O wszystkim

Masochistą być…

dodany przezKamil Timoszuk 8 marca 2018 0 Komentarzy

Bycie kibicem sportowym to jedna z najlepszych rzeczy jaka może przytrafić się człowiekowi. To ile pozytywnych rzeczy idzie za taką pasją wiedzą tylko ci, którzy się jej bezgranicznie oddali. Sprawa się jednak komplikuje, kiedy nasze sportowe zauroczenie pada na sport/zespół/sportowca, który z wygrywaniem ma niewiele wspólnego.

Jak to się dzieje, że jeden człowiek sportem się interesuje, a inny wobec niego potrafi przejść obojętnie? W wielu przypadkach decyduje o tym zwykłe szczęście, przypadek czy szeroko rozumiany los. Dokładnie tak jak ma to miejsce w zauroczeniu się drugim człowiekiem. Oba te zjawiska mają ze sobą masę wspólnego. Jedną też z cech wspólnych tego procesu jest to, że nie zawsze dwie strony dają z siebie tyle samo. Powoduje to często frustracje, bóle czy zwątpienie. Momentami wręcz przypomina to najzwyklejszy w świecie masochizm, gdzie pomimo, że dostajemy raz za razem po dupie, to i tak w tym całym układzie tkwimy.

Ja takich sportowo-kibicowskich związków zaliczyłem w swoim życiu co najmniej kilka. Jednak dwa z nich, które są kompletnie od siebie różne, przetrwały do dziś. I to że przetrwały, oraz są na takim a nie innym etapie, uważam za swój swoisty kibicowski sukces. Bo jako człowiek mający na liczniku już 33 lata, miałem już sporo okazji aby mówiąc krótko, rzucić to wszystko w cholerę i zająć się czymś „poważniejszym”. Będąc kimś kto urodził się w latach 80-tych, a dojrzewał w latach 90-tych, mam szczęście być tym pokoleniem, które zna czas sprzed internetu. A co robiła młodzież, która nie miała tego dobrodziejstwa i zarazy w jednym, w tamtych czasach? Tak, zajmowała się sportem.

Ja jako mieszkaniec Białegostoku miałem w tamtym czasie w sumie dwa sportowe wyjścia – koszykówka w postaci Dojlid Białystok (wtedy ekstraklasa) i piłki nożnej czyli Jagiellonii Białystok (okolice 2, 3 a nawet 4 ligi). Z którego z nich skorzystałem? Jak pokazują obecne czasy, to chyba z obydwu. Jednak z każdego z nich w różnym stopniu i przede wszystkim z różnych pobudek. Dla wielu osób, które nie pamiętają tamtych czasów, ale ogarniają obecne sportowe realia w Polsce, może wydawać się to dziwne ale Jagiellonia nie była wtedy na świeczniku. Ba, klub z dzisiejszą prawie już 100-letnią historią, był bliżej upadku, błąkając się po najniższych ligach w Polsce i grając na, patrząc z dzisiejszej perspektywy, żenującym stadionie przy ulicy Jurowieckiej. Dla wielu ludzi nie było to przeszkodą aby jednak na te mecze chodzić i wspierać w jakimś stopniu ten klub. Co więcej do dziś masa osób wspomina te czasy z nutką nostalgii. Tak jakby autentycznie tęskniła za tą, nie ma co ukrywać biedą pod każdym względem, jaka wtedy tutaj panowała. Mam jednak wrażenie, że wiele osób wspierało ten klub z takiego samego powodu z jakiego ja trafiałem, wtedy jeszcze mniej regularnie, na mecze. Tym powodem był przede wszystkim patriotyzm lokalny.

