CrossFitLudzieO wszystkim

Lubię się doprowadzić do stanu zero

dodany przezKamil Timoszuk 4 października 2015 2 komentarze

Zawodniczek uprawiającym CrossFit na wpół zawodowo jest na dobrą sprawę kilka. Jednak dziewczyna, która może użyć wobec siebie określenia, że jest „The Fittest Women In Poland” jest tylko jedna. Jest nią Patrycja Horodyńska z którą miałem ostatnio wielką przyjemność pogadać. Dzięki też temu, wy możecie teraz przeczytać to co ma ona do powiedzenia.

Pierwsze moje spotkanie z Patrycją, miało miejsce już jakiś czas temu kiedy byłem gościem CrossFit GCW w ramach realizacji swojego projektu Box Trip 2015. Wtedy też podstawowym moim planem było pogadanie z Pawłem Kozakiem, co naturalnie udało mi się zrobić. Jednak gdy on box opuścił, to niejako jego miejsce zajęła Patrycja. Wtedy też już zaledwie po kilku minutach wiedziałem, że to jest ktoś taki komu specjalnie w mówieniu przeszkadzać nie trzeba 🙂 Wtedy jednak umówiliśmy się na bliżej nieokreślony termin kiedy oboje będziemy mieli chwilę. I tak się szczęśliwie złożyło, że owa chwila zdarzyła się w ostatnim tygodniu na Podlasiu, a dokładniej w boxie CrossFit Białystok. Co robiła w moim rodzimym boxie Patrycja? Dowiecie się jak przeczytacie ten nie krótki materiał 🙂

pati insta

Co cię sprowadza zarówno na Podlasie i Białegostoku, jak i też do boxa CrossFit Białystok?

– Ogólnie rzecz biorąc to przyjechałam tutaj aby nauczyć się od Michała Zalewskiego, który jest tutaj head coachem, chodzenia na rękach. Jest on jedyną osobą która do mnie trafia w tym temacie i w sumie sama nie wiem dlaczego. Wszystko zaczęło się już w Atenach, kiedy poznaliśmy się przy okazji startu w Athens Throwdown. I tak sobie rozmawialiśmy przez kilka dni, po czym padła propozycja przyjazdu do Białegostoku, kiedy będę miała kilka dni wolnego. No i tak się złożyło, że mam no i jestem 🙂

Czyli rozumiem, że większość osób na swoje urlopy wybiera Egipty, Majorki lub inne Turcje, a ty postanowiłaś przyjechać do Białegostoku.

– Tak jest! 😀

Patrycja Horodyńska 11Czy nauka tego chodzenia na rękach to przygotowanie pod konkretny cel w sensie zawody, czy po prostu chęć posiadania nowego i nie ma co ukrywać, że potrzebnego skilla?

– Celem samym w sobie jest to, żebym ja po prostu potrafiła to robić 😉 Aczkolwiek już po pierwszym dniu Michał nauczył mnie podstaw, i już chodzę sobie po po metrze, a nawet półtorej. I co w tym wszystkim najlepsze to fakt, że robiłam to świadomie, a nie przerzucałam się przez ten metr czy półtora 🙂 Progres jest więc olbrzymi i zauważalny. Poza tym dostałam wskazówki co muszę robić dalej, i teraz nie pozostało mi już nic innego jak tylko chodzić, chodzić, chodzić…

Ostatnio o tobie oraz o Pawle Kozaku było dosyć głośno ze względu na wasz występ w zawodach Swiss Alpine Battle. Zawodach drużynowych, które były też znane z tego, że wystąpiła na nich para Mata Frasera z Brooke Ence. Jak jednak ta impreza wyglądała z twego punktu widzenia – zarówno sportowo jak i też organizacyjnie?

– Były to bardzo fajne zawody, do których pod kątem organizacyjnym nie można się było praktycznie do niczego przyczepić. Heaty rozpisane praktycznie jak na CrossFit Games czyli co do minuty. Workouty także ciekawe, bo przekrojowe, z bieganiem po górach włącznie – 5 kilometrów polecam 😉 Dzięki temu można sobie zobaczyć spory kawał Szwajcarii z góry. Jak kiedyś trenowałam i wbiegałam sobie po górach na Morskie Oko, Murowaniec czy do innego schroniska, to wydawało mi się, że tam jest pod górkę. A tam tak naprawdę to jest gówno, a nie pod górkę. Tam było po płaskim wtedy 🙂 Natomiast co do reszty zawodów, to było to zdecydowanie fajne przeżycie popatrzeć na tych najlepszych z Gamesów czy Regionalsów. Bo jak się już mierzyć to tylko z najlepszymi. Pewnie też w normalnych warunkach do takiej Szwajcarii nigdy bym nie pojechała, a tak oprócz fajnych zawodów w których wzięliśmy udział, to do tego zobaczyliśmy fajny kraj i fajne miejsce.

A jakie masz wnioski bądź też przemyślenia po tym gdy zobaczyłaś tych najlepszych. Czy różnica między nimi, a wami jest bardzo duża czy może jest szansa aby ich w przyszłości sportowo dogonić?

– Ja patrząc na te dziewczyny widzę, że tlenowo czy siłowo jestem bardzo dobrze przygotowana w stosunku do nich. Jedyna rzecz jakiej mi brakuje to oczywiście gimnastyka czyli kompleksy na drążku, chodzenie na rękach czy muscle upy na kółkach. Dziewczyny wchodzą i robią po 7 unbroken. I tu właśnie oddziela się elita od „elity”. Czy da się tę różnicę zniwelować? Pewnie się da – rzucić pracę i trenować 😉

Wróćmy jeszcze do tej „najsłynniejszej” pary tych zawodów czyli Mata i Brooke. Jacy oni byli na żywo i jak ich odbierała reszta zawodników?

