CrossFitO wszystkim

Jak się powiedziało A…

dodany przezKamil Timoszuk 3 czerwca 2014 0 Komentarzy

Pomimo, że od sobotnich wydarzeń minęło już kilka dni, to w głowach wielu osób, nadal buzują emocje. Większość z nich to emocje w stu procentach pozytywne, bo właśnie takie przeważały podczas całego dnia. Od wczesnego sobotniego przedpołudnia, aż do niedzielnego poranka. Jednak to już najwyższy czas, aby wracać powoli do rzeczywistości.

A rzeczywistość w przypadku wielu osób jest bardzo różna. Jedni mogą się cieszyć z osiągniętych wyników podczas drugiego Wyzwania, inni zaś dostali wskazówki nad czym specjalnie muszą w najbliższym czasie popracować, jeśli chodzi o ich sportowe umiejętności. W tej grupie jestem także i ja, czyli człowiek, który ciąga niemal każdego dnia różne ciężary, skacze, biega chociaż bardzo nie lubi, a z wydawałoby się zwykłą stalową linką nie jest sobie w stanie poradzić. Mój związek ze skakanką niemal od samego początku nie należał do łatwych. Powiedziałbym nawet, że jest on mocno burzliwy z racji tego, że już od pierwszych chwil nie byliśmy specjalnie do siebie dopasowani. Ba! Wielokrotnie doszło między nami do rękoczynów, podczas których oberwałem od niej po głowie, rękach czy też łydkach. Z mojej strony w takich chwilach także następowały ataki, polegające na rzucaniu jej o podłogę lub ścianę. Oczywiście na porządku dziennym, były różnego rodzaju wyzwiska kierowanie, już nawet nie wiem czy bardziej w jej stronę, czy może z bezsilności w powietrze.

Rogue Skakanka slider

To wszystko sprawiało, że nauka skakania w taki sposób, abyśmy sobie nie wchodzili w drogę, kiedy ja jestem w powietrzu, a ona przemyka mi pod nogami, nie należała do najprzyjemniejszych. Pomimo dawanych mi różnych rad od wielu osób, irytowało mnie to, że moje postępy są daleko niewystarczające. Tym bardziej, że wiele osób z którymi przebywałem i trenowałem, tę sztukę mieli już opanowaną w stopniu co najmniej znaczącym. Z czasem, na szczęście coś się ruszyło. Po jednym, po dwa, a nawet trzy pojedyncze skoki poszło do przodu. Dla kogoś patrzącego na to zboku było to niewiele. Dla mnie zaś to był jakiś sygnał, że coś drgnęło i chyba nawet poszło do przodu. Było to tym bardziej zadowalające, że nigdy wcześniej w czasach swojej młodości, jakoś nie przyszło mi nawet przez myśl, aby wykonywać tę formę aktywności ruchowej. I takie są właśnie tego skutki do dziś.

Teraz jestem w miejscu, kiedy pojedyncze skoki robię seriami. Dziś podczas wykonywania WOD-a, szło to seriami po 100 sztuk i więcej, bez względu na poziom mego zmęczenia. Jednak to był tylko zamiennik do mojego głównego celu czyli podwójnych skakanek. Sobotnie wydarzenia z zawodów, kiedy musiałem odpuścić sobie rywalizację z racji braku tej umiejętności, chyba przelały czarę goryczy gdzieś w mojej głowie. Dlatego pisząc TEN tekst, założyłem sobie, że nigdy więcej coś takiego się już nie powtórzy. Jednak od napisania takiego postanowienia, a do wprowadzenia go w życie, jest jeszcze kawałek, całkiem spory kawałek. Przede wszystkim pracy, jaka mnie czeka i zapewne wielu kolejnych frustracji. Wiem też, że gdzieś tam na końcu jest cel, do którego nie tyle mogę, co po prostu muszę dążyć. Jednak tym razem, podejdę do tego trochę inaczej, bardziej powiedziałbym metodycznie. Bo jak widać nauka na wariata nie daje rezultatów, więc może zmiana taktyki pomoże dobrnąć do celu.

Koszulka CF Podlasie

Dlaczego dopiero teraz? Może musiałem do tego na swój sposób dojrzeć? Może musiałem przeżyć coś takiego jak te kilka chwil w sobotę? W sumie lepiej późno niż wcale. To natomiast, że progres sam w sobie jest możliwy, pokazały mi już poniedziałkowe zajęcia, podczas których była wykonywana inna, moja niezbyt lubiana aktywność – wall balls. Rzucanie piłką lekarską o ścianę w połączeniu z przysiadami, to jest coś co potrafi dobrze dać w kość. Ja zaczynając się tego uczyć miałem problemy z ogarnięciem zarówno techniki wykonywania, jak i wagą piłki. „Damska” 6-kilogramowa piłka, były już dla mnie nie lada wyzwaniem. Tak samo zresztą jak dorzucenie jej do „męskiej” linii na wysokości 3 metrów i 5 centymetrów. Nie raz i nie dwa brak techniki był przyczyną tego, że spadająca z wysokości piłka lądowała mi praktycznie na twarzy. Jednak z czasem przestało mi się to podobać, i chyba naprawdę sama piłka wbiła mi do głowy, że czas zacząć robić to poprawnie. A więc jak pomyślałem, tak zrobiłem. Wczoraj ponad 120 wall balls wykonywanych 10-kilogramową piłką, w 10 seriach przeplatanych martwym ciągiem, poszło unbroken czyli bez przerwy. Kilka razy było blisko tego, aby piłka łupnęła o ziemię, ale nie! Nie tym razem! I to mi świetnie pokazuje fakt, że progres jest jak najbardziej możliwy. A więc teraz czekam, a bardziej pracuję, na podobny rozwój wydarzeń w temacie skakanki. I nie ma, że boli!