają. Żeby tego było jeszcze mało, szef kuchni swoich gości częstuje tak po prostu (za darmo!) różnymi trunkami, które jego zdaniem pasują do danej potrawy. Goście kosztują ich i przeważnie wybierają, bo szef się przecież nie myli. Wy natomiast jesteście pochłonięci tym, aby nie utracić żadnej chwili z tej atmosfery. Kiedy przychodzi wam do głowy myśl, aby uchwycić jeden z takich momentów na fotografii lub filmie, to czujecie pewien wewnętrzny dyskomfort związany z tym, że to po prostu nie wypada. Nie tym razem, nie w tej chwili, nie w tym miejscu i raczej nie w tym życiu. Takie obrazy najlepiej zapisywać w głowie i pielęgnować je, aby było do czego wracać. I w takiej właśnie atmosferze kończycie swoje jedzenie będąc objedzonym aż nadto, płacicie niezbyt wygórowany rachunek i po prostu wychodzicie… A teraz otwórzcie oczy i powiedzcie czy fajnie było? Dla mnie i dla Damiana, czyli dla osób które przeżyły to naprawdę, było kapitalnie.

Tak rozpoczęta wyprawa nie mogła się nie udać, pomimo, że z powrotem do domu znowu mieliśmy kłopoty z orientacją w terenie, przez co licznik przebytych pieszo kilometrów rósł w zastraszającym tempie 😉 Sobotni poranek jednak nie zaczął się dobrze. Wytłumaczę i pokażę wam dlaczego w poniższym 15-sekundowym materiale wideo 😉

Nie na takie warunki pogodowe liczyłem jadąc do „słonecznych Włoch”. Na szczęście nie było tak cały dzień, a jedynie do wczesnego popołudnia, po czym można było wyruszyć w drogę w celu zwiedzenia Mediolanu. Deszcz też sprawił, że szczególnie na początku moich przechadzek tłum w centrum miasta i nie tylko nie był zbyt duży, a co za tym idzie chłonięcie tego miasta nie było specjalnie trudne. Podczas wymyślonej spontanicznie trasy było kilka fajnych miejsc, wartych uwagi z mojej pozycji turysty. O nich wszystkich dowiecie się w najbliższych dniach z tego bloga, gdzie sukcesywnie będę się dzielił z wami swoimi wrażeniami oraz fotkami z Mediolanu. Dzięki temu będziecie mogli zobaczyć trochę zabytków oraz sztuki jaka w Mediolanie jest bardzo obecna w przestrzeni miejskiej. Pokażę wam też zamek oraz kapitalny park, niemal w centrum miasta, który aż prosi się aby objechać rowerem. Zabiorę was też na zakupy do paru ciekawych z mojego punktu widzenia sklepów, których na próżno jest szukać nie tyle w Białymstoku, co nawet w Polsce. Jeśli komuś będzie tego mało to na pewno pojawią się tutaj też wątki sportowe, czyli wycieczka po jednym z najbardziej rozpoznawalnych w Europie stadionów czyli San Siro, czy tak bardzo przeze mnie oczekiwana wizyta w crosfitowym boxie. Tak więc myślę, że wielu z was znajdzie tu cos dla siebie, a przynajmniej mam nadzieję, że nie będziecie mieli poczucia zmarnowanego tu czasu. Tak jak ja to czułem, kiedy wyjeżdżając z samej Warszawy autobusem zmarnowałem ponad godzinę swego cennego życia. Niech to będzie jednak cena, jaką musiałem zapłacić za tych kilka ostatnich dni, które będę bardzo ciepło wspominał. Stay tuned!