fbpx
CrossFitLudzieO wszystkim

Mądra, piękna, niepokorna…

dodany przezKamil Timoszuk 26 sierpnia 2015 0 Komentarzy

Rozmowy z ludźmi to jest to, co potrafi dawać mi dużo radości i satysfakcji. Szczególnie wtedy, kiedy moim rozmówcą jest ciekawa, mająca własne zdanie i nie bojąca się o tym mówić osoba. A jeśli do tego wszystkiego dochodzi fakt, że jest to po prostu bardzo fajna kobieta, to niemal z miejsca jest to potencjał na dobry wywiad.

Gadanie to jest to, co lubię bardzo często uskuteczniać z innymi ludźmi, kiedy tylko mam ku temu okazję i możliwość. Odkąd postanowiłem sobie, że będę starał się przeprowadzać fajne i ciekawe rozmowy na łamach mojego bloga, to niemal automatycznie też zacząłem robić listę osób, z którymi chciałbym pogadać. Jedną z pierwszych osób która się tam znalazła, była moja dzisiejsza rozmówczyni czyli Ola Szpak, znana wielu osobom bardziej jako blogerka o pseudonimie I am Crossfitter. Dlaczego ona? Bo to jej blog praktycznie zapoczątkował blogowanie o CrossFicie w naszym kraju. Bo to właśnie ta dziewczyna przeszła crossfitową drogę, którą wiele osób także przejdzie, ale być może dzięki jej doświadczeniom, uniknie pewnych błędów. Zresztą o tym i o wielu jeszcze innych rzeczach, udało nam się porozmawiać w dosłownie ostatniej chwili mojego pobytu w Zielonej Górze. Była to na tyle ostatnia chwila, że o mały włos, a spóźniłbym się na autobus powrotny do Białegostoku 😉 Zresztą nie ma co bardziej przedłużać, więc zapraszam was na moją pierwszą i mam nadzieję, że nie ostatnią rozmowę z przedstawicielką płci pięknej, pomimo tego, że jest to najdłuższa moja rozmowa jak do tej pory. Ale tak to jest, jak się pozwoli mówić i postanowić nie przerywać kobiecie 😉

Aleksandra Szpak 1

Jesteś szczęśliwa?

– Tak…

Czym więc dla Ciebie jest szczęście?

– Jest to taki stan ducha, otaczanie się pozytywnymi ludźmi, pozytywnym myśleniem i generalnie nie przejmowaniem się pierdołami. Szczęście jest proste i raz ono jest, a raz go nie ma.

Aleksandra Szpak 4A jak rozpoczęła się Twoja życiowa przygoda ze sportem?

– W wieku 5 czy też 6 lat, moja mama zaprowadziła mnie na zajęcia z akrobatyki sportowej, ponieważ chciała abym nabrała trochę sprawności motorycznej. Wcześniej bowiem byłam na wózku przez chorobę zwaną ataksją móżdżkową i to właśnie akrobatyka była dla mnie i dla mojego układu nerwowego niejako rehabilitacją, żebym na nowo nauczyła się koordynacji ruchowej. Na samą akrobatykę byłam jednak za wysoka i za szczupła. Poza tym od małego dziecka nie jarało mnie to, że mam być w jakimś zespole dwójek czy trójek, bo od małego byłam raczej indywidualistką. Dlatego też później trafiłam na pływalnię z powodu przymusowych zajęć w klasie trzeciej podstawówki. Tam jednak zobaczyli mnie trenerzy, którzy ściągnęli mnie do klasy pływackiej. I w taki sposób z pływaniem związana byłam jakieś 7 lat. Całkiem dobrze zapowiadała się ta moja pseudokariera sportowa, ale odeszłam z pływania i przez półtorej roku zajmowałam się pięciobojem nowoczesnym w klubie w Drzonkowie. A później przyszedł już czas liceum czyli mój czas gry w koszykówkę. Na studiach zaś pojawił się już CrossFit.

No właśnie – Jak się pojawił?

– U mnie był to kolejny przypadek, ponieważ było to kilka miesięcy przed tym jak Bartek Macek i Alek Pawłowski razem z firmą Reebok przyjechali do mnie na uczelnię z tymi darmowymi treningami, które można było wykonać. Ja natomiast zobaczyłam po prostu filmik w internecie z Gamesów i bardzo mnie to zainteresowało. Zaraz po tym jak przez moją głowę przeleciała myśl „co to kurwa jest?” 😉 Spodobało mi się to, że ludzie wykonywali tam potworny wysiłek oraz to, że jest to sport indywidualny. Aczkolwiek w dalszym ciągu uważam, że CrossFit sam w sobie nie jest sportem. Ja natomiast zaczęłam szukać informacji w sieci, ale zobaczyłam, że nikt się tym specjalnie nie zajmuje. Natrafiłam jednak na informację o pierwszym afiliowanym boxie CrossFit Mjolnir. Jednak w czasach studenckich nie uśmiechało mi się jeżdżenie przez całe miasto prawie dwie godziny, aby zrobić godzinny trening. Dlatego jak wiele innych osób w Polsce zaczynałam metodą prób i błędów, aż do momentu kiedy na moją uczelnię przyjechał ten camp Reeboka. Wtedy też poznałam się z chłopakami i tak jakoś już poszło.