– Oni sami w sobie byli bardzo sympatyczni i zawsze uśmiechnięci. Ja zresztą ich mocno podziwiam, bo oni prze te kilka dni pobytu, byli co chwile szarpani i proszeni o zrobienie zdjęcia czy podpisanie autografu. Było to do tego stopnia nagminne, że oni tak naprawdę nie mieli ani chwili dla siebie, aby móc usiąść na tyłku. Nie było jednak ani razu sytuacji, w której by komuś odmówili. Ja ich za to na prawdą podziwiam, bo gdyby do mnie ktoś tak co chwilę podchodził i kazał non stop uśmiechać, to mówiąc krótko byłoby słabo 🙂 Wszyscy jednak widzieli, że sami organizatorzy stworzyli taka otoczkę, jakby na zawodach był Fraser z Ence, a cała reszta gdzieś tam niżej. I to już nie było specjalnie fajne, bo niemal wszyscy to po prostu widzieli. Poza tym sportowo wiadomo, że byli dobrzy, ale bez przesady – to jeszcze żadni bogowie. O takiej Sarze, która była trzecia na Gamesach nikt tam nawet nie wspomniał, że będzie gdzieś ta rozdawać autografu czy coś w tym tylu. Z drugiej jednak strony rozumiem, też trochę tych organizatorów, ponieważ dzięki tej parze chcieli rozsławić swoje miasto. Jest to bowiem taka wioska w górach, ekskluzywna wioska nie ma co ukrywać, ale mało znana dla większości osób. A dzięki CrossFitowi i występowi tej pary, wiele osób w USA dowiedziało się o istnieniu takiego miejsca.

Patrycja Horodyńska 8Czy to były najlepsze crossfitowe zawody na jakich byłaś w swoim życiu?

– Czy ja wiem czy najlepsze? Zależy pod jakim kątem. Jeśli na przykład weźmiemy pod uwagę obsadę tych zawodów, to na pewno tak, bo mogłabym to porównać chyba tylko do drugich Regionalsów czy też Gamesów. Natomiast jeśli chodzi o mój wynik sportowy to na pewno nie 🙂 Te zawody naprawdę były inne, a przez to i ciekawe. Formuła zawodów w postaci połączenia w pary kobiet i mężczyzn, sprawdziła się i jest ona bardzo fajna. Jest ona na pewno ciekawsza, niż połączenia w pary osób tej samej płci, bo w zróżnicowanych parach znacznie więcej się może wydarzyć. To właśnie w takich parach widać zdecydowanie bardziej te wszystkie różnice pomiędzy nimi, a przez to i także ich słabości. Widać ewidentnie kto kogo ciągnie, dopinguje i mobilizuje. Przy tym wcześniej wspomnianym bieganiu, Paweł Kozak wykonał olbrzymią pracę abym ja tak szybko biegła. Pchał mnie pod górkę, ciągnął mnie za rękę, krzyczał, mobilizował. Kiedy była ostatnia prosta do mety, także pod nie małą górkę, to do tego wszystkiego dołączyli jeszcze CrossFit Brothers czyli bracia Laszczak z Polski, którzy także zaczęli mnie jeszcze mocniej dopingować. I wiadomo, że od razu jest to trochę co innego, bo dwóch facetów biegło by trochę inaczej. Poza tym widziałam, że Paweł nie dość, że się męczy samym biegiem, to jeszcze musiał wykonać podwójną pracę aby zdopingować także mnie, bo wiedział, że beze mnie tego biegu i tak nie skończy.

Czyli gdy nadarzy się kiedyś taka okazja, to wystartujesz raz jeszcze na zawodach w tej formule – czy to w Szwajcarii czy też gdziekolwiek indziej?

– Tak, zdecydowanie na jakichkolwiek. Jeśli ktoś się zgodzi zemną startować to czemu nie 😉

Patrycja Horodyńska 6Na Swiss Alpine Battle mieliśmy drugą parę, która reprezentowała nasz kraj w postaci CrossFit Brothers czyli braci Laszczaków. Czy wy jako zawodnicy mieliście okazję ich oglądać w akcji podczas zawodów i czy według ciebie są to zawodnicy, którzy mogą przebić się za jakiś czas do polskiej czołówki CrossFit?

– Ja osobiście w Szwajcarii widziałam ich po raz pierwszy w życiu i nie znałam tych chłopaków. Ja generalnie męski CrossFit ogarniam średnio ale wiem, że Paweł chodził ich tam oglądać. Prywatnie fajni, sympatyczni ludzie, a sportowo ewidentnie mają pewne braki. Jednak nikt z nas nie jest idealny i oni dobrze wiedzą nad czym muszą pracować. Gimnastycznie są bardzo sprawni, ale nie ma co ukrywać, że ciężarowo są po prostu mali. Dlatego jest też pewne zagrożenie, że w pewnym momencie te ich gabaryty, gdzieś ich tam ograniczą i będzie sytuacja, że wyżej po prostu nie podskoczą. Jednak tak jak mówiłam, są bardzo sprawni, waleczni i z dużym potencjałem. Czy to wystarczy aby osiągnąć jakiś konkretny wynik sportowy? To się pewnie okaże w niedalekiej przyszłości. Poza tym każdy ma swój pomysł na CrossFit. Fajnie że trafili na fajne zawody, gdzie trafili na swoje workouty i jest sukces, z czego się trzeba się tylko cieszyć i gratulować. O to przecież w życiu chodzi, prawda? Czasem trzeba mieć też trochę szczęścia i znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie.

Wróćmy teraz jednak do Ciebie. Jak pojawił się w twoim życiu sport przed CrossFitem?

– Ja praktycznie od małego coś robiłam. Byłam takim typowym ruchliwym dzieckiem, które wracało do domu poobijane, posiniaczone i z obdartymi kolanami czy łokciami. W grę wchodziło praktycznie wszystko co się tylko dało, czyli drzewa, trzepaki, rower, rolki i wiele innych. Poza tym grałam w siatkówkę, biegałam czy nawet tańczyłam. Tak, tak, tańczyłam 😉 Na to wszystko wkurzała się trochę moja mama, bo co chwila, czyli co miesiąc lub dwa, przychodziłam do niej i zmieniałam tylko dyscypliny sportu, które bym chciała uprawiać. Nawet przez to wszystko przewinęła się nawet jazda konno, łącznie z wyjazdami na jakieś obozy. Jednak moja wychowawczyni w podstawówce, kiedy widziała, że ja tak bardzo garnę się do sportu, ale co chwilę zmieniam dyscypliny, to zaproponowała mi kajaki. Wszystko dlatego, że sama kiedyś uprawiała ten sport w Spójni Warszawa i pomyślała, że może tam mnie przygarną 🙂 I pamiętam to jak dziś, kiedy moja pierwsza trenerka kajaków, wsadziła mnie do środka razem z inną dziewczynką do takiego drewnianego kajaka, a ja razem z nią zrobiłyśmy 8 kilometrów na wodzie. Ja byłam wtedy w 6 klasie podstawówki, a więc to był spory wyczyn. Pamiętam, że dopłynęliśmy razem do numerku 5, który na kanale żerańskim oznaczał 4 kilometr, więc w obie strony było tych kilometrów 8. Gdy wróciłyśmy do brzegu, to trenerka patrzyła na nas z lekkim przerażeniem, bo nie wiedziała, czy będziemy w stanie wysiąść o własnych siłach. Ja natomiast się tylko otrzepałam i zapytałam „To na którą godzinę mam jutro przyjść?” 🙂 I tak zostałam tam 12 lat 😀

Pojawiły się przez ten czas jakieś sukcesy?

