fbpx
O wszystkimOpinie

Kolejna kinowa kumulacja

dodany przezKamil Timoszuk 30 stycznia 2016 0 Komentarzy

Jak nie chodzi to nie chodzi, a jak zacznie to jeden raz za drugim. Tak można by w najkrótszy sposób opisać moją aktywność kinową od jakiegoś czasu wyrażaną w ilości i częstotliwości wypadów do kina. Czasami jest to spowodowane marnym repertuarem, a czasami po prostu życiem.

Tym razem powodów dlaczego znowu miałem przerwę w moich odwiedzinach kina było kilka. Jednak jako główny mógłbym podać pracę jak biały człowiek od 8 do 16, którą zacząłem niedawno. A wraz z dojazdami liczonymi w kilku godzinach dziennie to daje efekt taki, że trzeba podejmować decyzje typu odpoczynek vs. obowiązki. Na szczęście zima poszła sobie mam nadzieję na dobre tak samo szybko jak i też przyszła i już niebawem wróci do gry rower, a nie codzienne przepychanie się ze starymi babami w autobusie, a co za tym idzie o dziwo więcej czasu na inne rzeczy. Jednak i nawet w takim codziennym maratonie można czasem znaleźć chwilę aby zobaczyć na wielkim ekranie trzy pozycje, które oczywiście nie są pozbawione błędów ale też nazwanie ich słabymi byłoby kłamstwem.

Creed plakat

Ten kto zagląda tu od czasu do czasu, ten raczej od dawna już wie, że ja mam pewne braki, a może bardziej zaległości jeśli chodzi o wiedzę na temat poszczególnych, nawet kultowych filmów. Nie widziałem na przykład całej serii Gwiezdnych Wojen czy też nie jest dla mnie żadną wybitną postacią Pan Tarantino (już widzę jak w tym momencie parę osób kliknęło krzyżyk w prawym górnym rogu). Rocky jak się okazuje także jest dla mnie tego typu epopeją, o której wiele słyszałem ale bardzo niewiele widziałem. Dlatego tym bardziej wybrałem się na film „Creed”, który jest swoistą kontynuacją tego kultowego dla wielu ludzi filmu. Chciałem być może poczuć namiastkę tego co czuli widzowie oglądający pierwsze odsłony tej opowieści. Czy mi się to udało?

Creed to opowieść o chłopaku, który jest nieślubnym synem dawnego ringowego rywala, a prywatnie przyjaciela Rocky’ego czyli Apollo Creeda. Pomimo tego, że prowadzi on bardzo poukładane dorosłe życie, to decyduje się on na coś, na co wielu nigdy by nie poszło. Mianowicie rzuca dobrze płatną pracę, pakuje się i zamienia słoneczne Los Angeles na szarą, brudną i ponurą Philadelphię. Wszystko to robi jednak po to aby odnaleźć swojego „wujka” Rocky’ego aby ten pomógł mu w jego bokserskiej drodze. Gdy nawet to piszę to historia ta wydaje się dość mocno naciągana, ale dzięki świetnej pracy reżysera Ryana Cooglera ma ona swój niewątpliwy urok. I to niemal przez cały film losy tych dwóch pierwszoplanowych postaci przeplatają się ze sobą w sposób niemal bezinwazyjny i przyjemny dla oka widza. Postać Adonisa grana przez Michaela B. Jordana to powiew świeżości, energii i zwierzęcego instynktu, który jest z nim obecny nie tylko w życiu codziennym ale także przede wszystkim na ringu. Niemal już 70-letni Sylvester Stallone to prawdziwa legenda, która wnosi do filmu spokój, dostojność i tę męską energię jaką by chciało mieć większość dojrzałych facetów. W filmowym duecie razem z Apollem daje to znakomite połączenie. Na pewno wiele osób pójdzie na ten film ze względu na zawarte tam walki pięściarzy, które potrafią sprawić, że nawet widza czasami zaboli szczęka. Ku mojemu zaskoczeniu jednak film wprawdzie obraca się wokoło tematyki dramatu sportowego, ale dużo czasu poświęcone jest tematom pobocznym, które wychodzą z cienia i także potrafią zalśnić. I nawet jeśli do tego dorzucimy odrobinę kiczu na dokładkę oraz świetną muzykę, to mamy film, który godnie kontynuuje starą serię. Jest to tym samym dobra opcja na to aby wybrać się do kina w najbliższym czasie.