Aleksandra Szpak 5Pamiętasz swój pierwszy trening?

– Pamiętam! Dzięki temu, że w pierwszym swoim treningu miałam box jumpy i przysiady z piłką lekarską trzymaną z przodu, to moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa przez cały kolejny tydzień. I to wszystko przez jeden taki niby prosty trening! Ale następnego dnia, pamiętam, że przyszedł też Rommel Picon razem z ekipą CrossFit Mjolnir i można było wykonać jeszcze jeden darmowy trening. Tym razem był to jednak trening drużynowy z którego doskonale pamiętam, że dziewczyny musiały w nim robić swingi kettlem o wadze 8 kilo. Ja natomiast robiłam te swingi tak, że się mało nie przekręciłam na drugą stronę, bo owy kettel był dla mnie za ciężki 🙂 8 kilo! No i od tej chwili zdecydowanie zaczął się u mnie CrossFit. Jako też, że studiowałam na wrocławskim AWF-ie, to bardzo chciałam ten rodzaj treningu odnieść do tego czym się zajmuję. Czyli chciałam przenieść ten trening na pływanie i sprawdzenie jakie ćwiczenia można robić, a jakich nie powinno się robić, bo nie wszystkie można. Dla mnie to było naturalne, bo od dość dawna wiedziałam, że chcę być trenerem i chcę uczyć i trenować kogoś. Oczywiście zawodniczką CrossFit też chciałam być, bo przez pierwsze pół roku krzyczałam, że pojadę na Gamesy do Kalifornii. Rzeczywistość jednak okazała się trochę inna 😉

Co dawało i czy nadal daje Ci satysfakcję z uprawiania CrossFitu?

– Największa satysfakcję z CrossFitu mam dlatego, że wokół niego jest dużo zajebistych osób, społeczność i ten element community. Aspekt którego nigdzie wcześniej nie było, a nie zrobisz go na siłowni czy też nigdzie indziej. Poza tym wartością dodana jest też rywalizacja, którą uwielbiam. Na początku jednak była to zdecydowanie chora rywalizacja, bo muszę być kurwa pierwsza, tablica jest moja wyrocznią, jak nie jestem pierwsza to się wkurwiam, wracam do domu i analizuję ten trening… Wiesz o co chodzi, nie?

Wielu tak zaczyna…

– No dokładnie. Teraz na szczęście już mam tak, że robię to wszystko dla siebie, nie walczę już o żadne maksy w ciężarach. Fajnie jest jak coś wyjdzie, ale nie mam już celu związanego ze swoją sylwetką czy kolejnymi PR-ami. Ja po prostu przychodzę do CrossFit Senshi, bo zajebiście lubię ludzi i ten klimat. Bardzo lubię to, że czasami jedna drugiej osobie pomoże w treningu. Wiesz, to jest takie fajne, bo myślę, że każdy człowiek potrzebuje przynależności do czegoś i CrossFit coś takiego właśnie daje. Oprócz katorżniczego treningu, to myślę, że ten element jest znacznie ważniejszy. Bo trening sam w sobie jest fajny, aż do chwili kiedy przestajesz traktować to jako zabawę. Bo kiedy przestajesz to tak traktować, to moim zdaniem mija się to z celem. Nawet jeśli postawisz sobie za cel bycie zawodnikiem, to będąc jednostką w dalszym ciągu to grupa popchnie cię do przodu bardziej, niż ty sam jesteś w stanie to zrobić.

Aleksandra Szpak 2Jeśli ktoś czyta Twego bloga od jakiegoś już czasu tak jak ja to robię, to można bardzo wyraźnie zauważyć, że nastąpiła u Ciebie pewna zmiana. Mianowicie na początku pisząc o CrossFicie widać było, że poszłabyś za nim niemal w ogień. Teraz jest wręcz odwrotnie i dlatego moje pytanie brzmi – Co się stało i skąd taka zmiana o 180 stopni?

– Ta zmiana u mnie wynika chyba najbardziej z tego, że widzę w jaką stronę idzie ta cała społeczność. Czytam zarówno polskie, jak i też zagraniczne strony, i widzę jak ludzie siebie hejtują i po sobie jeżdżą, a Polska to swoją drogą. Dla mnie jest to coś niepojętego, że jest to niby jedno wielkie community, ale nie w obrębie jednego boxa, ale powinno być w obrębie całego kraju. Ja nie akceptuję czegoś takiego, że jeden box bez przerwy jedzie po drugim boxie. I nie podaję tu konkretnego boxa, bo wiem, że tak jest w kilku miastach. Nie wiem dlaczego tak się właśnie dzieje, ale ewidentnie zaczęło mnie to wkurwiać. Wkurwia mnie też to, że wiele osób traktuje CrossFit niemal jako religię czyli Reebok od stóp po czubek nosa, a Rich Froning czy inny Jason Khalipa jedynym słusznym idolem. Nie jestem też za tym, aby kobiety wyglądały jak te najlepsze zawodniczki. Nie mam nic przeciwko samym zawodniczkom, bo one robią to zawodowo i coś z tego mają, ale nie jestem za tym aby każda z pań musiała wyglądać tak jak Samantha Briggs.