– Myślę, że tak… Dlatego ja się trochę śmieję, że to co chciałam to w sporcie już osiągnęłam. Medal na jedynce na Mistrzostwach Europy, medal na Mistrzostwach Świata, Akademickie Mistrzostwa Świata, medale na Mistrzostwach Europy na dwójkach i czwórkach. Szczyt szczytów to może nie był, bo jeszcze kilka imprez do zaliczenia było typu Igrzyska Olimpijskie czy też Mistrzostwa Świata seniorów.

Patrycja Horodyńska 9Co ci zatem przeszkodziło aby pojechać na Igrzyska?

– Chyba przede wszystkim to, że się urodziłam nie w tym roku co trzeba 😉 W chwili kiedy były pierwsze Igrzyska, to ja miałam wtedy 18 lat, a w tym sporcie w takim wieku na Igrzyska się nie jeździ. To nie jest pływanie w basenie, gdzie medale takich imprez robi się mając 17-18 lat, a tą powiedzmy graniczną datą jest mniej więcej 25-27 lat, po przekroczeniu których robi się wielkie wyniki. To jest sport niezwykle wytrzymałościowy i im więcej masz przepłyniętych kilometrów, i jak my to nazywamy jesteś „wytyrany” w tym wszystkim, tym większe masz szanse na odniesienie jakiegoś sukcesu. Laska, która ma 18 lat nigdy nie wygra z taką, która ma prawie 30, bo to jest zupełnie inna wytrzymałość i tego się po prostu nie oszuka i nie przeskoczy. Swoje trzeba niestety przepłynąć i napracować się na każdy sukces trzeba strasznie. Takie wypadki, gdy chłopak mający 19 czy 20 lat osiągał jakieś większe sukcesy, urastały do rangi wręcz ewenementu na skalę światową, gdy przeważnie raz mu się udawało, a później przepadał. Takie panie jak Birgit Fischer czy Josefa Idem miały w okolicach 43 czy 44 roku życia, kiedy wygrywały swoje medale i wygrywały z tymi młodziutkimi dziewczynkami. U kobiet jest tak, że te zawodniczki przypływają do pomostu, a tam czeka na nich mąż z dwójką dzieci 🙂 Poza tym trzeba brać pod uwagę to, że jednak z czegoś trzeba żyć, bo ile można brać kasę od mamy?

No właśnie, osiągając takie sukcesy jak twoje, to czy nie przekłada się to w żaden sposób na kasę?

– Nie ma co ukrywać, że pieniądze z tego są generalnie słabe. Jeszcze potem jak pani minister ucięła nam nasze stypendia, to już w ogóle zrobiło się ciężko. Kiedyś było takie fajne stypendium ministra za wyniki w sporcie lub nauce. Wynosiło ono wtedy koło 2 tysięcy złotych miesięcznie. Jeśli do tego dorzucało się jeszcze stypendia z klubu, miasta i tak dalej, to można było już jakoś żyć. Natomiast moje koleżanki, które miały wtedy medale Mistrzostw Polski, to miały to stypendium ministra. Kiedy ja już byłam na studiach i mogłam się starać o to stypendium i byłam czwarta na Akademickich Mistrzostwach Świata, czwarta na Mistrzostwach Europy, miałam chyba z 7 medali Mistrzostw Polski w tym roku, i w momencie kiedy złożyłam podanie o to stypendium, to dostałam odpowiedź odmowną z uzasadnieniem, że to są za słabe wyniki aby otrzymać stypendium. Po prostu ręce opadają. Poza tym dziewczyny, które 2-3 lata wcześniej miały medale z długodystansowych MP, także miały to stypendium ministra. Więc hola, o co chodzi, o co kaman? Dlatego też usiedliśmy z moim trenerem, porozmawialiśmy i doszliśmy do wspólnego wniosku, że tak na dłuższą metę być nie może. Oczywiście, można sobie w kółko powtarzać, że jeszcze rok, jeszcze dwa, że jak pojedzie się na Igrzyska Olimpijskie to będzie fajnie. Jednak nie ma się co oszukiwać, bo życie toczy się dalej, a rynek pracy mamy jaki mamy i nikt później nie weźmie do pracy ponad 30-letniego człowieka bez żadnego doświadczenia.

A czy nie myślałaś o tym aby na przykład zostać trenerką?

– Nie, bo z tego także nie ma żadnych pieniędzy. Mój trener pływania zarabia 400 złotych, a trenuje chłopaków dwa razy dziennie. Nie jest to więc raczej najlepszy sposób na zarabianie pieniędzy w Polsce. Dlatego też nie było innego wyjścia i trzeba było iść po tylu latach, jak każdy biały człowiek do pracy 🙂

Patrycja Horodyńska 4Pomimo tego dobrze wspominasz ten czas bycia sportowcem?

– Najlepiej! Gdybym tylko mogła, to bym się nawet tam cofnęła. To było piękne życie – wstajesz rano, jesz śniadanie, idziesz na trening, po powrocie jesz obiad, idziesz spać, później drugi trening, kolacja, a wieczorem jakiś film czy inna rozrywka. No kurde, żyć nie umierać! 🙂 Do tego wszystkiego, jak jesteś ciągle na różnych obozach, to nawet nie musisz gotować, bo ciągle masz wszystko podane, pokój posprzątany, łóżko pościelone, no normalnie Ameryka! 😀 patrząc na to z perspektywy czasu to chyba tylko głupi by powiedział, że mu się nie podoba 🙂

Jak więc trafiłaś na CrossFit po tych latach spędzonych w kajaku i wodzie?