Zdjęcie pochodzi ze strony Jurowiecka21.pl

Ten kto mnie zna, ten wie, że niemal od zawsze jestem dumny z tego skąd pochodzę i zawsze będę tego bronił. Szczerze mówiąc, to nie do końca wiem skąd się u mnie wzięła taka postawa, ale zdecydowanie się cieszę z tego, że się pojawiła. Bo chyba każdy lubi szczerze czuć, że należy do jakiegoś konkretnego miejsca. To też powoduje że łatwiej jest się z tym wszystkim co się z nim wiąże identyfikować. I to na tej podstawie upatruję swoje przywiązanie do lokalnego klubu jakim jest Jagiellonia. Zdecydowanie też cieszy mnie to, gdy widzę to jak bardzo się zmieniły te w sumie nie tak dawne realia. Jaga z trochę dla wielu ludzi (kompletnie niesłusznie) z zaściankowego klubu, staje się powoli liczącą się siłą w polskiej, póki co tylko ligowej piłce. Dla wszystkich ludzi blisko związanych z tym klubem od wielu, lat jest to jednak okres zapłaty i wynagrodzenia tego, co musieli przeżyć i znieść na przestrzeni lat. Ja także odczuwam podobną satysfakcję kiedy widzę, że Jagiellonia Białystok, trochę po cichu i niepostrzeżenie jest na drodze do mistrzostwa Polski w tym roku. I nie chodzi o to, że robię się teraz na wielkiego kibica, bo doskonale wiem że w tym mieście jest wielu takich, którzy są znacznie bardziej zasłużeni i wytrwali w swojej jagiellońskiej pasji. Jednak swoje też widziałem i przeżyłem jako kibic i czasami było to po prostu bolesne. Szczególnie w momentach kiedy się słyszało z jaką wyższością czy nawet pogardą niektórzy potrafili się wypowiadać w temacie tego klubu. A dziś? Ludzie są zaskoczeni tym, że Jaga potrafi świetnie grać, ma poukładany klub, piękny stadion, a Białystok będący nowoczesnym miastem, nie leży na końcu świata jak to niektórzy sądzą.

Wszystko na to jednak wskazuje, że chyba nadszedł czas weryfikacji takich opinii, co niektórych pewnie w tym kraju może zaboleć. Każdy zaś kibic Jagi jest za to odporny i pokorny. Tutaj nikt nie wymaga, tutaj każdy wspiera i czeka. I patrząc na to co się dzieje w tym kraju to mam wrażenie, że to nie jest powszechne zachowanie. Tutaj jednak wiele osób, w tym także ja ma w sobie tego wewnętrznego masochistę, który przez lata sprawiał, że miało się siły kibicować zespołowi z niższej półki. Tak teraz to wszystko co się dzieje, to czysta przyjemność. I jak mówi mądre powiedzenie – niektórzy muszą, a my możemy 😉

Tak się też szczęśliwie składa, że rok 2018 ma szansę się stać tym rokiem, kiedy moja pierwsza i największa sportowa pasja w życiu odpłaci mi też z nawiązką za lata upokorzeń. Bo do ewentualnego sukcesu lokalnego zespołu, może dojść jeszcze ten prosto zza oceanu, a dokładniej z Kanady. Moje już dobrze ponad 20-letnie zauroczenie może w końcu zostać odwzajemnione. O czym dokładnie mowa? O drużynie Toronto Raptors, która jako jedyna występuje w koszykarskiej lidze NBA. Przykład tego zespołu niemal podręcznikowo pokazuje to, jaki przypadek czasem potrafi sprawić, że ktoś zostaje kibicem danego klubu. U mnie ten fakt sprawiło… logo klubu 🙂 Tak, dokładnie rzecz biorąc dinozaur, który do dziś po wielu zmianach i tak zwanych rebrandingach dalej uchodzi za kultowe logo. I to nie tylko w skali klubu z Kanady, ale także i całej NBA.

To właśnie ja jako zaledwie 11-letni gówniarz zauroczyłem się tą grafiką, która pojawiła się w NBA w 1996 roku wraz z całym klubem. Doskonale pamiętam, że zwróciłem na nie uwagę, kiedy pod koniec marca oglądając w telewizji Sport Telegram (czy ktoś jeszcze pamięta taki program? 😀 ), dowiedziałem się, że jakieś Toronto Raptors pokonali lubianych przeze mnie Chicago Bulls z Michaelem Jordanem w składzie. A skoro to zrobili to nie mogli być pierwsi lepsi 😉 Dlatego też bardzo szybko zainteresowałem się tematem i swoje uczucia, na początku częściowo z Chicago, a później już całkowicie, przeniosłem do Kanady. Szkoda tylko, że Raptors nie bardzo odwzajemniali lub choćby w jakimkolwiek stopniu wynagradzali to poświęcenie.

Na przestrzeni tych dwudziestu lat, co jakiś czas pojawiały się tylko przebłyski ewentualnie lepszej przyszłości. Takim przebłyskiem był Vince Carter, który sprawił, że w świadomości kibiców basketu na całym świecie, w ogóle pojawił się taki klub jak Toronto Raptors. Jego niesamowite wsady do dziś uchodzą za kultowe. Niestety nic nie trwa wiecznie i VC z bożyszcza tłumów, trochę na własne życzenie, stał się też wrogiem publicznym numer 1 w Kanadzie. Bo kibice bardzo nie lubią kiedy się ich oszukuje. Po tym też nastał okres bezsensownych rządów w klubie i co raz podejmowanych absurdalnych decyzji. Głównie personalnych, których nawet teraz z perspektywy tych wielu lat, nikt nadal nie jest w stanie racjonalnie wytłumaczyć i uzasadnić. Nic więc dziwnego, że cała NBA nie traktowała tego klubu poważnie. Kibic jednak nie kieruje się rozsądkiem czy wyrachowaniem. Kibic przede wszystkim wierzy – bezgranicznie i często naiwnie. A w moim przypadku też siedzi po nocach, z racji różnicy stref czasowych, i ogląda jak ostatni głupek tę koszykarską patologię jaka miała wtedy miejsce. A gdy mówi o tym swoim znajomym, lub pisze o tym w internecie, to jedyne na co może liczyć w komunikacie zwrotnym to uśmiech politowania. Ale nic sobie z tego często nie robi. Jak typowy masochista czystej krwi 🙂

