CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Mazurskie crossfitowe Fajty

dodany przezKamil Timoszuk 21 listopada 2017 0 Komentarzy

„Nie samymi Amarokami czy LOGinLABami człowiek żyje” pomyślał sobie pewnego dnia Kamil. A dokładniej rzecz biorąc to naprowadziło go na tą myśl kilka osób z którymi miał okazję pogadać. Ale efekt tych rozmów był całkiem interesujący bo zakończony tym razem w Ełku.

Jakiś czas temu kilkorgu z was, z którymi miałem okazję pogadać w różnych sytuacjach, zwróciło mi uwagę na to, że jeśli w ostatnich latach wybierałem się na jakąś crossfitową imprezę w Polsce, to przeważnie była to jedna z tych czołowych. I w sumie coś w tym jest, bo jak gdy spoglądam w tył to rzeczywiście te mniejsze imprezy na jakich byłem, są póki co w mniejszości. W tym roku jednak ten obraz się powoli zmienia, bo tych mniej medialnych ale wcale nie gorszych eventów zaliczyłem już kilka. I wiecie co? Nie żałuję.

Pomysł o tym żeby pojawić się w tak dość nieoczywistym crossfitowo miejscu jak Ełk na Mazurach, pojawił się bowiem znienacka. Dokładniej rzecz biorąc na afterze po zawodach Fire In The House vol. 2 w Bydgoszczy. To właśnie tam podczas rozmowy z Jakubem Golakiem wyszedł temat, że za jakiś czas będą oni organizować finał cyklicznych Fajtów. Mi natomiast niespecjalnie długo zajęło to, aby się określić i zadeklarować to, że postaram się tam zjawić. Bo z jednej strony nie ma to jak nowe doznania, a z drugiej nie wiedziałem jeszcze na co się piszę 😉

Jako że Ełk leży stosunkowo niedaleko od Białegostoku, to postanowiłem przyjechać z samego rana tego samego dnia co zawody. Była to jednak podróż z przygodami które zafundowałem sobie w dużej mierze na własne życzenie. Owa przygoda polegała na tym, że całą drogę udało mi się w autobusie o dziwo jak na mnie przysypiać. Kiedy jednak w półśnie usłyszałem o tym, że właśnie dotarłem do celu i w tej chwili muszę wysiąść, to długo nie myśląc zrobiłem to. Jednak gdy autobus już odjechał, dotarła do mnie dość szokująca refleksja, że część mojego bagażu została w tymże autobusie. Normalnie brawo ja! 😉 Kolejnym szokiem było to, że przy próbie dodzwonienia się do firmy obsługującej te przejazdy, można się było jedynie dowiedzieć, że firma pracuje od poniedziałku do piątku… Dosyć specyficzne zasady jak na firmę przewożącą ludzi. Suma summarum, dzięki pomocy kilku dobrych ludzi udało mi się odzyskać bagaż poprzez złapania tego samego kierowcy, który kilka godzin później, kiedy wracał przez Ełk w drogę powrotną do Białegostoku 🙂 Potwierdza to też tylko fakt, że ja kiedyś własnej głowy skądś mogę zapomnieć 😉

W międzyczasie dotarłem do miejsca rozgrywania zawodów czyli siłowni V.I.P Gym założonej przez Dominika Golaka, byłego mistrza świata w Trójboju Siłowym. Zarówno z nim, jak i ze sporą częścią jego ekipy znam się już jakiś czas, z racji uczestniczenia w różnej formie na kolejnych zawodach w Polsce. Fajnie było jednak zobaczyć w końcu to miejsce, które od tylu lat znałem jedynie z filmów publikowanych przez tych braci w internecie. A siłownia V.I.P Gym jest miejscem tak samo specyficznym co klimatycznym. Umiejscowiona jest ona w budynku handlowo-usługowym na trzech różnych poziomach. Każdy z tych poziomów ma swoje przeznaczenie i na dwóch z nich miała miejsce w ten weekend rywalizacja.

Zawody zostały podzielone na dwa dni z racji startujących w nich kategorii. Sobota była dniem kategorii Open kobiet i mężczyzn oraz Masters panów. W niedzielę do Ełku zjechały się dziki startujące w kategorii Elite. Zawody w Ełku ściągnęły do siebie nie tylko okolicznych pasjonatów CrossFitu, ale wystartowali też ludzie z Warszawy czy Białegostoku. To pokazuje też kredyt zaufania jakim obdarzyły organizatorów te osoby przemierzając taki kawałek drogi. Ci natomiast odpłacili im się ciekawymi zawodami z paroma niespodziankami. Formuła ich rozgrywania w sobotę zakładała wykonanie przez wszystkich dwóch workoutów. Następnie utworzone zostały 4 pary, które miały ze sobą stoczyć pojedynki do dwóch wygranych w losowych workoutach. Tym samym formuła nawiązywała po części do tego, co możemy obserwować na imprezie Activplast No Limit Duel League w warszawskim CrossFit Ursus. Według mnie jest to nietypowe ale ciekawe rozwiązanie.

