O wszystkimOpinie

Kinowe jesienne propozycje

dodany przezKamil Timoszuk 26 września 2018 0 Komentarzy

Koniec lata ma przynajmniej jedną zaletę. Owym plusem jest to, że w zimne jesienno zimowe wieczory do kin wchodzi coraz więcej filmowych propozycji. I to takich, na które autentycznie warto się wybrać.

Ja ostatnio byłem na trzech filmach i wprawdzie nie o każdym mogę powiedzieć tylko dobre rzeczy, ale specjalnego dramatu też raczej nie było. Może tylko niedosyt albo brak efektu WOW po seansie. Ale czy to jest akurat wielka wada?

„Bajecznie bogaci Azjaci” to w dużym skrócie taka trochę bajka dla dorosłych XXI wieku. Fabuła opiera się na opowieści o parze Azjatów mieszkających w USA. On pochodzi z tradycyjnej azjatyckiej rodziny, gdzie bardzo ważną rolę odgrywają zasady. Ona zaś wychowała się w Stanach Zjednoczonych, gdzie kultura wychowania jest trochę inna. Kiedy wybierają się oni do domu rodzinnego chłopaka, wychodzi na jaw taki mały szczegół jak to że jego rodzina, a tym samym on też, jest bogaty. Ale nie tak bogaty w normalny sposób. Jego rodzina można by uznać, że trzęsie pod wieloma względami dużą częścią Azji. I ten fakt sprawia, że to jest tak samo pomocne co i utrudniające wszystkim życie. W jaki sposób? Ogólnie rzecz biorąc w różny. To trzeba zobaczyć. Czy jednak warto to robić? Jeśli ktoś potrzebuje lekkiego kina na na przykład niedzielny wieczór, to śmiało może podejmować temat. Jeśli zaś ktoś szuka czegoś mocno wartościowego, wciągającego lub trzymającego w napięciu, to z tym może być już różnie. Co jest w sumie trochę dziwne biorąc pod uwagę wątki jakie zawiązują się w tym filmie, które można było ciekawiej ugrać. Jednak dla samych widoków prosto z Azji warto zawiesić oko na tej produkcji. Ogólnie rzecz biorąc jest to jeden z tym filmów z kategorii do zobaczenia i zapomnienia.

Rasizm z USA to nie jest temat nowy. To zjawisko za wielką wodą niestety ma swoją bardzo bogatą historię, która była tematem już wielu filmów. Nic jednak nie staje na przeszkodzie kolejnym twórcom aby mierzyć się z tym drażliwym nawet w obecnych czasach tematem. A jeśli do tego robi to Spike Lee, to tym bardziej warto się temu przyjrzeć.

Jego najnowsza produkcja pod tytułem „Czarne Bractwo. BlackkKlansman” to opowieść o konflikcie o podłożu rasowym na linii – Policja / Ku Klux Klan / Czarne Pantery. Trzy organizacje, które w temacie rasizmu oraz walki z nim mają swój dość mocny udział. Jedną z głównych ról gra John David Washington, znany dla wielu z serialu Ballers. Tutaj jednak wciela się on w rolę pierwszego czarnoskórego policjanta, który walczy z wieloma rzeczami. Walczy w pracy o szacunek kolegów oraz przełożonych. W pewnym momencie walczy on o rozgryzienie struktur organizacji do których wydawałoby się, że nie ma praktycznie żadnej możliwości aby się dostał. A jednak! Bo kto by pomyślał, że czarnoskóry mężczyzna może dostać się do Ku Klux Klanu. Nie stałoby się to gdyby nie pomoc jego kolegi po fachu, czyli policjanta granego przez Adama Drivera. Połączenie tej dwójki postaci daje bardzo ciekawy efekt.

Pomimo tego, że film zawiera całkiem sporo jak na takie kino akcentów humorystycznych, to na pewno nie jest to komedia. Jest to film o niewiedzy, uprzedzeniach, zabobonach, nienawiści czy chorej ideologii, która była, a nawet i jest wtłaczana w umysły ludzi. Film oparty na faktach, jest świadectwem tego, że pomimo życia w ciekawych czasach, nie udało nam się rozliczyć z przeszłością. Wszystko dlatego, że pomimo upływu wielu lat, nadal są ludzie, którzy zatrzymali się na poziomie pewnej ewolucji i nic nie wskazuje na to, żeby coś się zmieniło. I niby tematyka oraz jej skala poruszana w filmie dla obywatela Polski czy nawet europy może wydawać się chwilami abstrakcyjna, ale fakty są takie że coś takiego jak rasizm istniało i nadal istnieje. A jeszcze co gorsza wydaje się też, że ma się bardzo dobrze.

Polski film to słaby film. Tak myślą ci, którzy najczęściej nie chodzą do kina, ale lubią powtarzać ten banał, który parę dobrych lat temu był prawdą, ale teraz już chyba nie. Produkcja pod tytułem „Juliusz” może być całkiem dobrym przykładem na ciekawy polski film. Może nie genialny, ale na pewno warty zobaczenia.

Mam wrażenie, że bardzo dużo szkody dla tego filmu robi jego zwiastun. Zwiastun który jednoznacznie utwierdza widza, że idąc do kina dostaniemy porcję typowej polskiej komedii. Tym bardziej, że za scenariusz tego filmu odpowiadają tacy ludzie jak Abelard Giza czy Kacper Ruciński. Ludzie którzy są nie ma co ukrywać gwiazdami polskiej sceny standup. A skoro standup to od razu pojawia się skojarzenie – humoru jadącego po bandzie. A tymczasem nie jest tak do końca.

Głównym bohaterem jest tytułowy Juliusz – nauczyciel plastyki, niespełniony rysownik, syn ojca pijaka i seksoholika. Całkiem ciekawy zestaw jak na głównego bohatera komedii, prawda? Tytułowa postać grana przez Wojciecha Mecwaldowskiego, niby ze swego życia nie jest zadowolona, ale z drugiej strony nie robi zbyt wiele aby ten fakt zmienić. Jak to jednak w życiu bywa, jego życie odmienia napotkana przypadkowo kobieta. Choć z tą odmianą też bym tak specjalnie nie szalał, bo Anna Smołowik wcielająca się w rolę Doroty, potrzebuje sporo czasu aby doprowadzić do pewnych zmian w życiu Juliusza. A w tym wszystkim nie można zapominać o mającym dość specyficzny sposób bycia ojcu Juliusza granym przez Jana Peszka. Ta mieszanka sprawia, że w filmie czasami jest wesoło, czasami mądrze, a czasami po prostu głupio. Chwilami szkoda, że pewne momenty czy wątki nie są pociągnięte bardziej, albo nie dano im mocniej wybrzmieć. Warto jednak wszystkich uczulić na to, że jeśli ktoś spodziewacie się w tym filmie parady żartów oraz gagów rodem z wystąpienia standupowego, to niech lepiej zostanie w domu zamiast fatygować się do kina. Jednak jeśli ktoś ma ochotę na momentami ciekawe, choć bez efektu WOW kino, to „Juliusz” być może zapełni to zapotrzebowanie.