Trzeba jednak od razu dodać, że żadna kobieta trenując w swoim boxie 3-4 dni w tygodniu nie będzie wyglądać tak jak ta zawodniczka.

– Tak, nie będzie tak wyglądać, to prawda. Jednak skupiając się na samych kobietach w tym przypadku, na moich podopiecznych, to nawet trenując 3-5 dni w tygodniu trzeba liczyć się z tym, że się urośnie. W tym jednak przypadku najważniejsza jest manipulacja jedzeniem. Jeśli ktoś uważa, że podczas treningu i zaraz po nim, spala wielkie ilości kalorii, to nie może i tak wrzucać w siebie nie wiadomo jakich ilości jedzenia, które nawet jeśli będzie zdrowe to i tak sprawi, że się urośnie. Dlatego trzeba bezwzględnie zwracać uwagę na to co się je. W CrossFit nie jestem zwolenniczką też żadnej z diet promowanych niemal odgórnie czyli paleo, zone i tym podobne. Ja sama, podobnie też myślę jak i reszta, która w tym samym okresie zaczynała interesować się CrossFitem, stosowałam te diety na sobie. Jednak mówiąc o tym co mnie wkurwia, to zdecydowanie podkreślę to najeżdżanie na siebie typu „ten ma level 1, a ten nie ma”, „Ci mają afiliację, a tamci nie mają więc chodźcie do nas”. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego, że skoro to jest jedna wielka społeczność to jeden gada na drugiego. Poza tym nie uważam, że każdy musi przerzucać największe ciężary, nie każdy musi każdy trening wykonywać Rx-em. Sama też już nie mam takich celów, że na przykładowy siad muszę koniecznie brać 110 czy 120 kilogramów. Szanuję ludzi, którzy takie cele mają, ale to już nie są moje cele. Moim celem jest dobra zabawa w tym treningu i to żeby przekazywać ludziom, że CrossFit nie jest kontuzyjny, bo jest kontuzyjny tak samo jak każdy inny sport, który wykonuje się na pałę i bez odpowiedniego przygotowania. Kolejną też rzeczą która mnie wkurwia to jest temat, który chyba każdego interesuje czyli sterydy. Wielokrotnie już o tym gadaliśmy, ale wkurza mnie to, bo widzę sylwetki tych ludzi i widzę jak się one pozmieniały, albo PR-y jak danym osobom poszły do góry. NIE MA SIŁY na to, aby ktoś to robił naturalnie! No nie ma siły. Ja jestem po studiach, wszystkich rozumów nie pozjadałam, sama nigdy sterydów nie brałam więc ciężko jest mi powiedzieć co biorą ci ludzie. Wszystko jest w kwestii domniemania, bo wiem jaki środek powoduje jaki efekt więc mogę co najwyżej strzelać. Nie ma się jednak co się szczypać i ukrywać tego. Ci ludzie moim zdaniem powinni otwarcie powiedzieć jak to wygląda – nie dla siebie i własnego dobra, ale dla dobra ludzi, którzy chodzą na ich zajęcia. Trzeba uświadomić Jasia, Kasię czy inną Małgosię, że nie będzie tak wyglądać. Nie mówię, że wszyscy są na koksie, ale jeśli ktoś poważnie myśli o CrossFicie jako o sposobie na życie, no to sorry – na sałacie wyników się nie robi, a na sucho to nawet trawa nie rośnie. Tak więc w tym wszystkim brakuje mi trochę takiej otwartości i szczerości. Poza tym akcje typu firmy Reebok, która nakazywała wręcz zawodnikom występowanie w Gamesach w odzieży tylko i wyłącznie Reeboka, to jest to już mocno popieprzone. Do tego wkurza mnie to, że ludzie traktują CrossFit jako dyscyplinę sportową. Ja rozumiem, że zawodów jest coraz więcej, nagrody na nich są już naprawdę przyzwoite, ale to nadal nie sprawia tego, że CrossFit staje się sportem i nigdy też nie będzie sportem olimpijskim. Mi wystarczy to, że CrossFit ma swoje badania antydopingowe… CrossFit dla mnie jest tworem marketingowym, trochę modą, ale przede wszystkim tworem marketingowym, na którym zbija się dużo hajsu.

Aleksandra Szpak 6Ale w swojej pierwotnej, prozdrowotnej i treningowej wersji działa?

