fbpx
O wszystkimOpinie

Kino receptą na zapracowanie

dodany przezKamil Timoszuk 27 marca 2019 0 Komentarzy

Jest coś w stwierdzeniu, że człowiek im więcej ma na głowie, to tym więcej jest w stanie wcisnąć w swój plan dnia. I ta zasada zadziałała ostatnio u mnie. Bo nie dość, że ogarnąłem dwa filmy w kinie to jeszcze nadrobiłem Netflixa. Można? Można.

Szkoda tylko, że nie udało mi się wcześniej spłodzić tego tekstu, bo kilka osób mogłem zachęcić lub zniechęcić od obejrzenia czegoś. Szczególnie jeśli chodzi o dwie propozycje kinowe.

Filmami które ostatnio obejrzałem w kinie były to „Green Book” oraz „Kapitan Marvel”. Dwie zupełnie różne historie z czego jedna z nich podbiła tegoroczne Oskary. Jak się nie trudno domyślić nie był to kolejny film o superbohaterce 😉 „Green Book” w tym roku był nominowany do 5 statuetek, a finalnie w ręce twórców trafiły 3 takie wyróżnienia. Jak dla mnie całkiem dobra średnia. Co jednak chyba najważniejsze – wszystkie te statuetki były jak najbardziej zasłużone. Opowieść w tym filmie kręci się przede wszystkim wokół dwóch osób. Dwóch skrajnych charakterów, które w wyniku pewnego splotu wydarzeń są na siebie skazane. Jedną z nich jest Tony Lip grany przez Vigo Mortensena. Jest to ochroniarz w jednym z nocnych klubów, który na czas remontu dotychczasowego miejsca pracy, musi znaleźć sobie nowe zajęcie. I w tym momencie pojawia się Dr Don Shirley, grany przez Mahershala Aliego. Wcielił się on w rolę czarnoskórego, wybitnie utalentowanego muzyka. Muzyka, który niestety miał tę nieprzyjemność żyć w czasach, kiedy jego kolor skóry był dla wielu ludzi problemem. Dlatego też wybiera Tony’ego jako swojego ochroniarza, który ma mu towarzyszyć w trasie koncertowej. Trasie która jak się okazuje zmienia obydwu mężczyzn. To też jest moim zdaniem jeden z największych plusów tego filmu. To że postaci jakie pojawiają się na ekranie, są bardzo realne, wręcz namacalne, a przez to widzowi jest łatwiej i zarazem przyjemniej w nie uwierzyć czy też się z nimi zidentyfikować. Jako, że jest to typowy film drogi, to pewne schematy w tym filmie nie są specjalnie ani odkrywcze, ani nowatorskie, ale wcale nie muszą być. Mocą tej produkcji jest bowiem świetna i nagrodzona kilkukrotnie gra aktorska. Przy takich filmach czasami może się też rodzić pytanie na ile dane wyróżnienia są wyrazem uznania dla aktorów czy innych twórców, a na ile poprawności politycznej z racji poruszanej tematyki. Tutaj jednak mam wrażenie, że ten film bez problemu broni się sam w sobie i mogę go polecić w czystym sumieniem.

Czy z obejrzanym niedawno „Kapitan Marvel” jest podobnie? Raczej nie. I to nie dlatego, że ten film jest zły, bo nie jest. Jednak jak się nie trudno domyślić, ten film powiela w wielu momentach utarty dawno schemat kina o superbohaterach. Schemat, który z jednej strony ma swoich wiernych, ale nie do końca racjonalnie patrzących fanów (czyli np mnie). Z drugiej jednak po tylu latach taśmowego wypuszczania takich produkcji wiele osób ma po prostu dość. Czy „Kapitan Marvel” przyczyni się bardziej do odpływu czy przypływu ludzi do tego gatunku? Myślę, że w dużej mierze będzie miał niewielki wpływ na ten stan.

