O wszystkim

Kolejny głód sportu

dodany przezKamil Timoszuk 25 listopada 2013 2 komentarze

Czy wiecie w jaki sposób można się zmęczyć, nauczyć pokory, a przy tym jeszcze świetnie bawić? Jeśli nie to pójdźcie pograć w squasha. Ja tak zrobiłem i wiem, że na pewno będę chciał tam wrócić. I to jeszcze w jak najszybszym czasie!

Squash zawsze kojarzył mi się z pewnym odstępstwem od reguły jakim jest tenis. Dwóch kolesi w zamkniętym i przeszklonym pomieszczeniu, naparzających jak nienormalni czymś co przypomina piłkę o wszystkie możliwe ściany. To już w samym swoim założeniu ma zadatki na sport dla ludzi specyficznych 😉

Mój pierwszy osobisty kontakt z tą grą miałem parę lat temu, kiedy przypadkiem trafiłem do miejsca gdzie można było w nią grać. Nie wiem jednak dlaczego ale tamten dzień i tamto spotkanie ze squashem pamiętam jak przez mgłę. Ciężko mi więc nazwać tamta grę swoim pierwszym razem kiedy go tak naprawdę nie pamiętam. Za to niedzielne starcie już jak najbardziej tak.

squash

Tym razem gościnny występ zaliczyłem w swojej byłej i pierwszej siłowni na jaką w życiu regularnie chodziłem czyli Maniac Gym. Siłownia jak siłownia ale w tamtym okresie pamiętam, że niewiele mi pomogła. Nie było to pewnie winą samą w sobie tej siłowni, a bardziej mojej nieumiejętności skorzystania z niej. Jej plusem jest jednak to, że ma właśnie miejsce do squasha. Po latach wróciłem więc jak ten syn marnotrawny.

Zanim zaczęliśmy grę z moim partnerem, który dał mi srogą lekcję, to oczywiście najpierw się rozgrzaliśmy. Pisze o tym dlatego, że kolejna para, która wchodziła po nas już tego nie zrobiła tylko z marszu dorwała się do rakiet. Tak więc nauki i nawyki wpajane mi przez wiele ostatnich miesięcy jak widać nie poszły na marne. Schody jednak zaczęły się wtedy kiedy w ruch poszedł sprzęt. Wiedziałem, że piłka lub też to co ją imituje nie odbija się zbyt dobrze ale nie sądziłem że aż tak. Minęła chwila zanim przywykłem do tego, że aby to coś piłkopodobne uderzyło o ścianę i poleciało dalej niż na metr czy dwa, trzeba solidnie huknąć. Jednak pomyśleć o tym to jedno, a wykonać to już zupełnie inna historia.

Po pierwszych machnięciach rakietą z założeniem trafienia w piłkę okazało się, że nie zawsze te dwa przedmioty muszą się ze sobą spotykać mniej więcej w połowie drogi. Na początku, przynajmniej w moim przypadku, ważniejszym elementem niż siła była zdecydowanie precyzja. Kiedy skupiłem się na niej to z każdą kolejną minutą było już tylko lepiej i lepiej. Jednak nie na tyle dobrze, żeby cos wygrać 😉 Bo żeby coś wygrać to przydało by się jeszcze aby uderzona piłka latała w mniej więcej założonym przeze mnie kierunku. Czasami jednak to ja sam byłem zaskoczony tym gdzie akurat leci piłka. Żeby do tego było zabawniej, tak samo jak w CrossFicie, squash także wymaga sporej koordynacji i myślenia.

Miałem też to szczęście w nieszczęściu, że z jednej strony mój partner grał lepiej ode mnie, a z drugiej był złośliwy. Głównie dlatego, że gdy byłem wielokrotnie źle ustawiony zagrywał mi nie raz takie piłki, że musiałbym być chyba Usainem Boltem aby do nich dojść. Nazywałem to bolesną nauką. Zresztą jeśli o bólu mowa, to idąc na squasha pamiętajcie, że zderzenie w biegu ze ścianą może boleć. Wydaje wam się, że to logiczne? Grając w squasha i chcąc odbić wiele piłek, nawet tych „nie do wyjęcia” spotkania ze ścianami zdarzają się częściej niż by się można spodziewać. Ale ile jest z tego radochy! 🙂

Naszą rozgrywkę rozpoczęliśmy około godziny 11:10-11:15. Wystarczyło kilka partii, a dokładnie 5 z czego wszystkie nie na moją korzyść, a już dochodziło południe. Kiedy? Jak? To nic, że człowiek po takim czasie może być już porządnie zmęczony ale zdecydowanie ma ochotę na więcej! Niestety tym razem musieliśmy ustąpić miejsca zawodowcom, którzy nie potrzebują rozgrzewki 😉

I takim oto sposobem zaliczyłem udany poranek po powrocie z Łodzi i mogę sobie odhaczyć kolejny sport na swojej wirtualnej liście o nazwie „uprawiałem”. Sport do którego na pewno będę chciał jeszcze wrócić bo jest on idealny na taki na przykład rest day, kiedy nie trenuję normalnie. No i nie ukrywam, że odzywa się też we mnie duch rywalizacji, który jest żądny rewanżu za dotychczasowe porażki!