Dla paru startujących pierwszego dnia osób był to absolutny debiut na tego typu imprezie, a więc siłą rzeczy emocje musiały być u takich ludzi spore. Można było to już zobaczyć kilkukrotnie przy wall ballach, które albo lądowały pod linią, a po szybkiej korekcie przez sędziego zawodnik dosłownie walił piłką w sufit 😉

Workouty pierwszego dnia zawierały w sobie przede wszystkim czyste podstawy treningowe, tak aby każdy chętny mógł w nich wystąpić. Drugim workoutem tego dnia były zabawy z kettlami czyli także popularna forma męczenia ludzi na zajęciach CrossFit 🙂 Tym razem popis swoich możliwości dali dwa reprezentanci w kategorii Masters z CrossFit GCW czyli Dariusz Kozak i Radosław Fijałkowski.

Po tym też nastąpił wcześniej wspomniany podział na pary, gdzie do stoczenia były dwa lub trzy 2-minutowe pojedynki. Niestety to też w tym momencie wyszła dość wyraźnie niemal standardowa bolączka wielu tego typu imprez czyli sędziowanie i trzymane standardy. Niestety taka forma zawodów, czyli takie niemal ekspresowe pojedynki mają to do siebie, że bardzo często zawodnicy chcą osiągnąć jak najlepszy wynik. Zdarza się jednak, że robią to czasami kosztem łamania techniki lub też wykonywania ruchów „na słowo honoru”. I w tym też momencie powinna ujawnić się rola sędziów, którzy takie zachowania powinni ukrócać czy to w pierwszej chwili ostrzeżeniami, czy też po prostu no repami. Niestety w Ełku długimi chwilami nie miało to miejsca, przez co ten sam workout w kilku przypadkach był wykonywany przy różnych standardach. To był też tym samym największy mankament pierwszego dnia zmagań, który na pewno jest do poprawy przy kolejnych edycjach imprezy.

Finał to już zabójcze wręcz połączenie thrusterów z burpeesami wykonywanymi twarzą do sztangi. Nawet jeśli ta sztanga ważyła stosunkowo niedużo bo 30kg u panów i 20kg i pań, to jednak po całym dniu zmagań dała wszystkim konkretnie w kość. Najlepiej z tym finałowym zadaniem poradzili sobie panowie z Warszawy w kategorii Masters czyli Radosław Fijałkowski oraz Dariusz Kozak, a jako trzeci na podium u ich boku uplasował się ostatecznie Artur Brzuzy. W kategorii Open kobiet kolejność była następująca – Martyna Grądek, Monika Cichocka oraz Maria Cieślak. Panowie Open podzielili między sobą podium tak – Przemek Szuliński, Kamil Jastrzębski oraz Przemysław Zyskowski. Zawodnik który skończył na miejscu 4, dostał jednak największe owacje od zawodników i publiczności, która wspierała go na ostatnich powtórzeniach 😉

Oprócz zwycięzców w tych kategoriach, nagrodzono też tego dnia laureatów całego cyklu zawodów.

Dzień później do walki przystąpili reprezentanci Elite. Ci natomiast chyba nie spodziewali się tego, że już od samego początku poziom trudności tych zawodów zostanie zawieszony dosyć wysoko. Wszystko za sprawą workoutu numer jeden, który obejmował chociażby chodzenie na rękach czy snatche kettlem.

Drugi z workoutów był ciekawym połączeniem czterech ćwiczeń wykonywanych przez dwie minuty każde i z minutową przerwą pomiędzy. Na ten zestaw składały się brzuszki na GHD, „skośne T2B”, wchodzenie na peg board oraz triple unders. Co to jednak są te skośne T2B? Jest to utrudniona wersja stóp do drążka, którymi trzeba było dotykać raz z jednej, raz z drugiej strony rąk utrzymujących zawodnika na drążku. Zmiana teoretycznie mała, ale w praktyce robiąca duża różnicę. Tak samo jak i peg board czy triple unders, które nie są ćwiczeniami stosunkowo nowymi, ale jednak nie każdy je praktykuje w codziennej pracy na treningach. Dlatego wyniki poszczególnych części były czasami sporym zaskoczeniem nawet dla samych startujących.

Ten workout dzięki swojej strukturze mógł jeszcze sporo namieszać z racji tego, że każda z jego części była punktowana oddzielnie. Po tej przeprawie jednak cała impreza przeniosła się dwa poziomy niżej, gdzie w V.I.P Gym znajduje się sala dostosowana do używania dużych obciążeń. Te natomiast wcześniej czy później pojawić się musiały.

Podziemia ełckiej siłowni już po przekroczeniu ich progu pokazują, że CrossFit sam w sobie można trenować wszędzie. A dość mało ustawne i nawet można by powiedzieć, że ciasne pomieszczenie, nie jest specjalną przeszkodą aby zorganizować tam zawody. Bardzo klimatyczne zawody. Po raz kolejny też potwierdziło się to, że sportowa rywalizacja jest najlepszym stymulantem do tego aby wychodzić poza swoja dotychczasową strefę komfortu i robić rzeczy jakich wcześniej się nie robiło. Dzięki workoutowi numer trzy w którym zawodnicy otrzymali połączenie podnoszenia ciężarów i gimnastyki, niektórzy wykonali swoje pierwsze HSPU w życiu. Swoją drogą to ciekawe podejście zapisywać się na zawody w kategorii Elite, nie robiąc wcześniej pompek w staniu na rękach, które są już niejako standardem na tym poziomie zaawansowania.