– Po tym gdy skończyłam czynnie pływać, zaczęłam chodzić na siłownię. Tam, ze względu na moją budowę ciała, paru chłopaków miało mnie przygotować do zawodów kulturystycznych do Fitness Sylwetkowego. Baza jest, trochę kilogramów trzeba zrzucić i jakoś to będzie 🙂 I po jakichś dwóch miesiącach tej ich super diety i tego trenowania stwierdziłam, że to na pewno nie jest sport dla mnie, bo ja się tam zupełnie nie męczę. Oprócz tego, że męczy mnie jedzenie tego monotonnego ryżu z kurczakiem i czymś tam jeszcze. Jednak na samych treningach, gdy słyszałam od nich „jakie to jest ciężkie” to mówiłam tylko że jest dupa, a nie ciężkie. Jednak na tej samej siłowni, była też taka dziewczyna, która namówiła mnie na pójście na otwarcie boxa CrossFit Mokotów. I tam pierwszego dnia, zrobiłam swój pierwszy, drugi oraz trzeci trening i tak mi się spodobało, że zostałam tam na Mokotowie 🙂

Zakochałaś się w CrossFicie tak jak chyba większość osób od pierwszego razu, czy musiałaś na to poczekać?

– Nie, u mnie to było raczej od pierwszego razu. Strasznie mi się spodobało to, że ja tam się na prawdę mogę zmęczyć, a że jestem masochistką pod tym względem, to było coś dla mnie. Lubię się doprowadzić do stanu zero. Gdy udało mi się to osiągnąć już na pierwszym treningu, to wiedziałam, że tam zostaję, bo to zdecydowanie coś dla mnie i ja to zdecydowanie biorę 🙂

Po takim uprawiania tego sportu uważasz, że jest to pełnoprawny sport czy raczej moda, która kiedyś minie?

– Czy jest to sport… Po jakimś czasie uprawiania tej aktywności ja powiedziałam otwarcie do chłopaków w boxie, że CrossFit to jest nazwa marketingowa, którą gdzieś tam sobie pan Greg Glassman wymyślił. Tak naprawdę natomiast ten cały CrossFit, ludzie robią od wielu, wielu już lat w różnych dyscyplinach sportowych. My w takich kajakach biegaliśmy, skakaliśmy, pływaliśmy, podnosiliśmy ciężary, pływaliśmy na ergometrach, wchodziliśmy na liny, czy też podciągaliśmy się na drążku – tak więc według mnie my tam także robiliśmy CrossFit. Tak więc według mnie jest to rodzaj treningu obwodowego, opakowanego w ładną nazwę i otoczkę, aby to się po prostu lepiej sprzedawało. Zresztą tacy zapaśnicy czy zawodnicy podnoszenia ciężarów, także biegają po górach, wskakują na skrzynki czy wchodzą po linach. I to lepiej niż większość crossfiterów! Czy uprawiają oni CrossFit? Nie, oni po prostu robią swój trening, bo w każdym sporcie, gdzie musi nastąpić specjalizacja, są też elementy uzupełniające z których według mnie teraz czerpie sam CrossFit. To wszystko było wcześniej… A czy jest to sport? Nie jest to na pewno sport olimpijski, ale ludzie robią na tym pieniądze, jest na to moda, jest jakaś zajawka. Jednak z drugiej strony, zawsze tak jest, że gdy pojawia się coś nowego, to działają praktycznie te same mechanizmy. Kiedy zaczęły się pojawiać fitness cluby, to wszystkie panie zaczęły chodzić na aerobiki, aero boks i tym podobne cuda. Pojawiły się bieżnie mechaniczne, to wszyscy zaczęli biegać na bieżniach mechanicznych.

Patrycja Horodyńska 2Tylko część z takich nowinek przeważnie znika po jakimś czasie, a część jednak wpisuje się z jakichś względów w stały element tego środowiska.

– CrossFit myślę, że jednak zostanie na dłużej, bo jakby nie patrzeć, to jest to niejako swoisty powrót do korzeni i do tego co robiło się kiedyś. Jest to najmniej mechaniczna z tych wszystkich wcześniej wymienionych aktywności, gdzie nie trzeba jak szczur w kołowrotku wchodzić raz za razem na ten sam stopnień stepu. Tutaj zawsze coś się dzieje, zawsze robisz coś innego i dla dużej grupy osób to po prostu odpowiada i dlatego przy tym zostaną. Ci natomiast, którzy są przy CrossFicie dla lansu, to wcześniej czy później odpadną w naturalny sposób. Bo taki człowiek kupi sobie najnowsze buty Reeboka, najlepszą koszulkę tego samego producenta, ale w pewnym momencie gdy zacznie mu coś nie iść czysto sportowo, to po prostu zmieni on sam sport. Tacy ludzie już wszędzie byli i wszędzie wcześniej czy później zaczną po prostu odpadać. Natomiast CrossFit jako zjawisko, na pewno zostanie, ten cały boom zelżeje i będzie fajnie. Poza tym ludzie zobaczyli, że CF to nie tylko aktywność fizyczna, ale także sposób na spędzanie wolnego czasu, czy też możliwość rozwijania się. Poza tym, tu nie jak tak jak na siłowni, że wchodząc na nią jesteś kompletnie anonimowy. W boxie natomiast tych ludzi wręcz chcesz poznawać, a po jakimś czasie ci ludzie żyją po prostu razem.

Poza tym CrossFit moim zdaniem, przez swoją specyfikę i tą całą otoczkę jaka trochę wokół niego narosła, skupia wokół siebie specyficzne osoby. Mówiąc krótko na CrossFit nie przychodzą raczej normalne osoby 😉

– Nie, zdecydowanie. Ale to jest akurat fajne, bo tacy na przykład biegacze, to także jest jakaś tam specyficzna grupa ludzi. CrossFiterzy przychodząc do boxa nie robię tego w większości przypadków aby się lansować czy też pokazać ile mają kasy. Bo wisząc na drążku czy leżąc na podłodze, każdy jest taki sam jak kolega tuż obok.

Ważne jest to, aby każdy dawał z siebie 100%

– A tam, dasz czy nie dasz tego 100%. Nie każdy wcale musi te 100% dawać. Bo niby czemu? To jest jakiś rozkaz? Może komuś wystarczy, że da z siebie 80% i z tego też będzie zadowolony. Nie wszyscy muszą jechać na treningu do wyplucia i wyrzygania niemal. A może ktoś po prostu lubi trening w grupie? A może ktoś po prostu lubi czuć wsparcie innych i to, że nie jest w tym wszystkim sam. Motywy działania są różne i nie musi to być tak zwany all out na koniec. Bo może miałeś chujowy dzień w pracy i cię szef wkurwił, a może żona w domu po raz kolejny miała o coś do ciebie pretensje, a ty chcesz po prostu przyjść do boxa i odreagować to wszystko. A czy do tego musisz dawać 100%? Nie.

W jaki sposób w tej chwili ty trenujesz – czy opierasz się na jakimś znanym programowaniu czy sama sobie coś programujesz?