– Tak, zdecydowanie działa. O ile trener w boxie wie jak rozpisać treningi, jak programować cykle treningowe i jak wygląda całe to programowanie. Bo to co się przekazuje ludziom na kursach Level 1 to jest absolutne minimum dla kogoś, kto chodzi do boxa 3-5 razy w tygodniu i jemu tak naprawdę więcej nie potrzeba. Ja popełniłam zajebisty błąd, kiedy zajarałam się CrossFitem i potrafiłam trenować nawet dwa razy dziennie. I w takiej sytuacji oczywiście progres szedł – i to zajebiście szedł – ale co z tego, skoro ja byłam tak wykończona, że kurwa… Teraz trenuję dla przyjemności i wtedy kiedy chcę. Wychodzi to praktycznie i tak około 5 dni w tygodniu, ale zawsze trenowałam sama. Teraz zdecydowanie trenuję tylko z ludźmi i robię to dla zwykłego funu. Nie mam potrzeby aby coś, komuś, gdzieś udowadniać. Wprawdzie w tamtym roku brałam dwukrotnie udział zawodach teamowych i spoko, fajna przygoda ale to tyle.

Mając już pewne doświadczenia jak ocenisz trening indywidualnie vs. trening z grupą?

– Zdecydowanie jest lepiej trenować w grupie. Po pierwsze masz ciągłe porównanie co do grupy z którą trenujesz, a to w naturalny sposób wymusza na tobie ciągły progres. Poza tym jesteś z ludźmi, a nie jak jakiś no name gdzieś tam kurwa schowany w boxie, i „broń boże do mnie nie podchodź, bo ja tutaj mam kurwa swoją sesję treningową”. Ja zajebiście lubię skończyć swój trening, a później pójść i dopingować kolejne osoby, bo ja po prostu zajebiście lubię ludzi, którzy dają taką fajną energię i feeling.

Jak powstał Twój blog z którego jak się domyślam większość osób Cię zna? Skąd wzięłaś na niego pomysł?

– Pomysłu na bloga tak naprawdę nie było. To się samo wymknęło spod kontroli 😉

Co Ci się wymknęło spod kontroli? 🙂

No wiesz, zaczęłam pisać bloga bo zauważyłam, że bardzo mało osób wie w ogóle o CrossFicie. Zaczęłam pisać w czasie świąt Bożego Narodzenia w 2012 roku, kiedy przyjechałam do domu i mi się po prostu nudziło. Napisałam wtedy swojego pierwszego posta i rozesłałam po swoich znajomych. Pierwsze 100 wyświetleń i jest spoko, biorąc pod uwagę fakt, że pisałam dla siebie i znajomych. Nigdy też nie miałam w planach zostania jakąś blogerką czy uważaną osobą w tym temacie, i nie znoszę gdy ktoś mnie w taki sposób właśnie szufladkuje. Za taką osobę się nie uważam, bo mój blog jest prowadzony w sposób daleki od typowego blogowania. Styl pisania na moim blogu także się zmieniał, bo wraz z samym blogiem zmieniałam się także i ja. Działo się w moim życiu wiele, i to na pewno miało wpływ zarówno na mnie jak i właśnie na bloga. Nigdy nie miałam też ciśnienia, że muszę na przykład o czymś koniecznie napisać. Ja po prostu czasami sobie jadę rowerem do pracy, i wtedy właśnie przychodzi mi do głowy jakiś pomysł, który zapisuję w telefonie, a później jak mam czas i nadal wenę aby to napisać, to po prostu przelewam na bloga. Poza tym potrafię czasami napisać jakiś post po czym wywalić go, bo coś mi się w nim nie podoba, a następnie napisać go raz jeszcze. Nie kieruję się też żadnymi kryteriami czy sugestiami ludzi, którzy do mnie piszą i proszą mnie abym napisała o tym czy o tamtym. Nie uważam się za żadnego eksperta i piszę o bardzo różnych rzeczach. Piszę głównie o takich rzeczach, które są związane z CrossFitem w jakimś tam stopniu, ale nikt tego tematu na przykład nie chce ruszyć. Ja staram się nie pisać o konkretnych osobach ale bardziej o zjawiskach w taki sposób, że niektórzy rzeczywiście mogą poczuć się urażeni, jeśli wezmą to do siebie. Wynika to też jednak z tego, że ja mam dość specyficzne podejście do życia – Wszystko jest dla mnie funem, większość rzeczy traktuje ironicznie, potrafię i bardzo często śmieję się sama z siebie ale także innych rzeczy, które mnie śmieszą lub bawią. Uważam też, żeby nie było za nudno, to czasem przez pryzmat moich postów można tez się pośmiać z samego siebie. Bo ja potrafię się przyznać do swoich błędów jakie popełniłam na swojej drodze czy to trenerskiej, czy to jako osoba trenująca. Chcę przez to też pokazać – nie róbcie tak! Zdaję sobie sprawę, że nie do każdego dociera to o czym piszę, głównie ze względu na to, że ktoś jest zajarany CrossFitem w taki sposób, jak chyba każdy z nas był. Jednak z wiadomości jakie otrzymuję, wiem też, że niektórzy po przeczytaniu moich tekstów zmieniają swoje podejście i do tego całego zjawiska podchodzą na większym luzie i bez takiej spiny, którą można często zauważyć.

