O wszystkimOpinie

Kolejne odcienie polskiego kina

dodany przezKamil Timoszuk 10 października 2015 0 Komentarzy

Uwielbiam te wszystkie reakcje ludzi, kiedy stwierdzam że idę lub też byłem w kinie na jakiejś polskiej produkcji. Stwierdzenia w stylu „nie szkoda ci czasu?”, „bardzo słabe było?” czy też „współczuję” są niemal na porządku dziennym. Wtedy jednak ja bardzo często uśmiecham się i pomijam to milczeniem, bo w wielu przypadkach już wiem, że ten ktoś ma niewielkie pojęcie w tym temacie.

Oczywiście to wszystko nie oznacza tego, że na polskie produkcje filmowe patrzę bezkrytycznym okiem i wszystkie jak leci wielbię i hołubię. No nie, aż tak dobrze to niestety nie ma. Jednak jako, że nie lubię posługiwania się w wielu przypadkach stereotypami i utartymi przesądami „bo tak łatwiej”, to dlatego też bardzo często jestem w kinie gościem, aby przekonywać się na własnej skórze – jak z tym polskim kinem jest. A wbrew pozorom nie jest tak źle, jakby się mogło wielu osobom wydawać. Stwierdzam to po ostatnich dwóch produkcjach na jakie udało mi się wybrać.

Chemia plakat

Projekt filmowy pod tytułem „Chemia”, to opowieść na temat, który zarówno w naszym, jak i też światowym kinie był wałkowany już na różne sposoby. Nie jest to temat łatwy, bowiem choroba zwana rakiem, dopóki nie będzie uleczalna, dopóty będzie budzić masą różnych emocji. Przeważnie też nie będą to emocje pozytywne, bo coś co powoduje śmierć, raczej nikomu nie kojarzy się w pozytywny sposób. Pomimo tego kolejni śmiałkowie, starają się pokazać swoją wizję tej choroby z jaką muszą się zmagać osoby, który miały to nieszczęście na to cholerstwo trafić. W przypadku „Chemii” reżyser Bartosz Prokopowicz, zabiera nas w świat autentycznej postaci w osobie jego zmarłej żony Magdaleny Prokopowicz, szefowej fundacji Rak’n’Roll. Nie jest to jednak w stu procentach film biograficzny, który ma być swoistym pomnikiem kobiety, która za życia zrobiła wiele dobrego dla osób zmagających się z tym samym co ona. Cała konwencja filmu bardziej opiera się o swojego rodzaju teledysk, który do jednych trafi, a do innych nie. Mówiąc bardziej dokładnie, na wielkim ekranie oglądamy pomieszanie paru styli filmowych, które w mniej lub bardziej zgrabny sposób, przenikają się dając ciekawe zabiegi artystyczne. Jednak będąc już kilka dni po obejrzeniu tego filmu, osobiście nadal nie wiem czy aby przypadkiem nie było tak, że sam „artyzm” filmu był celem samym w sobie, aniżeli sam film. Główni bohaterzy grani przez Agnieszkę Żulewską oraz Tomasza Schuchardta to postacie specyficzne, które poprzez swoje zachowania nie każdemu od razu przypadną do gustu. Wiele ich zachowań, podkreślonych przez momentami bardzo dobrą grę aktorską, jest mówiąc kolokwialnie dziwnych. Wiele rzeczy jednak tłumaczy fakt, że oboje oni są w anormalnej sytuacji w której oboje starają się odnaleźć na swój prywatny sposób. Klasą samą w sobie jest postać Pandy graną przez Eryka Lubosa, co też wiele wyjaśnia. Specyficzny klimat tego filmu podkreśla w wielu momentach muzyka, a nawet sami wokaliści, którzy wykonując dany kawałek potrafią pojawić się w tym filmie. Ja osobiście nie jestem fanem takiej nazwijmy to „artystycznej estetyki”, bowiem w moim odczuciu odbiera to kompletnie realizm danego filmu. A w tak poważnych produkcjach, na tak poważne tematy jak śmiertelna choroba, to moim zdaniem klucz do sukcesu. I nie chodzi mi nawet o to, aby każdy taki film był śmiertelnie poważny i wyciskał morze łez z każdego widza, grając często w tani sposób na jego uczuciach. Bardziej mi chodzi o samą konwencję, która by nie sprawiała u mnie wrażenia, że zamiast dobrego kina fabularnego lub dramatycznego, oglądam jakiś mętny sen reżysera, lub też co gorsza bajkę. Dlatego też „Chemia” na swój sposób mnie zawiodła, bo uważam, że można kilka rzeczy było zrobić lepiej i wyszło by to zdecydowanie na większą korzyść dla samego filmu. A tak, niebawem pewnie wiele osób sobie go ściągnie z internetu i obejrzy w domu, lub nawet poczeka i obejrzy w TVN.

