O wszystkimOpinie

Ludzie ludziom

dodany przezKamil Timoszuk 3 lutego 2018 0 Komentarzy

Co jest najważniejsze we wszelkiej maści występach scenicznych? Moim zdaniem zdecydowanie ludzie. Zarówno ci, którzy stoją na scenie, jak i ci, którzy są pod nią i odpowiednio reagują na to co widzą i słyszą.

W ostatnim czasie miałem dwie okazje aby wcielić się w rolę osoby, która obserwuje przygotowane podobno misternie wydarzenia. Dwa wieczory o kompletnie innym zabarwieniu emocjonalnym. Jednak zarówno z jednego jak i drugiego można było wyciągnąć coś dla siebie.

O stand-upie w Polsce nie można już napisać tego, że jest to zjawisko kompletnie nowe i dopiero raczkujące. Polska scena stand-upowa zdążyła się już całkiem nieźle rozrosnąć, może nawet chwilami dojrzeć, a już na pewno wyhodować swoje gwiazdy na miarę samego zjawiska. I niewątpliwie takowymi znanymi postaciami na tej scenie są Kacper Ruciński, Łukasz Lotek Lotkowski oraz Rafał Pacześ. I tych oto trzech panów zawitało na kilka dni do Białegostoku, aby cztery dni z rzędu przedstawiać widowni swój program w klubie Gwint. I już za sam ten fakt należą się im gratulacje, bo nie każdy jest w stanie przeżyć aż tyle dni w Białystoku gdy miasto potrafi kusić 😉 Z drugiej jednak strony, ta trójka ludzi miała świetnego przewodnika w osobie Karola Modzelewskiego, który swego czasu studiował w tym mieście. Człowieka który podczas tych czterech wieczorów był osobą zapowiadającą każdego z nich, ale ja go w tej chwili głównie kojarzę z tej niezamierzonej i spontanicznej rozmowy 🙂

Który z występujących oddzielnie na scenie jeden po drugim artystów był najlepszy? Według mnie ten który to wszystko rozpoczął czyli Kacper Ruciński. Opisywanie tego o czym mówi jego program nie ma większego sensu gdyż z jednej strony i tak nie przekaże się zabawnego klimatu całej opowieści, a z drugiej strony nikt chyba nie lubi spoilerów, prawda? Ważne jest jednak to, że jego żarty w wielu przypadkach po prostu siadały w tym miejscu i tym momencie w którym powinny. Nawiązywanie interakcji z publicznością, którą ja osobiście sobie cenię niemal na równi z przygotowanym wcześniej występem, też należy zaliczyć na plus. Tutaj też mogę sprzedać wskazówkę dla tych z was, którzy może jeszcze nigdy na stand-upie nie byli. Mianowicie siadanie w pierwszym rzędzie na tego typu występach bywa czasami ryzykowne 😉 Jednak jeśli masz spory dystans do siebie i chcesz aby twój wygląd lub twoje poglądy były omawiane na forum publicznym, to wbijaj na te miejsca śmiało! 😀

Fot. Punkt Widzenia JTGfoto / Fanpage Klubu Gwint

Drugi z występujących czyli popularny Lotek jak dla mnie był chyba swojego rodzaju zawodem wieczoru. Ja rozumiem, że obchodzone dzień wcześniej urodziny w Pub Fiction (znana specyficzna ale ZAJEBISTA knajpa w Białymstoku) mogły sponiewierać, jednak coś poszło nie tak moim zdaniem. Brakowało jakby energii, polotu czy po prostu dobrych żartów trafiających w punkt. Tym bardziej, że Łukasz nie raz udowadniał, że potrafi wznieść się, pomimo słusznej masy, na znacznie wyższy poziom. Niestety nie tym razem. Żeby jednak ktoś nie pomyślał, że jego występ był beznadziejny. Nie, aż tak źle to nie było. Ja jednak spodziewałem się trochę więcej. Tak samo zresztą jak kończącym ten wieczór Rafale Paczesiu. Stand-uperze, którego przyznaję się bez bicia wielkim fanem nie jestem. Jednak wiem, że podobnie jak Lotek, potrafi on przywalić żartem z grubej rury. Tym razem jednak największe brawa dla niego należą się za opanowanie i nie reagowanie w pewnym momencie na okrzyki pijanego fana z widowni. Taka reakcja to też sztuka 😉 Natomiast sam program nie był porywający. Momentami miałem wrażenie, że niektóre żarty były rzucone jakby trochę na siłę. Nic więc dziwnego, że na dość niespodziewany koniec występu publika nie zareagowała przesadnie entuzjastycznie. Tym samym cały wieczór ja bym chyba ocenił tak mniej więcej 6,5/10 czyli były momenty ale tyłka nie urwało. Za jakiś czas pewnie duże fragmenty będą dostępne w internecie, a więc sami to ocenicie.