Aleksandra Szpak 7Jednak w wielu twoich tekstach można natrafić na twarde opnie na dany temat, które bardzo często nie są raczej popularne. Czy to generuje jakiś typowy internetowy hejt w twoim kierunku?

– Nie, przynajmniej nie internetowy. Nie mam takich hejterów, którzy piszą do mnie w obraźliwy sposób, a nawet jeśli by to robili, to mam na to wyjebane. Jak komuś żal dupę ściska, to ja bardzo chętnie temu komuś kupię odpowiednią maść aby sobie posmarował w odpowiednim miejscu 😉 Ja z pisania bloga nie mam żadnych profitów, nie piszę nic pod publiczkę, a więc nikt nie ma prawa się do mnie przypieprzyć. A jeśli już to robi, to chyba ma coś nierówno pod sufitem i lepiej aby na to konto walnął sobie setę (burpeesów 😉 ) i mu przejdzie. Doskonale bowiem widzę, że w Polsce bardzo często hejtuje się kogokolwiek za cokolwiek co robi. Ja od małego byłam taką osobą, która wychodziła poza wszelkie schematy, zawsze mówiłam to co myślę i osoby, które znają mnie prywatnie doskonale wiedzą, że taka jaka jestem na blogu, taka też jestem i w rzeczywistości. Nie ma w żadnym wypadku dwóch różnych osób, a jest to jedna i ta sama Ola Szpak. Zresztą sam miałeś okazję się o tym przekonać 🙂

Zdecydowanie potwierdzam 😉 A jaka była najprzyjemniejsza lub najmniej przyjemna rzecz jaka spotkała cię z racji tego, że prowadzisz bloga?

– Na pewno nie jarają mnie takie sytuacje, kiedy ktoś mnie rozpozna. Oczywiście na zawodach tam gdzie się pojawiam oczywiście zawsze ze wszystkimi chętnie pogadam, ale ja nie czuje się żadną gwiazdą ani inną celebrytką.

Nie czujesz się celebrytką blogową? 😀

– Nieee! 🙂 Zdecydowanie nie mam takiego ciśnienia. Cieszy mnie natomiast to, gdy ktoś mówi lub pisze mi, że napisałam zajebisty tekst, że udało mi się ubrać fajny temat w słowa. Widzę też że z moimi tekstami identyfikuje się sporo dziewczyn i kobiet, które trenują CrossFit i to jest bardzo fajne. Wiele osób przesyła mi też maile w których pisze, że zmieniło swoje życie. I oczywiście nie jest to mój sukces, a tylko i wyłącznie ich, ale fajnie jest wiedzieć takie rzeczy. Żadne kwestie materialne mnie nie jarają, bo tak naprawdę nigdy czegoś takiego z bloga nie miałam. Trafił się jeden wywiad w studenckim radiu no i fajnie. Jednak sam blog piszę, bo po prostu lubię to robić, a to że ktoś to czyta to spoko.

A najmniej przyjemne zdarzenia?

– Najmniej przyjemne… Parę razy ktoś tam mi coś napisał czy nabluzgał, ale to jakieś anonimy, a więc nie ma o czym gadać.

Z jakimi więc problemami lub sprawami zgłaszają się do Ciebie ludzie, którzy do Ciebie piszą?

– Powiedziałabym, że z życiowymi. Aczkolwiek na pierwszym miejscu przeważnie jest dieta. Jako, że jestem trenerem personalnym i wprawdzie nie jestem dyplomowanym dietetykiem, ale mam swoich wiele doświadczeń w tym temacie i wiele rzeczy sprawdziłam na sobie, tak więc jakieś pojęcie o tym mam. Poza tym sama dietetyka jest bardzo ciekawą dziedziną, która się cały czas rozwija i ja staram się pogłębiać swoją wiedzę na jej temat.

A czy w momencie kiedy ktoś prosi abyś rozpisała mu dietę to czy robisz to?

– Zdarza się to bardzo rzadko, bo zdarzyło się może z dwa czy trzy razy. Głównie dlatego, że nie mam na to czasu. Pisało też do mnie kilka osób w sprawie programowania treningów, którego się uczyłam od znakomitych trenerów przez kilka miesięcy przebywając w USA. Jednak tak jak mówiłam, wiele osób pisze do mnie ze sprawami pośrednio związanymi z CrossFitem, a czasem bardziej jak do swojej koleżanki czy przyjaciółki. Wynika to też chyba z tego jak piszę swego bloga i to, że przez to pozornie skraca się dystans co jest w sumie fajne.

Starasz się w takich sytuacjach nawiązywać jakiś kontakt z takimi osobami?

– Ja nie jestem ani psychologiem ani tym bardziej Matką Teresą, aby komuś pomagać lub przejmować się czyimiś problemami. Ja sama jestem jednostką i chcę mieć wokół siebie pozytywną aurę. Kiedyś zdecydowanie przejmowałam się wszystkimi i ich problemami, a teraz obchodzą mnie tylko moi najbliżsi i ja sama oraz moje problemy. Ja takiej osobie, która do mnie pisze oczywiście odpiszę, ale tak naprawdę nie mogę jej nic więcej napisać czy zaoferować, bo jej po prostu prywatnie nie znam.