– Sama sobie, to ja mogę co najwyżej zrobić rano śniadanie 😉 Natomiast swój trening w tej chwili opieram o MisFit. Jedni mówią, że jest on dobry, inni wręcz przeciwnie. Ja na chwilę obecną wiem, że on mi służy. Poza tym uważam, że każdy profesjonalny plan treningowy, robiony przez minimum pół roku, da jakiś efekt i nie ma opcji aby efektu nie było. Kwestią jest tylko to, czy dany efekt ci odpowiada czy też nie. Ja próbowałam już kilka innych planów, które mi zdecydowanie nie podchodziły. MisFit natomiast jest bardzo ciężki, ale mi to pasuje, bo ja przede wszystkim widzę progres. Dlatego dopóki tak właśnie będzie, to będę się tego trzymać. Natomiast sama sobie niczego nie programuję, bo uważam, że jeśli ktoś programuje sam sobie, to w większości przypadków, będzie on robił w większości to, co lubi robić. A ja przychodzę na trening i widzę, że jest jedna, dwie, trzy rzeczy których nie lubię, ale co z tego? Trzeba je po prostu solidnie zrobić i tyle. Później pojadę na zawody i powiem, że to czy tamto mi nie pasuje? Dlatego też wolę mieć czarno na białym rozpisane to co mam zrobić, bo to mi zdecydowanie ułatwia moje działanie. Ja tak zresztą działam od wielu lat jako zawodnik, że przychodzę na trening, mówią mi co mam konkretnego zrobić i ja po prostu to robię. Wiadomo, że to programowanie nie jest pisane pod osobę, a jest ono na swój sposób globalne. Jednak jeśli masz świadomość swojego ciała, to możesz kombinować i próbować niektóre rzeczy zmieniać. Mam tu na myśli na przykład takie sytuacje, kiedy w treningu widzisz jakieś ćwiczenia, które uważasz, że wykonujesz na super poziomie, i zastępować je jakimiś innymi słabszymi w twoim wykonaniu. Ale to tak na prawdę tyle, bo nie ma co przekombinowywać i po prostu robić swoje.

Obserwując jednak Facebooka czy też Instagrama, można zobaczyć, że ludzie skalują znacznie dalej te wszystkie programy treningowe, niż w tym zakresie o jakim ty mówisz. Dochodzi też w pewnym momencie do sytuacji, że po takim wyskalowaniu, to z tego przykładowego MisFita, nie ma za grosz MisFita. Co sądzisz o czymś takim?

– No właśnie, ci chłopacy na temat swojego programowania wypowiadają się bardzo jasno i konkretnie. Jeśli ktoś tylko by chciał i poświęcił trochę czasu na posłuchanie lub doczytanie tego co mają oni do powiedzenia, to by doskonale wiedział jak to wygląda. Mianowicie MisFit jest planem już w swoim pierwotnym założeniu po prostu ciężkim oraz przygotowanym dla ludzi kompletnych i zawodników na to przygotowanych. Dla osób, które nie mają problemu z objętością tego treningu, ciężarem czy też z jego ilością. Co więcej, oni ewidentnie ostrzegają przed tym, że jest to plan przewidziany dla osób, które mają wieloletnie doświadczenie ze sportem. To nie jest plan dla kogoś, kto po miesiącu trenowania w boxie, bierze sobie MisFit i zaczyna go robić. No nie będzie tego robić, bo za chwilę robienia tego programu, może się dosłownie rozlecieć. Ja trenuję z chłopakami w CrossFit GCW i mamy tam takiego Pawła, który jest już Mastersem. I gdy mamy w treningu cleany sztangą 100 kilogramów, to nie ma takiej możliwości abyśmy mu tego nie zeskalowali. Ale to jest jedyna rzecz jaką mu zamieniamy, a całą resztę robi on tak samo jak wszyscy. Mi samej nie zdarza się skalować ciężaru w tym planie treningowym, bo jestem w stanie wykonać trening sztangą 60 czy 70 kilogramów. Więc jeśli ja mam taki ciężar, to u panów przeważnie jest to koło 100 kilogramów, a takim ciężarem to Paweł Kozak zrobi trening, ale ja z nim rzadko trenuję.

Patrycja Horodyńska 10W tamtym roku wygrywając eliminacje Open przypadł ci tytuł „The Fittest Women In Poland”. Czy przyznanie tego miana cokolwiek zmienia w jakimkolwiek aspekcie?

– Co zmieni? Nic nie zmienia! Bo co tak na prawdę mógłby zmienić? 🙂

Na przykład marketingowo?

– Nie, bo to nie o to tak naprawdę chodzi. Tu nie trzeba być tak naprawdę „The Fittest”, nie trzeba być sportowo najlepszym aby gdzieś tam istnieć, bo jak pokazuje wiele przykładów różnych osób, że na przykład dziewczyny, które nawet nie jadą na Gamesy, mają dobry PR. Bo w tym całym CrossFicie trzeba być przede wszystkim człowiekiem, dobrym człowiekiem, a dopiero później jest się zawodnikiem. Bo zawodnikiem tak naprawdę jest się przez 5, 10 czy 15 lat, a człowiekiem zostaje się do końca życia. I właśnie według mnie tak to właśnie działa, że jesteś dobrym człowiekiem, miły, fajny, sympatyczny i do tego liczysz się z ludźmi, to możesz być i 10 od końca. A i tak będą cię bardziej kochali niż tych, którzy są na szczycie podium i mają na przykład zadarte do góry nosy. Ja na przykład zaczęłam czytać jakiś czas temu bloga Brooke Ence, żeby dowiedzieć się skąd się ona w ogóle wzięła. I jak się okazało, ma ona chłopaka, który jest blisko CrossFit HQ, który ją wciągnął i tak się zrodziła Brooke Ence. Bo gdyby nie on, to o niej nikt by tak naprawdę nie wiedział, gdyby nawet gdzieś ten CrossFit trenowała. To pokazuje też dobitnie, że czasem trzeba trafić na kogoś takiego, kto Cię włoży w odpowiednie miejsce. Powiedzmy sobie szczerze, że mamy w tej chwili XXI wiek i trzeba mieć trochę tych znajomości, aby ktoś konkretny cię w dane miejsce mówiąc kolokwialnie wsadził. Bo umówmy się – Ile w USA jest takich dziewczyn jak Brooke Ence? Cała masa. Więc dlaczego taka Brooke, a nie jakaś inna? W czym ta inna jest gorsza od tej Brooke? Tylko tym, że ta inna nie zna odpowiednich osób 🙂 A co do mnie czy się coś marketingowo zmienia? W Polsce się jeszcze przez długi czas nic nie zmieni. Z drugiej też jednak strony, dopóki my dziewczyny nie zaczniemy prezentować co najmniej takiego poziomu sportowego jak panowie, to nie możemy mieć takich samych wymagań. Bo niby dlaczego? Ja podchodzę do tego tak, że jeśli nie potrafię zrobić jednej, drugiej czy trzeciej rzeczy, a panowie to wszystko robią, a przez to jest fajne widowisko, to dlaczego ja ma oczekiwać za to co robię podobnego wynagrodzenia? My kobiety musimy zdecydowanie jeszcze trochę popracować na swoją pozycję, aby stanąć i krzyczeć, że coś mi się należy. No nie, tak to się nic nie należy. W Polsce natomiast pewnie będzie tak, że ja pewnie już dawno skończę trenować CrossFit, będę miała męża i dzieci, a wtedy może jakaś pani się wybije i dostanie za to godziwą zapłatę w postaci na przykład fajnych kontraktów.

