fbpx
O wszystkimOpinie

Kobiety bywają nieprzewidywalne

dodany przezKamil Timoszuk 15 października 2014 0 Komentarzy

Kurde, ja to ostatnio mam naprawdę szczęście. W sumie kupę szczęścia. Co wyjście do kina na jakiś nowy film, to lepsza produkcja mi się trafia. I nawet nie chodzi o to, że dobrze wybieram to na co chcę iść. Po prostu ostatnimi czasy nastąpił chyba jakiś wysyp filmów z cyklu „must watch” o którym nikt głośno nie mówi, a zdecydowanie powinien!

Ten stan ma jednak zapewne drugą stronę, o której chciałbym się dowiedzieć i przekonać na własnej skórze jak najpóźniej. Mianowicie gdy ta seria dobrych filmów w naszych kinach będzie się przedłużać zbyt bardzo, to zderzenie z jakąś słabą produkcją może być bardziej bolesne niż zazwyczaj. Z drugiej jednak strony, poprzeczka oczekiwań może i powoli ale ciągle idzie ku górze, ale o dziwo kolejnym filmom udaje się ją zgrabnie przeskoczyć. Któremuś kiedyś się to nie uda, ale na pewno nie będzie to produkcja pod tytułem „Zaginiona dziewczyna”.

Zaginiona dziewczyna

Nie raz i nie dwa przy okazji pisania swoich subiektywnych recenzji filmowych, wspominałem o tym, że przed pójściem do kina na jakikolwiek film staram się nie dowiadywać o nim zbyt wiele. Nie czytam opisów filmów, nie czytam recenzji, a już tym bardziej nie czytam komentarzy wszechwiedzących internautów i samozwańczych krytyków (pozdrawiam społeczność Filmweb! 😉 ). Najczęściej moimi największymi „zachęcaczami” do spędzenia przeważnie ponad dwóch godzin w sali kinowej są dwie rzeczy – zwiastun oraz opinie moich najbliższych znajomych, którzy już daną pozycję widzieli. Z tym drugim jest czasami ciężko, bo gdy tylko mam czas, to staram się chodzić na premiery filmowe. Tym samym też nie daję zbyt dużego pola manewru do wykazania się swoim najbliższym 😉 Dlatego zwiastuny to jest to, dlaczego lubię być w kinie punktualnie i siedzieć od samego początku seansu. Nawet jeśli z reklamami potrafi zająć to około, a nawet i ponad 20 minut.

W taki też sposób natrafiłem raz czy drugi na zwiastun filmu „Zaginiona dziewczyna”, który od samego początku wydawało mi się, że ma jakiś potencjał w sobie. Pierwszym też moim skojarzeniem było to, że jest to opowieść oparta na faktach, z racji tego, że tego typu historie szczególnie w USA, nie są niestety czymś nadzwyczaj rzadkim. Skoro można trzymać kogoś w piwnicy przez wiele lat, to dlaczego by nie można upozorować zaginięcia własnej żony?

Główną rolę poszkodowanego męża, gra w tym filmie Ben Affleck, który nie jest moim jakimś specjalnie ulubionym aktorem. Nawet w tej chwili nie potrafię ot tak z głowy wymienić chyba żadnego filmu z jego udziałem. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że to właśnie ta obejrzana dzisiaj produkcja, będzie mi się kojarzyć z tym panem. Drugą z głównych ról gra Rosamund Pike, która także była do dzisiejszego wieczora dla mnie kimś kompletnie anonimowym (przepraszam wszystkich wysublimowanych koneserów kina). To co jednak ta tytułowa dziewczyna wyczynia tą rolą, to przechodzi ludzkie pojęcie. Nie zdziwię się, jak w przeciągu 2-3 kolejnych lat, zobaczymy ja w innych głośnych produkcjach. Zanim jednak tak się stanie, to trzeba nacieszyć się tym dziełem, jakie udało się tej parze stworzyć pod okiem reżysera Davida Finchera.

Początek filmu, to niemal bardziej treściwe i trochę bardziej rozbudowane rozwinięcie trailera. Może to też sprawiło, że w połączeniu z dość ciężkim dniem jaki dziś miałem, że przymknąłem oko podczas seansu na dosłownie 2-3 minuty. Kiedy jednak otworzyłem je na dobre, to już nie było możliwości zamknięcia ponownie. I to nie dlatego, że drzemka regeneracyjna spełniła swoją rolę, ale bardziej dlatego, że film ten trzyma w dużym napięciu przez całe ponad dwie godziny swego trwania. To niesamowite, ale to jest chyba właśnie jeden z takich filmów, w którym na początku jest trzęsienie ziemi, a następnie napięcie rośnie. W jaki sposób? O tym już pisać za bardzo nie chcę, bo musiałbym zacząć odkrywać karty fabuły, czyli po prostu pospolicie spoilować. W przypadku takiej produkcji jak ta, byłoby to zwykłe chamstwo z mojej strony i odbieranie czystej przyjemności z oglądania. Tego robić więc nie zamierzam. Za to każdy kto zdecyduje się wybrać do kina, niech zwróci uwagę na dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest pewien dom nad jeziorem, który chyba stał się moim domem marzeń w jakim chciałbym pomieszkać przynajmniej z tydzień, może dwa, albo i rok 🙂 Druga sprawa to niby epizodyczna, a jednak warta uwagi rola, niejakiego Neila Patricka Harrisa, czyli Barneya z serialu „Jak poznałem waszą matkę?” czy też z genialnego młodocianego lekarza z serialu z przed lat Doogiego Howsera. Nie mogłem oprzeć się uczuciu, że te dwie role przylgnęły już do niego na zawsze.

Nie zmienia to jednak w żadnym stopniu faktu, że „Zaginiona dziewczyna” to kapitalny dramat/thriller. Film, który nie raz was zaskoczy i nie raz sprawi, że będziecie skołowani. Ja takie uczucie wywołane filmem bardzo lubię i dlatego też bardzo sobie cenię fakt, zawitania do sali kinowej na tę produkcję. Tak samo zresztą można docenić to, że po tym filmie sposób patrzenia na kobiety i możliwość zaufania im, może ulec lekkiej zmianie. Nie pytajcie mnie panowie dlaczego – zobaczycie sami 😉