Aleksandra Szpak 3Zdecydowanie popieram takie rozumowanie. Zmieńmy jednak trochę temat. Jak pewnie wiele osób, które czyta Twego bloga pamięta, że przez jakiś czas mieszkałaś i trenowałaś w USA. Było to jeszcze w czasach, kiedy boxy w Polsce można było niemal policzyć na palcach jednej ręki. Jak wspominasz to doświadczenie?

– W moim przypadku było to kwestia faceta i tego, że ja w tym temacie wyznaję zasadę „wszystko albo nic” i z tego powodu pojechałam za nim do tych Stanów Zjednoczonych. Co do samego CrossFitu tego ówczesnego polskiego i tego co zastałam tam na miejscu to były dwie zupełnie inne bajki. Po prostu szok. Jednak my mieszkamy w Polsce i nie chciałabym aby mimo wszystko przenosić ten cały amerykański CrossFit na nasz grunt. Jak widzę w polskim boxie amerykańska flagę to mi się rzygać chce, serio. Jesteśmy kurwa w Polsce! Tam jednak trenuje się inaczej i ludzie są zdecydowanie inni. Będąc w Texasie zauważyłam, że ludzie są tam bardzo pozytywni. Nawet jak mają chujowo w życiu to się po prostu uśmiechają. U nas natomiast to całe ogólne negatywne nastawienie do życia odbija się na tym, że jest między innymi tylu hejterów, którym coś nie wyszło w życiu to się na tobie powyżywają. Wrażenia z boxa mam jednak zajebiste. Szczególnie jeśli chodzi o trenerów, i to takich prawdziwych trenerów, a nie osoby, które sobie zaledwie porobiły levele. Nie twierdzę, że ja jako trener nie robię błędów, ale jak czasami widzę jak niektórzy w Polsce prowadzą zajęcia, to moim zdaniem powinni się zastanowić nad sobą, bo po prostu robią ludziom krzywdę. Tam natomiast wyznacznikiem jakości trenowania było na przykład to, że potrafili oni ogarnąć duże ilości osób na klasie czy też zeskalować każdemu trening. U nas ze skalowaniem treningów lub tłumaczeniem techniki jest naprawdę ciężko, bo nad taką osobą trzeba się skupić, trzeba jej poświęcić przez to tez więcej czasu, a tego się w wielu przypadkach trenerom nie chce robić. No ale jeśli ktoś w danym boxie jest od rana do nocy to takie są tego skutki. Ja później natomiast słyszę, że jakaś osoba poszła do jednego boxa i jej się CrossFit kompletnie nie spodobał, a jak trafiła do innego miejsca to jak najbardziej. Więc jak to kurwa jest? CrossFit przecież jest jeden, tylko nie wszędzie jest dobrze prowadzony. Moja mama trenuje CrossFit, a więc to jest najlepszy dowód na to, że CrossFit jest dla każdego. Co do różnic między boxami polskimi i amerykańskimi, to amerykańskie boxy w wielu przypadkach są o wiele prostsze. Nie ma tam nasranych niepotrzebnych sprzętów, tak jak to czasami w Polsce niektórzy lubią gromadzić.

OK, a jaki był inny „pozacrossfitowy” szok dla Ciebie w USA?

– Chyba przede wszystkim ten, jaki był wybór żarcia do kupienia. Po prostu możesz zjeść wszystko, wszędzie i na jakiej diecie byś nie był. Tym bardziej, że ja żyłam w takiej okolicy gdzie było mnóstwo farmerów, którzy dostarczali te wszystkie produkty. Poza tym wszyscy są tam dla siebie tak zwyczajnie mili. Mili nawet do tego stopnia, że przez pierwszy tydzień mnie to osobiście autentycznie wkurwiało. Nie mogłam się przestawić na to, że ludzie są po prostu i bezinteresownie mili.

I tym oto sposobem dochodzimy do kwestii o którą nie mogę nie zapytać jako fan wszelkich imprez crossfitowych czyli CrossFit Games w Kalifornii na których miałaś okazję być. Jak wyglądały wtedy twoje wrażenia, a jak one wyglądają teraz po jakimś czasie? Warto tam pojechać?