Po zdobyciu tego miana „The Fittest in Poland” nikt się do ciebie nie zgłosił z żadna propozycją finansowo marketingową?

– No właśnie sponsora nie interesuje czy będzie „The Fittest” czy nie będziesz. Sponsora interesuje to, żebyś ty był w jak największym stopniu rozpoznawalny i aktywny na różnych płaszczyznach typu Facebook czy Instagram. Ja natomiast jestem medialną sierotą jeśli można tak to w ogóle nazwać 🙂 Ja takich rzeczy nie ogarniam, a co gorsza mogły by one dla mnie nie istnieć. Ja tym nie żyję, ja tego nie sprawdzam, ja mogłabym wyłączyć na przykład na tydzień telefon i nie czuć się z tego powodu źle. Niestety jednak nasze czasy tak działają, że gdy nie ma cię na Facebooku lub Instagramie, to praktycznie jakbyś nie żył 🙂 Ja nie wrzucam do sieci żadnych swoich przemyśleń, treningów czy wszystkiego tego co jest związane z tym co robię. Teraz trochę zaczęłam dopiero, bo mnie chłopaki namówili abym założyła swój fanpage. Ale ja tego nie czuję, nie potrafię…

Patrycja Horodyńska 1A gdyby ktoś tym się zajął w twoim imieniu?

– A to tak, proszę bardzo! 🙂 Ja mogę ewentualnie pomóc w tym aby ktoś to zrobił 🙂 Mogę dostarczyć jakieś zdjęcia, jakieś filmy, ale nic poza tym. Zresztą co kogo interesuje co robi jakaś tam Horodyńska? Jak widzę czasami, gdy ktoś wrzuca jakieś swoje osiągnięcia na Facebooka, to śmieję się trochę, że tak jak tablica w boxie tak i Facebook wszystko przyjmie 🙂 Jednak wychodzę z założenia, że to co ja robię, raczej nikogo nie interesuje…

Mogłabyś się zdziwić jeszcze jak bardzo i jak wielu ludzi to interesuje 😉

– Może być i tak… 🙂

Poza tym, może byś uniknęła sytuacji ze sponsorami o których gadaliśmy już jak byłem u was w CrossFit GCW…

– Tak, zgłosiłam się do jednej takiej firmy, która już na starcie stwierdziła, że jestem dla nich za droga, nie znając żadnej propozycji czy też stawki 🙂 Takiej rzeczy jeszcze o sobie nie słyszałam, ale w pierwszej chwili fajnie się poczułam, bo nie wiedziałam, że jestem już taką gwiazdą 😀 A prawda jest taka, że większość crosfiterów ma stawki niemal ukraińskie, a nie amerykańskie 🙂 Poza tym dzięki też temu, że mam taką pracę jaką mam, to ja nie pójdę gdzieś tam prosić o odżywki czy tym podobne rzeczy, bo ja sobie po prostu pójdę i te rzeczy kupię. Stać mnie aby wydać te 200 złotych w miesiącu, aby po prostu to kupić. Nie biorę nie wiadomo czego, bo zaledwie przed i potrenignówkę, więc mnie po prostu stać. Tak więc jakaś firma nie chce się ze mną dogadać z takiego czy innego powodu, no to trudno – nie będę nad tym specjalnie ubolewać. Mam jednak kontrakt z Reebokiem, dzięki któremu jestem ubrana i nie muszę wydawać kasy na ciuchy i buty. Mnie natomiast bardzo ucieszyłaby każda firma, która zechciała mnie wspomóc lub współpracować w temacie wsparcia wyjazdów na zawody. Bo na pytania w stylu „Dlaczego nie jedziesz na dane zawody?” muszę odpowiadać, bo mnie po prostu nie stać. Koszt takiego wyjazdu na 4 dni na ostatnie zawody Swiss Alpine Battle zamknął się w kwocie 3 tysięcy złotych. Jednak każde zawody typu French Throwdown, to wydatek tego rzędu, no może trochę mniejszy. Jednak to jest właśnie problem, ponieważ ja dostaję zaproszenia na imprezy typu Slovak Throwdown, Cyprus Throwdown czy parę innych tego typu, i to w wielu przypadkach w formie dzikiej karty bez eliminacji. Niestety muszę jednak później odmawiać, bo ja jestem w stanie samodzielnie sfinansować 3-4 wyjazdy tego typu w ciągu roku. Dlatego też później siedzę z kalendarzem i wybieram te ważniejsze dla mnie, bo nie wyszłam jeszcze za szejka arabskiego i mnie po prostu na więcej nie stać. Gdyby jednak była taka możliwość, to ja praktycznie co miesiąc mogłabym gdzieś lecieć i startować w Europie. Dlatego też gdyby znalazła się taka firma/sponsor/partner, który by wspomógł mnie w temacie wyjazdów, to dla mnie osobiście byłaby wielka ulga. Bo na takie codzienne trenowanie nie potrzeba aż tak wiele. Mam tu chłopaków, którzy mi pomagają, jak i też właścicieli CrossFit GCW za których pomoc i generalnie wsparcie bardzo dziękuję.

To jak w tej chwili wygląda typowy dzień „The Fittest Women In Poland”?