Sam film szczególnie dla kobiet może się podobać głównie dlatego, że w końcu Marvel ma do zaoferowania właśnie bohaterkę płci pięknej. Bohaterkę, która nie jest dodatkiem do reszty, a kimś z kim w szczególności kobiety mogą się łatwiej (łatwo?) zidentyfikować. Bohaterkę, która ma jeszcze szansę odegrać bardzo ważną rolę w chyba najbardziej oczekiwanym filmie Marvela tego roku czyli Avengers. Tak więc niewątpliwie grająca główną rolę Brie Larson została rzucona na głęboką wodę. Czy sobie poradziła w swoim pierwszym podejściu? Moim zdaniem tak. Czy jest sens opowiadać o tym co się w tym filmie dzieje? Chyba raczej nie. Warto natomiast wspomnieć, że film ten jest osadzony w latach 90-tych czyli okresie, który mam wrażenie, że ostatnio bardzo często jest wykorzystywany przez kolejnych twórców. Jako dzieciak wychowany w tych latach szczerze propsuję 😉 A do obejrzenia tego filmu specjalnie nie zachęcam. Kto czuje ten klimat to pewnie seans ma już za sobą, a kto nie czuje to i tak nie robi mu to większej różnicy 😉

Dlatego przejdźmy teraz do Netflixa i jego propozycji, których ostatnio kilka wchłonąłem. Zacznę od pozycji o której pisałem już jakiś czas temu, a mianowicie „Last Chance U”. Serialu dokumentalnym o dwóch szkołach w USA, które postanawiają budować swoje zespołu futbolowe na trudnej młodzieży. Wiązało się to oczywiście z różnymi dziwnym i czasem przykrymi sytuacjami. Może jednak właśnie dlatego ogląda się to tak dobrze. Ostatnio wyszła jednak bardzo ciekawa rzecz, a mianowicie jeden odcinek ukazujący losy poszczególnych zawodników czy innych związanych ze szkołami osób, które opowiadają o tym co działo się z nimi po zakończeniu serialu. I wierzcie mi lub nie, ale patrząc na tych ludzi i ich wybory, to rozstrzał tego jak można poprowadzić swoje życie wydaje się być niemal nieskończony. W kilku przypadkach warto dodać że niestety.

Drugim filmem są „Wyoskie Loty”. Opowieść o tym co się dzieje kiedy w lidze NBA trwa tak zwany lockout. Jest to ten czas, kiedy Związek Zawodników NBA nie może dogadać się z zarządem samej ligi co do współpracy i głównie podziału zysków przez kolejne lata. W takim okresie rozgrywki są oficjalnie zawieszone, zawodnicy nie mogą normalnie trenować i grać czyli robić tego co potrafią najlepiej. W takim też okresie zawodnicy nie dostają swoich wynagrodzeń, a jak bardzo rozrzutni potrafią być nie trzeba chyba wam tłumaczyć. Wystarczy, że obejrzycie ten film. Czy jest on dobry? Moim zdaniem pod wieloma względami nie. Głównie dlatego, że jest przegadany, a przez to też nudny. Nie wiem też dla kogo on został tak naprawdę zrobiony, bo zagorzały fan NBA nie znajdzie tam nic o czym by wcześniej nie wiedział. Dla kogoś „z ulicy” zaś wszystko może być przedstawione zbyt ogólnie. Tak więc sami zadecydujcie czy chcecie na to poświęcić swój cenny czas.

Możecie w zamian za to lepiej usiąść do obejrzenia dokumentu pod nazwą „FYRE”. Opowieści o najbardziej ekskluzywnej imprezie na świecie, która okazała się czystym niewypałem. Dlaczego tak się stało? W skrócie można powiedzieć o tym, że jak za każdą z takich imprez, przede wszystkim stoi człowiek. I nawet jeśli jest to jakiś „wizjoner” albo inny cudotwórca, to jeśli jest on zwykłym „bajkopisarzem”, to przeważnie nie może się to skończyć dobrze. Zobaczcie zresztą sami tę generalnie fajnie pokazaną opowieść o pięknej katastrofie.

Na koniec zaś zostawiam wam swoje praktycznie najnowsze odkrycie czyli serial z Idrisem Elbą w roli głównej czyli „Turn Up Charlie”. Fabuła w tym serialu kręci się wokół niespełnionego z różnych powodów DJ’a, który stara się powrócić do muzycznego biznesu. Choć w jego przypadku i patrząc na to jak się długimi momentami zachowuje, to określenie jego działań staraniem się, jest sporym nadużyciem. Faktem jest, że w wyniku pewnego splotu różnych okoliczności, staje się on nie tylko DJ’em ale także niańką córki swojego przyjaciela. Co z tego wynika? Możecie sprawdzić sami oglądając ten niby komediowy, ale jednak posiadający czasami gorzki posmak serial.