– Warto! Zdecydowanie warto, bo nigdy nie poczujesz przez telewizor czy tez monitor tej atmosfery jaka tam panuje. Nigdy nie zobaczysz tylu crossfitowych hipsterów w jednym miejscu i czasie, poubieranych w te wszystkie świecidełka z Reeboka jak to ma miejsce właśnie tam. Nigdy nie zobaczysz tak wielkich i tak wielu wszystkich stoisk handlowych firm związanych z CrossFitem jak jest tam. Nie poczujesz też temperatury jaka tam jest podczas 3-dniowego siedzenia na stadionie, od której później ze mnie przez tydzień skóra schodziła. Ja od samego siedzenia pociłam się tak, że co chwila musiałam oblewać się wodą. Ludzie natomiast nie mają pojęcia w jakich warunkach ci zawodnicy muszą ze sobą walczyć. Uważam, że ta impreza jest takim typowym „must see” dla każdego. Jeśli tylko masz kasę to jedź na te Gamesy, zobacz to i poczuj, bo to na prawdę robi kolosalne wrażenie. Trzeba tez o tym pamiętać, że ta impreza z roku na rok jest coraz to wieksza i jest robiona z coraz to większym rozmachem. Poza tym na tej imprezie i nigdzie indziej, nie najdziesz takich crossfitowych świrów, którzy wczesnym rankiem, mieszkając kilometr od stadionu biegają po tarasie i robią burpeesy, po czym idą do Starbucksa, piją paleo cofee i zagryzają to jakimiś sałatkami czy innymi preclami. Od razu więc wiadomo, że to crossfiterzy przyjechali 😉

Aleksandra Szpak 8

A czy Gamesy są taką imprezą na którą warto się wybrać tylko raz czy miałabyś ochotę tam wrócić raz jeszcze?

– Tak, zdecydowanie wróciłabym. Gdym tylko dysponowała taką gotówką, to na pewno pojechałabym raz jeszcze do Carson. Jednak od mojej ostatniej wizyty minęły zaledwie 2 lata, a więc poczekałbym jeszcze z 4 i zobaczyła jaka jest różnica przez taki okres czasu.

Wróćmy więc do Polski. Obserwujesz polską scenę CrossFit i zapewne masz jakieś swoje spostrzeżenia na jej temat. W jaką stronę więc Twoim zdaniem idzie nasz lokalny światek?

– Myślę, że każdy idzie w swoją stronę. Wiem, że są takie osoby, które osobiście bardzo sobie cenię, które robią bardzo mądry CrossFit. Będąc na przykład w boxie w Bydgoszczy u Sebastiana Szubskiego, od razu widać, że jest to robione miejsce z pasji. To miejsce aż ocieka ciężką pracą, jaka została włożona w otwarcie tego boxa. Podoba mi się też to, co zrobił Maciek Bielski u siebie w Trójmieście. Zresztą Maciek swego czasu też pisał swojego bloga, a więc mogłam go obserwować od początku. Pod względem marketingowym i tego jak działa box podoba mi się Reebok CrossFit Poznań. To jest taki box typu full wypas, bo czasami jest tak, że ludzie otwierają swojego boxa i kompletnie zapominają, że jest coś takiego jak marketing. Natomiast w Poznaniu wydaje się, że wszystko jest robione z głową, co ma później przełożenie na ludzi. Jeśli zaś mam być szczera, to najlepszym miejscem, do którego gdy tylko mam okazje pojechać to pojawia mi się na gębie wielki banan jest CrossFit Mokotów. Jest to jest takie miejsce, gdzie odnajdzie się każdy. Nic w tym jednak dziwnego skoro prowadzą to osoby, które są prawdziwymi prekursorami CrossFitu w Polsce. W ubiegłym roku miałam też okazję poznać Łukasza Wysockiego z CrossFit ELEKTROMOC, który zrobił na mnie wielkie wrażenie i jako człowiek i jako trener. Łukasz zdecydowanie robi też w fajny sposób swój biznes, bo nie można zapominać o tym, że CrossFit to po prostu biznes, który trzeba umieć zrobić. Fajną robotę robią też we Wrocławiu, bo jak pamiętam jakie plany miał HES 2 czy 3 lata temu, to teraz to świetnie widać, że realizuje je krok po kroku i to nawet z jeszcze większym rozmachem. Bardzo też podoba mi się box w Krakowie czyli 72D, gdzie jeśli bym tylko miała taką możliwość to bym zamieszkała 😉

Aleksandra Szpak 12

OK, a cała scena jako środowisko – idzie w dobra stronę?

– Myślę że tak, bo coraz więcej osób dowiaduje się o tym co to jest CrossFit i o tym, że ten system treningowy to nie jest jedynie tępe napierdzielanie ciężarem. Tak więc pod tym względem uważam, że idzie w prawidłową stronę. Nawet pomimo tego, że niektórzy mówią o tym koksie czy kontuzyjności, to myślę, że i tak takie osoby zginą w tłumie albo dostaną po głowie od mądrzejszych od siebie. Poza tym jak czekam na to, kiedy zaczną się zamykać boxy w Polsce. Nie nastąpi to jeszcze teraz, ale na pewno nadejdzie taki moment przesytu. Poza tym już teraz doskonale wiadomo, że nie wszystkie boxy prosperują dobrze i, że nie wszystkie boxy są rentowne. W pewnej też chwili będzie trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie – ile można w to jeszcze ładować kasy i odpłacać? Ja rozumiem robienie czegoś z pasji ale jakoś trzeba żyć.