– Wstaję o 5:40 i idę na 7 rano do pracy. W tej chwili jestem logistykiem w firmie wojskowej i zajmuję się kupnem i ściąganiem materiałów elektrycznych typu zasilacze, wentylatory, żarówki i tym podobne. Po 8 godzinach siedzenia za biurkiem wracam do domu, gdzie przebieram się i jadę rowerem do boxa. Tam już czekam na chłopaków z którymi trenuję, wykonujemy to co mamy zrobić, a następnie wałkuję się, rozciągam, gadam z ludźmi i tym podobne rzeczy, jak to w boxie 🙂 Po tym jak zjem kolację, wracam do domu i praktycznie idę już spać. Ja jednak lubię taki ułożony dzień i dopracowany dzień. Trening o tej 15 czy 16 musi być, bo o 17 już jest coś nie tak. Kiedy są na przykład jakieś święta i idę na trening o tej na przykład 11, to czuję że to nie jest to co miało być. Ja od zawsze lubiłam mieć wszystko poukładane od A do Z i zapięte na ostatni guzik. A zwykła praca sprawia, że to tak właśnie u mnie wygląda.

Patrycja Horodyńska 3No właśnie jakiś czas temu, pamiętam że odbywała się na forum publicznym w polskim internecie rozmowa, na temat tego, że faceci są znacznie lepsi w Polsce, bo im jest łatwiej poświęcić się treningowi.

– Jeśli ktoś na przykład pracuje w boxie i ma czas rano aby zrobić coś ze swego treningu, później zaś prowadzi klasy, a następnie wieczorem ma czas aby jeszcze podłubać swój trening, to taki ktoś ma zdecydowanie inne życie. Ja swoją jednostkę treningową muszę spakować w 3-4 godziny, co i tak jest bardzo dużo, bo tak naprawdę nie da się inaczej tego zrobić. Ja jednak z tego powodu nie mam do nikogo pretensji, bo przecież nikt mi nie każe tego robić, a robotę zawsze mogę rzucić, co nie? 😉 Mogę przecież zostawić swoje miejsce pracy i pójść na przykład pracować jako trener w boxie…

Nigdy nie chciałaś? Nie miałaś takiego pomysłu?

– Kiedyś pracowałam jako trener personalny w jednej z siłowni i dzięki temu już doskonale wiem, że to na pewno nie jest praca dla mnie. Nie podoba mi się to i nie lubię tego. Ja generalnie nie lubię pracy z ludźmi, bo mnie to wkurza.

Ale sam fakt takiej pracy czy ludzie cię wkurzają?

– Tak, zdecydowanie, po pewnym czasie wkurzają mnie ludzie. Ja jestem trochę taką zamkniętą w sobie jednostką. Fakt, że zajęcia grupowe wyglądają trochę inaczej niż zajęcia personalne. Pracując jako trener personalny, ja po pewnym czasie czułam się jak rasowy psychoterapeuta. Bo wszyscy ci ludzie przychodzili na te treningi i wywlekali wszystkie swoje problemy, jakie im się tam w ich życiach nazbierały. Ja po takich 4-5 treningach dziennie mówiłam, że mi potrzebny jest jakiś psychoterapeuta, bo mi zaraz łeb trzaśnie. Bo każdy z tych ludzi przelewał na mnie te wszystkie swoje problemy, bo dom, bo mąż, bo żona bo dzieci… A co mnie to kurwa obchodzi?! Zapierdzielaj człowieku swój trening, idź do swego domu, a mnie zostaw w spokoju. Trening z grupą jest trochę inny, bo tu przychodzisz, robisz swoje i nie ma specjalnie czasu na to, aby ktoś tam się uzewnętrzniał.

Nie próbowałaś więc może pracy w boxie, że tak powiem na pełny etat?

– Gdzie, jak, za jakie grzechy? 🙂 Ja uważam, że prowadzenie takich zajęć jest bardzo wyczerpujące, a tym bardziej jeśli chcesz to zrobić w dobry sposób. Musisz wydatkować bardzo dużo swojej energii na tych wszystkich ludzi. Musisz być cały czas skupiony i obserwować każdego z uczestników zajęć, a nie działać na zasadzie „robi martwy ciąg z plecami jak kot? A chuj niech robi!”. No tak się nie da jeśli chcesz być dobrym w tym co robisz. Przez to też, te 3 czy 4 godziny tak cię wypompują, że nie masz siły na praktycznie nic więcej. Ja natomiast chcę być przede wszystkim zawodniczką, a nie trenerem. Ja oczywiście, mogę komuś pomóc, czy też podpowiedzieć mu pewne rzeczy, ale ja nie chcę tego robić, bo to mnie ani nie bawi, ani nie kręci. Dostałam propozycję od chłopaków, ale na nią nie przystałam. Aczkolwiek będę prowadzić od poniedziałku do piątku klasę o 19 w CrossFit GCW, bo tyle jestem w stanie znieść. Są natomiast ludzie, którzy w tym kierunku się szkolą, którzy mają do tego prawdziwą pasję i chwała im za to. Ja natomiast wychodzę z założenia, że nie można być jednocześnie dobrym i trenerem i zawodnikiem – Nie da się tego połączyć. Ja już się nauczyłam tego, że w praktycznie każdym sporcie bardzo dobry zawodnik nigdy nie będzie dobrym trenerem, bo nie będzie potrafił przekazać tej wiedzy. A z kolei najlepsi na świecie trenerzy, wprawdzie byli zawodnikami w swoich dyscyplinach, ale przeważnie na bardzo średnim poziomie. Później jednak dzięki swemu doświadczeniu i podejściu są w stanie ci wytłumaczyć co masz w danej chwili zrobić, jak się zachować, czy też jak trenować. Niestety obie te profesje mają też różne potrzeby w danej chwili, które gdzieś, tam, kiedyś się nie zazębią.

Patrycja Horodyńska 7W tym roku na Regionalsach wystąpiło trzech reprezentantów naszego kraju i żadnej kobiety. Czy za rok to ulegnie zmianie? Co musiałoby się stać aby tak właśnie było?

– No co? Trzeba po prostu zapierdzielać! Dużo tlenu, dużo wydolności i trzeba robić, bo samo się nie zrobi. My wcale nie jesteśmy gorsze od tych dziewczyn, które już tam są. Eliminacje Open to dosyć specyficzna rywalizacja. Gdy jedziesz na zawody to widzisz swoje rywalki, konkurujesz z nimi ramię w ramię, jest atmosfera współzawodnictwa, kibice krzyczą, a tu jesteś sam ze sobą w swoim boxie i czasami po prostu jest ciężko jest się zmusić. Dlatego mam nadzieję, że uda nam się zrobić tak jak w tym roku, kiedy spotykaliśmy się w 3-4 osoby w kolejnych boxach i robiliśmy swoje mini zawody. Ja jak sama robiłam, to było cholernie ciężkie. Zresztą to wszystko to nie może być też tak, że stajesz sobie z kolegą czy koleżanką w pustym boxie i po prostu robisz. To wymaga jednak pewnej oprawy, tak jak zrobił to Paweł Kozak z Bartkiem Więckowskim w tym roku, gdzie do boxów przyszli kibice, krzyczeli, dopingowali i naprawdę pomagali w tym, aby ten wynik był jak najlepszy. Bo nawet gdybym ja teraz tutaj wstała i zrobiła jakiś trening, a następnie padła na ziemię i powiedziała, że to już koniec, to dobrze wiem, że do tego prawdziwego końca brakuje jeszcze jakichś dobrych 15 procent.