Król życia plakat

Wydawało mi się, że po „Chemii”, w ramach obejrzenia „czegoś lekkiego”, bardzo dobrym wyborem może okazać się „Król życia”. Jest to bowiem opowieść o zgorzkniałym niemal do szpiku kości mężczyźnie, który każdy kolejny dzień swojego życia traktuje jak karę. Gdzie się nie spojrzy lub nie obróci, tam wszystko go irytuje czy mówiąc dosadniej wkurwia. Jego zmorą są wszelkie sytuacje społeczne, jak i też ludzie, którzy do tych sytuacji doprowadzają, łącznie z jego rodziną na czele. Wszystko jednak zmienia się w diametralny sposób, kiedy dla Gustawa, granego przez Roberta Więckiewicza przydarza się wypadek samochodowy. Zderzenie z drzewem, które powoduje u niego sporo różnych obrażeń ciała, a w tym także i mózgu. W efekcie tego zmienia mu się jednak diametralnie jego podejście do życia i otaczającego go zewsząd świata. Świata, który przez długi czas nie jest w stanie zrozumieć tej jego przemiany. Film ten jest fajnym przykładem na to, że nie trzeba zawsze zmieniać w diametralny sposób swego życia i na przykład wyjeżdżać daleko w świat, aby tylko standard funkcjonowania w dzisiejszych realiach uległ kompletnemu przeobrażeniu. Oczywiście nie dzieje się to wszystko w oka mgnieniu i jak za dotknięciem czarodziejską różdżką, ale jest to wskazówka, że takie rzeczy są po prostu możliwe. Urzeczywistniają to natomiast tacy aktorzy jak Magdalena Popławska czy też Bartłomiej Topa, którzy odwalają w tym filie fajną aktorską robotę. Niestety w mojej opinii, reżyser tego projektu czyli Jerzy Zieliński, podobnie jak w wyżej opisywanym filmie, stosuje różne zabiegi artystyczne, które moim zdaniem są kompletnie niepotrzebne. Może to moje podejście do kina jest dziwne, ale niemal za każdym razem kiedy widzę na ekranie coś takiego, to w większości przypadków mam wrażenie, że używane jest to po to, bo autor nie ma nic więcej do pokazania lub przekazania. Film ten jednak sam w sobie zły nie jest, ale brakuje w nim takiej typowej kropki nad i, która sprawiałaby, że po wyjściu z kina człowiek by był w pełni zadowolony ze spędzonego czasu. Poza tym, „Król życia” jest promowany jako film z gatunku komedii, a nie do końca tak jest w rzeczywistości, bowiem wpleciona tam jest w dużym rozmiarze fabuła, a także i nawet lekki dramat. Tak więc na pytanie czy polecam ten film, to moja odpowiedź jest raczej twierdząca, ale z dopiskiem, że raczej nie w kinie. Ten film poprzez oglądanie go na dużym ekranie kompletnie nic nie zyskuje, a w domowym zaciszu być może rozczarowanie po skończeniu jego oglądania będzie trochę mniejsze.