Moje Córki Krowy plakat

Polskie kino to temat rzeka. Szczególnie te które mówi o tematach trudnych, niewygodnych i wymagających od widza myślenia i skupienia. Polski widz niespecjalnie to lubi, a gdy jest już zmuszony do oglądania czegoś takiego, to staje się jakby z urzędu bardziej krytyczny. Co ciekawe takiej postawy nie prezentuje on w momencie gdy idzie do kina na kolejną głupawą polską komedię i chłonie wszystko jak leci, bez żadnej większej refleksji. To jest jednak temat rzeka na zupełnie inny tekst. Dziś skupię się na filmie, który wszedł już czas jakiś temu do kina i wywołał lekkie poruszenie. „Moje córki krowy” to opowieść wyreżyserowana przez Kingę Dębską i opowiadająca o polskiej rodzinie, która jest pełna sprzeczności, kontrastów i konfliktów. Głównym zarzewiem konfliktu są dwie zupełnie inne od siebie siostry grane przez Gabrielę Muskałę oraz Agatę Kuleszę. Wszystko jednak opiera się o chorobę ich matki i troszczącego się o nią ojca, który do końca nie zdaje sobie sprawy z tego co się tak naprawdę dzieje. A podstawie tego pokazanych jest czasami bardziej subtelnie, a czasami bardzo dosadnie wiele typowych polskich zachowań. Z wieloma z nich można się nie zgadzać ale prawda jest taka, że gdy się dobrze przyjrzymy to w niemal każdym z nas jest cząstka wielu z bohaterów zawartych w tym filmie. Szczególnie mistrzowska rola Mariana Dziędziela zasługuje na najwyższe słowa uznania. Być może też dlatego cały ten film jest tak bardzo dosadny w swoim przekazie. Więc jeśli ktoś potrzebuje zaznać poważnego kina o czymś naprawdę ważnym to produkcja pod tytułem „Moje córki krowy” jest świetną propozycją.

Dirty Grandpa plakat

 

Przeciwieństwem klimatycznym polskiej powyższej produkcji jest amerykański film, którego tytuł po raz kolejny został przez kogoś przetłumaczony w tak makabryczny sposób, że aż żal patrzeć. Nie mniej jednak opowieść pod tytułem „Co ty wiesz o swoim dziadku?” ma coś wspólnego z polskim tytułem. Co takiego? Mianowicie to, że oba filmy pokazują widzowi to jak można przeżyć swoją starość. W przypadku historii zza oceanu jest to zdecydowanie burzliwa starość. Burzliwa i wesoła zarazem zapoczątkowana jednak przez śmierć. Śmierć żony głównego bohatera granego przez Roberta De Niro. Jednak już dzień po pogrzebie wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie ponieważ ów główny bohater wraz ze swoim nie do końca zadowolonym z tego faktu wnuczkiem, granym przez bożyszcza nastolatek Zac’iem Efronem, wyrusza w podróż. Podróż która zmienia życie praktycznie obydwu panów. Zanim jednak do tego dochodzi dzieje się wiele zabawnych sytuacji w których produkowaniu i pokazywaniu Amerykanie są mistrzami. Tak więc na wielkim kinowym ekranie oglądamy prawdziwy rollercoaster zdarzeń, który czasami swoi klimatem czy poziomem zbliża się niebezpiecznie do poziomu wyznaczonego przez produkcje typu „American Pie”. Na szczęście reżyser Dan Mazer nie dopuszcza do tego aby zostały one w jakiś nachalny sposób przekroczone i dzięki temu poczucie zażenowania tu praktycznie nie występuje. Występuje za to bardzo często poczucie rozrywki i fajnej komedii, która przelatuje nie wiadomo kiedy. Komedii, którą śmiało polecam na weekendowy wieczór.

Aha, i jeszcze jedno na sam koniec. Po obejrzeniu tego filmu zajrzałem na polskie „opiniotwórcze” portale filmowe, aby obaczyć jak ludzie oceniają ten film. I w wielu przypadkach wniosek płynący z wypowiedzi jest taki – Robert De Niro tym filmem się skończył. Czy aby na pewno? Moim zdaniem natomiast jeśli De Niro tym filmem się skończył, to cała masa „uznanych” aktorów się nigdy nie zaczęła.