Drugą imprezą jaką stworzyli ludzie dla ludzi, była to uroczysta premiera filmu „Plan B” w Białystoku z udziałem pani reżyser Kingi Dębskiej, pani psycholog (niestety nie pamiętam imienia i nazwiska) oraz grającego jedną z głównych ról Marcina Dorocińskiego. Przez to też cały wieczór był podzielony na dwie części – pierwszą był to uroczysty seans filmowy wraz z poczęstunkiem dla widzów, a drugą zaś była rozmowa z zaproszonymi gośćmi. Dla mnie osobiście było to o tyle ciekawe, że nigdy wcześniej na czymś takim nie byłem, a więc była to dobra okazja aby zebrać jakieś nowe doświadczenie.

Sam film opowiada historie kilku kobiet oraz jednego mężczyzny, którym w niemal jednej chwili ich ułożone życie ulega zniszczeniu. Wtedy zaś każdy z bohaterów stara się przedsięwziąć jakieś kroki ku temu, aby wprowadzić do swego życia tytułowy plan B. Często robi to świadomie, a czasami szczęśliwie natrafia na okazje, aby zrobić coś co pozwoli przetrwać ten ciężki okres. W tej opowieści jest oczywiście zastosowany system przecinania się wspólnych dróg poszczególnych bohaterów. Jednak tym co moim zdaniem jest zdecydowanym plusem to fakt, że te przecięcia nie są wymuszone i zrobione wręcz „na chama”, jak to przy takiej konwencji często bywa. Gra aktorska w tym filmie stoi na świetnym poziomie i emocje jakie pojawiają się w tym filmie, chwilami można niemal nożem kroić. Tutaj też ukłony wędrują w stronę głównie obsady żeńskiej czyli Kingi Preis, Edyty Olszówki, Romy Gąsiorowskiej czy też Małgorzaty Gorol. Jednak Marcinowi Dorocińskiemu też niczego nie brakowało 😉 Duża w tym wszystkim zasługa bardzo ciekawego montażu filmu, który niejako żongluje różnymi wątkami prowadzonymi w tej opowieści. Jeśli ktoś liczy na to, że „Plan B” jest kolejną głupawą komedią, to raczej powinien sobie odpuścić wyjście do kina na ten film. Jest to w pewnym stopniu kino „terapeutyczne”. Dlaczego? Tutaj musiałbym opowiedzieć chyba kilka scen, a nie chciałbym tego robić by nie odbierać przyjemności z oglądania tego filmu. Śmiało można jednak przyznać, że jest to po prostu ludzki film… A przez to że taki jest to ma też wady, a za największą z nich uznałbym jego długość. Film kończy się dość niespodziewanie i dość mocno niedopowiedzianie. I oczywiście taki zabieg w kinie pojawia się dość często. Jednak gdy jeszcze na napisach końcowych zerkniemy na zegarek i zobaczymy, że film trwał jakieś 80 minut, to aż prosi się o to aby był on tak z minimum 20 minut dłuższy.  Szczególnie w czasach, kiedy znacznie większe gnioty potrafią się ocierać o nawet 3-godzinne maratony.

W tym filmie co bardzo ciekawe występuje też przyjemność jego słuchania, ponieważ ścieżka dźwiękowa tej produkcji to kolejny kawał dobrej roboty jaki włożyli w nią jego twórcy. Jak to stwierdził jeden z widzów po seansie, „muzyka i film jest tak skonstruowany, że słuchając w nim samej muzyki, możemy się domyślić tego, jaki wydźwięk będzie miała dana scena”. I tak w rzeczywistości jest. Zresztą sama pani reżyser potwierdziła to w rozmowie, że takie było jej założenie. takie aby ten film był bogaty w różne motywy muzyczne, które nie będą tylko jakimś dodatkiem, ale bardzo ważnym elementem całości.

Zresztą całe spotkanie tuż po seansie odkryło kilka fajnych informacji na temat tego jak był kręcony ten film, jak zmieniał się w czasie oraz to jak do filmu została zaangażowana Kotlet 😉 Dla mnie osobiście dużym zaskoczeniem było to, jak chętnie i szeroko zarówno pani reżyser Kinga Dębska i Marcin Dorociński, odpowiadali na wszystkie pytania z widowni. Szybciej bym się spodziewał tego, że będą oni raczej starali się ograniczać do minimum aby tylko jak najszybciej to wszystko zakończyć. Tym bardziej należą im się brawa. Ja tym samym wiem, że jeśli będzie jeszcze taka okazja, to chętnie się wybiorę na kolejną premierę zorganizowaną w takiej konwencji. Bo fajnie jest poznać kulisy powstawania kina, nawet jeśli nie jest się jakimś wybitnym kinomanem. Bo ciekawej wiedzy nigdy dość 🙂