Poza tym kategoria Elite pań przed samymi zawodami miała na papierze jedną zdecydowaną faworytkę, którą była Jola Chmielewska. Ta jednak przez duża część rywalizacji nie była sobą, za sprawą złego samopoczucia. Widownia widząc to, bardzo często starała się więc pomóc zarówno Joli, jak i innym startującym swoim gorącym dopingiem. I to właśnie takie chwile i takie zachowania sprawiają, że ja osobiście zapamiętuję i doceniam takie imprezy jak właśnie ełckie Fajty.

U panów było zresztą podobnie.

Te trzy workouty sprawiły, że większość zawodników była mocno zajechana, a na kilku z nich czekał też finał. Początkowo miały to być 3 osoby z każdej z kategorii. Jednak przez to, że wśród panów na miejscu numer 3 i 4 dwaj zawodnicy mieli o tyle samo punktów, to u nich zarządzono tak jakby dwa pojedynki – jeden o trzecie miejsce, a drugi o wygraną w zawodach. Pierwsze na plac boju wyszły jednak panie, które miały do zrobienia coś takiego:

W tymże finale jak po swoje poszła reprezentantka gospodarzy czyli Ewelina Brzuzy. Dziewczyna, która przez cały dzień rywalizacji zaprezentowała najrówniejszy poziom i dzięki temu całkowicie zasłużenie przypadła jej wygrana. Tuż za jej plecami zawody ukończyła też Ewelina Janczura oraz wcześniejsza faworytka Jola Chmielewska. Takie rozstrzygnięcia przez to, że były w jakimś stopniu zaskakujące, to dla każdej z tych pań dały trochę materiału do przemyśleń, a także motywacji do dalszej pracy przed kolejnymi startami.

Wśród panów emocje były głównie w walce o trzecie miejsce, gdzie spotkały się ze sobą imiennicy – Piotr Sienkiewicz oraz Piotr Kołodziejczyk. O tym kto zostanie nagrodzony na podium, decydowało ostatnich kilkanaście minut pracy. Jak się jednak okazało zadecydował w pewnym stopniu przypadek i pech. Dość bolesny pech zakończony łącznie 9 szwami.

Pomimo takiego rozstrzygnięcia dla obu panów należą się duże brawa. Być może jeszcze kiedyś będą mieli oni okazję rozstrzygnąć na jakichś zawodach tę do końca nierozwiązaną kwestię wyższości jednego nad drugim 😉 Takim też sposobem impreza dotarła do wielkiego finału czyli takiej truskawki na torcie 🙂 Tę zaś na swoją stronę przeciągnął ostatecznie Krzysztof Nieścier.

Pozostało więc jeszcze tylko nagrodzenie najlepszych i rozjechanie się do domów. Rozjechanie się, zabierając z Ełku dosyć dużą pulę fajnych wspomnień w ciągu dwóch dni kameralnej rywalizacji w V.I.P Gym Ełk. Bo tutejsze Fajty nigdy nie będą imprezą jaka będzie rozgrzewać pół crossfitowej Polski do czerwoności. I sami organizatorzy doskonale zdają sobie z tego sprawę. Nie jest to jednak żadną przeszkodą w tym aby organizować imprezę ciekawą, która jest po coś i przede wszystkim dla kogoś. A coraz częściej to właśnie na ten fakt zaczynam osobiście zwracać większą uwagę, kiedy planuję sobie jakiś wyjazd.

Wystarczająco już się najeździłem i naoglądałem „widowisk” w których zawodnicy rywalizowali ze sobą przy pustych „trybunach”. Co gorsza na wielu takich imprezach ten fakt kompletnie nikogo nie dziwi, ani co gorsza nie boli. Ważne na takich eventach jest tylko to aby zawodnik odebrał jak najbogatszy pakiet startowy, oraz ci lepsi zgarnęli dodatkowo jakieś nagrody za zajęte miejsca. Z drugiej strony dla organizatora ważne jest tylko to, by hajs z wpisowego od kolejnych startujących był jak największy. Jednak czy do czegoś dobrego to prowadzi? Później natomiast mamy weekendy, gdzie rozgrywanych jest po 5-6 takich imprez, które są typową „sztuką dla sztuki” lub też takimi jak to już słyszalem kilkukrotnie „wydmuszkami”. Na szczęście ełckie Fajty, pomimo swoich wad i niedociągnięć jakich nie udało się w ciągu całego weekendu uniknąć, nie wpisują się w ten obraz. A więc jeśli ktoś kiedyś będzie się zastanawiać czy warto się wybrać w te strony, to śmiało może rozważać taka wyprawę. Bo crossfitowe Mazury to jak się okazuje to nie tylko Ryn czy Giżycko 😉