W tym momencie coś mnie tknęło aby spojrzeć na zegarek i ocenić ile czasu nam jeszcze zostało na rozmowę. I w pierwszej chwili zrobiło mi się ciepło, bo byłem o krok od tego, że gdybym nie wyczuł tego momentu, to mógłbym się spóźnić na swój autobus z Zielonej Góry do Białegostoku. To jednak nie było przeszkodą w dopytania jeszcze o kilka rzeczy, ponieważ końcówkę rozmowy przeprowadziłem w chwili kiedy lekko truchtaliśmy w stronę przystanku i co było jak na razie najbardziej ekstremalnymi warunkami w jakich przyszło mi z kimś robić wywiad 🙂

Czy Ty swoją przygodę z bycia trenerem zawiesiłaś już na dobre?

– W chwili obecnej chyba jestem szczęśliwa z tego, że odpoczywam trochę od tego środowiska fitnessowego. Ja generalnie cenię sobie w życiu spokój i pozmieniały mi się w ostatnim czasie priorytety, ale moim punktem docelowym jest nadal bycie trenerem. Zresztą to nie jest też tak, że ja przestałam być trenerem, bo nim ciągle jestem z racji skończonych studiów. Jednak jako, że pojawiła się inna możliwość zarabiania większych pieniędzy w inny sposób i to żebym miała większy komfort oraz spokój w życiu.

Aleksandra Szpak 11Teraz narobiło się sporo wszelkiej maści kursów czy szkoleń na trenera personalnego. Czy jednak bycie trenerem to łatwy kawałek chleba?

– Jeśli chcesz być dobry w tym fachu to musisz zdawać sobie sprawę z tego, że twoja praca zaczyna się o 6 rano, a kończy każdego dnia około 23 i później. To jest typowy no limit i to ty musisz być dla ludzi.

A czy każdy może być trenerem?

– Nie, zdecydowanie nie. Nie mogą to być osoby, które generalnie nie lubią ludzi i do tego nie są cierpliwe. Osoby, które nie chcą się rozwijać i mają zamknięta głowę na wiele rzeczy. Coś na zasadzie, że ty im coś mówisz aby coś u nich polepszyć, a oni i tak wiedza swoje i robią po swojemu bo wiedzą najlepiej. Uważam, że jest to bardzo błędne i szkodliwe podejście. Poza tym trener nie może być nieszczery, bo to ludzie w obecnych czasach bardzo widzą.

No właśnie. Czy trener w obecnych czasach ma pełnić funkcje nie tylko trenera, ale także kolegi, przyjaciela czy nawet psychologa?

– Jak jesteś trenerem, to też chyba w pierwszej chwili stajesz się też przyjacielem. Trzeba jednak uważać, aby nie zatrzeć tej granicy na linii klient-trener. Mi osobiście nigdy nie zdarzyło się zatrzeć tej granicy, ale tylko dlatego, że nigdy nie dałam sobie wejść na głowę, tak jak to klienci czasami próbują robić. To na pewno nie może być nagle sytuacja, że dany klient dzwoni do Ciebie w środku nocy i mówi, żebyś do niego przyjechał, bo jest nawalony.

Aleksandra Szpak 10Na koniec zaś nie mogę ominąć innego ważnego dla Ciebie tematu czyli Fran. Słynnego psa, który jest nieodłączną częścią Ciebie i Twego bloga 😉 Jak to się stało, że wasze drogi się zeszły?

– Z Fran historia jest taka, że gdy wracałam z zawodów w Ustroniu Śląskim i jechałam w aucie ze swoimi znajomymi, poprosiłam ich abyśmy zajechali do Wałbrzycha, bo właśnie miałam tam do zobaczenia tego małego psiaka. On zaś został znaleziony w Macedonii i przywieziony do Polski w kiepskim stanie. Wiem też, że na Fran czaiło się przede mną już kilka innych rodzin i z racji tego że ja byłam sama, to nie byłam do końca pewna, że dadzą mi tego psa. Jednak kiedy przyjechaliśmy na miejsce, to ja powiedziałam, że nie wyjdę bez tego psa. I od tamtej pory jest to taki związek idealny, który zdecydowanie przetrwa wszystko 🙂

Czy jednak gdyby nie było Fran, to czy byłby jakiś inny zwierzak w Twoim otoczeniu?

– Na pewno, ponieważ u mnie w domu zwierzęta były od zawsze. Zresztą ja Fran traktuję w dużej mierze jak człowieka i wiem, że to trochę moja wina jak się ona zachowuje, bo nie ma co ukrywać, ale jest ona trochę rozpieszczona i się do tego przyznaję 😉 Ale kurde, sam widziałeś, że jej nie da się nie lubić i nawet sam jej jedzenie oddawałeś 😀 Natomiast jeśli nie byłoby Fran to na pewno byłby jakiś inny pies, bo kotów nie lubię, a takie zwierzęta jak papugi czy na przykład chomik nic by do mojego życia nie wniosły.

Wydajesz się osobą szczęśliwą, spełnioną i zadowoloną. Tak więc czego Ci można życzyć?

– Tego żeby mi się nic nie pochrzaniło i tradycyjnie zdrowia. Bo najważniejsze jest to, aby być zdrowym i sprawnym, a do tego szczęśliwym.

I tego ci właśnie życzę!

– Ja tobie również Kamilu 😉