A czy nie jest też tak, że Polki mają trochę trudniej ze względu na to, że europejska czołówka pań jest równoznaczna ze światową czołówką w tym sporcie?

– To się oczywiście zgadza, ale to też pokazuje fakt, że jesteśmy po prostu dobre, jesteśmy z lepszego kontynentu i jesteśmy lepsze niż Amerykanki 😉 A czy mamy gorzej? Jak ktoś chce to zawsze może tak mówić, bo biednemu zawsze wiatr w oczy i pęka sznurowadło. Wprawdzie tylko 5 kobiet jedzie do Carson ale kurde, na Regionalsy można się dostać.

Czy ty też chcesz się dostać?

– Każdy chyba chce 🙂 Po to pracuję i po to trenuję aby tam się właśnie dostać. Bo jeśli trenujesz, to musisz mieć wyznaczony jakiś konkretny cel i moim są właśnie Regionalsy. Pani Krysia trenuje, bo chce mieć płaski brzuch, pani Zdzisia trenuje bo chce mieć silniejsze nogi, a ja trenuję dlatego, że lubię jeździć na wszelkie zawody, ale Regionalsy są podstawowym planem. Chciałabym się tam dostać, poczuć to na własnej skórze i móc później powiedzieć, że jestem w elicie 30 najbardziej wysportowanych kobiet w Europie. Bo można pojechać na jeden czy drugi Throwdown, ale pojechanie na Region, to już oznacza, że na prawdę jesteś w elicie i od tych osób które tam są lepszych nie ma. A czy to będzie w 2016, 2017 czy może nawet 2018 roku? Spokojnie, ja jestem cierpliwa 🙂 Uważam też, że na swój sukces trzeba solidnie zapracować, poczekać i trzeba po prostu do tego dojść.

Patrycja Horodyńska 12Gdzie będzie można cię zobaczyć w akcji w najbliższym czasie?

– Na pewno będę na Amarok East Side Challenge i zaczęłam kwalifikacje do XEndurance – European Championship 2015 czyli nieoficjalnych crossfitowych Mistrzostw Europy. I to tyle chyba w tym roku, bo na więcej już mnie nie stać.

Jaką osobą jest Patrycja Horodyńska prywatnie? Bo według moich obserwacji i kilku rozmów z osobami z twego otoczenia wiem, że jesteś naprawdę bardzo fajną i pozytywna osobą, ale gdzieś tam jest pewna granica, za którą nie dopuszczasz do siebie ludzi

– No bo po co? Poza tym prywatnie tak na prawdę mało osób mnie tak naprawdę zna. Bo to jaka jestem w boxie, taka w domu do końca już nie jestem. Ja jestem przede wszystkim cicha i spokojna i daleko mi też do typowej duszy towarzystwa. Jestem gdzieś tam w sobie zamknięta, bo na przykład lubię spędzać czas z ludźmi, ale lubię być w tym sama. Lubię na przykład być przy tym jak ludzie rozmawiają, ale niekoniecznie ja muszę rozmawiać. Nie zawsze czuję potrzebę wchodzenia ze wszystkimi w interakcję 🙂 Lubię często też być sama, pójść pobiegać sama…

Powiedziałabyś więc o sobie, że jesteś typem samotnika?

– Moja mama powiedziałaby, że jestem bardziej samolubem niż samotnikiem 😀

Jakie są zatem twoje trzy największe wady oraz zalety?

– Hehehe… Dobre pytanie 🙂 No tak, jestem samolubna i kiedyś bym się do tego raczej nie przyznała, ale teraz mogę to zrobić. Jestem poza tym wredna i złośliwa, BARDZO. Jak ktoś mnie wkurwi, to nie ma przebacz. Jestem do tego wszystkiego pamiętliwa, o jezuuu… Jak słoń 🙂 Jak ktoś mi kiedyś nadepnie na odcisk i jest to coś na prawdę poważnego, a nie jakaś pierdoła, to ja to mogę przemilczeć, ale na pewno mu tego nie zapomnę. Później zaś mogę mu to wytknąć w najmniej oczekiwanym momencie. A najlepsze cechy? Dla tych osób których lubię, czyli praktycznie dla większości, z tego co wiem i mi doniesiono, to jestem miła, ciepła, sympatyczna. Do tego lubię pomagać ludziom – czy to przez jakieś konkretne działanie czy też nawet przez zwykłą prywatną rozmowę. Poza tym jestem żywa, otwarta i pełna energii, przez co nie znoszę narzekania, o chrysteee 😀 Sama to czasami robię ale wiem, że to złe i staram się tego wystrzegać jak mogę. Od samego rana staram się szukać pozytywów w każdym dniu – bez względu na to czy świeci słońce czy pada deszcz czy inny śnieg.

Jesteś szczęśliwa?

– Jestem, bo czemu miałabym nie być? Mam rodzinę w postaci mamy i babci, które może nie są wielką rodziną, ale są dla mnie ważne. Mam wielu innych pozytywnych ludzi wokół ciebie. Mam pracę, która daje mi spokojne życie, robię to co uwielbiam, a do tego wszystkiego mam tyle czasu, ile chcę na to wszystko na co potrzebuję. Nie mogę więc powiedzieć, że jestem nieszczęśliwa. Tak więc zdecydowanie tak, jestem szczęśliwa! 🙂

I mam nadzieję, że ten stan utrzyma się u Ciebie jak najdłużej czego ci serdecznie życzę. Dzięki wielkie za rozmowę.

– Dziękuję bardzo

Ja na koniec mam małą prośbę do każdego, kto dotarł do końca naszej rozmowy. Mianowicie odwiedźcie Patrycję na jej kanałach social media czyli Facebooku lub Instagramie i co tu dużo pisać – sypnijcie jej lajkami, followami czy też pozytywnymi komentarzami. Ta dziewczyna na to po prostu zasługuje. Show her your love! 😉