Ostatnie lata w wykonaniu drużyny z Kanady są jednak inne. Inne jednak nie znaczy lepsze. Powiedziałbym delikatnie, że są specyficzne. Z jednej strony klub po wielu latach głupich decyzji na górze, wydaje się być dobrze prowadzony za sprawą generalnego menadżera którym jest Ujiri Masai. W składzie są zawodnicy, którzy dają nadzieję, że efekt sportowy także się pojawi. Jednak od kilku lat problem jest inny. Po świetnych meczach sezonu regularnego, kiedy przychodzą najważniejsze mecze czyli Playoffs, zawodnicy zapominają jak się gra w koszykówkę. DOSŁOWNIE. Nie ma chyba drugiego takiego zespołu, który by konsekwentnie chorował na taką przypadłość przez tyle lat. Dlaczego więc w tym roku ma być inaczej?

Przede wszystkim takie nadzieje daje to, jak zespół wygląda i to jak się zmienił na przestrzeni jednego sezonu. Toronto stało się zespołem z krwi i kości, a nie dwójką teoretycznych gwiazd czyli Kyle Lowry i DeMar Derozan, którzy muszą ciągnąć ten wózek z całym balastem. W tym roku rezerwowi Raptors są najlepszymi rezerwowymi w całej lidze. W wielu meczach teoretycznie najlepsi zawodnicy, w decydujących chwilach nawet nie wychodzą na parkiet, bo najzwyczajniej w świecie nie ma takiej potrzeby. Co więcej, tę ławkę nie tworzą doświadczeni weterani, a przede wszystkim młode wilki, które ewidentnie są żądne krwi. Czy w tegorocznych Playoffs będzie to atut czy raczej przeszkoda, to się jeszcze okaże. Ale ta mieszanka jak na razie po prostu działa. Ostatniej nocy okazała się nawet wybuchowa, kiedy to DeMar popisał się na koniec regulaminowego czasu NIEPRAWDOPODOBNYM wsadem, a w dogrywce w bliźniaczej sytuacji podał do rezerwowego aby ten trafił na zwycięstwo.

I właśnie oglądając takie momenty na żywo, kiedy za tobą jest nieprzespana noc i w Polsce dochodzi 5 nad ranem, sprawiają że uświadamiasz sobie swój masochizm. Uczucie które dla osoby, która nigdy tego nie przeżyła nic kompletnie nie mówi. A tobie w takiej właśnie chwili jest to tak bardzo wszystko jedno z jednego prostego powodu – twój zespół, który przez wiele lat był pośmiewiskiem, nagle zaczyna coś znaczyć. Przynajmniej w czystej teorii.

Zresztą pomiędzy tymi dwoma sportowymi przykładami, widzę w tej chwili świetną analogię i to co je ze sobą łączy i sprawia, że mnie tak kręcą. Tym czymś jest wspieranie czegoś w co nikt nie wierzy. Kibicowanie zespołom, które nigdy nie były na świeczniku, a do miejsca w którym są, doszły ciężką i sukcesywną pracą. Bo według mnie nie sztuką jest być fanem drużyn, które od lat odnoszą regularne sukcesy, ich budżety pozwalają na więcej niż innym, a do drużyny zawodnicy niemal sami się pchają. Kibicowską sztuką jest zawieść się niezliczoną ilość razy, ale nie dać się przez to złamać. Dlatego szczerze się uśmiecham gdy widzę żółto-czerwoną flagę z „Jotką”, jak i też tą czarno białą z „We The North”. Doskonale wiem co za nimi stoi, choć są z różnych światów. Światów, które za kilka miesięcy mogą przeżyć niesamowite chwile, które idealnie zrekompensują bycie tym popieprzonym, wewnętrznym, sportowym masochistą 😉 A jeśli tak się nie stanie i będzie tak jak zawsze? To mam wrażenie, że tylko mnie i mi podobnych wzmocni, aby za rok czy nawet dłużej, wrócić jeszcze silniejszymi i jeszcze bardziej pełnymi nadziei.