fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Jak nie urok to…

dodany przezKamil Timoszuk 30 września 2013 13 komentarzy

…sraczka albo przemarsz wojsk radzieckich. Tak mówią. Jednak w ostatnim czasie owe niezbyt wyszukane powiedzenie przerabiam na własnym przykładzie. Z przykrością też muszę stwierdzić, że czasami ma ono przełożenie na realne życie w stu procentach. Ale żyć i walczyć z tym trzeba bo nie ma innej opcji.

Cały ten niezbyt przyjemny proces rozpoczął się już w piątek na treningu. To właśnie wtedy w ciągu dosłownie kilku chwil udało mi się dokonać czegoś zarówno fajnego jak i czegoś czym za bardzo nie mam się czym chwalić. Jakiś czas temu popełniłem ten oto tekst. Pisałem w nim i pokazywałem o tym jak udaje mi się po raz pierwszy w życiu wskakiwać na wcześniej niedostępną dla mnie wysokość 35 centymetrów. Jednak już wtedy było niemal wiadome, że to kwestia czasu kiedy i ta granica zostanie przekroczona. Bo wszystko było i nadal jest w mojej głowie. Ciało z każdym kolejnym dniem, każdym kolejnym treningiem oraz każdą kolejną dobrą radą słyszaną od osób z boku, sprawia mi coraz mniej kłopotów. Jedynym kłopotem jest często głowa. Tak czy inaczej już jakiś czas temu wskok na skrzynię o wysokości 50 centymetrów został przekroczony. Naturalnym więc następnym krokiem, było podwyższenie sobie poprzeczki na wysokość 10 centymetrów większą. I właśnie w piątek i ta bariera została złamana, 6 razy. Niestety 7 próba okazała się pechowa co do dziś odczuwam za sprawą zbitego piszczela.

kontuzja noga box

Pierwsze wrażenia nie były najlepsze. Opuchnięta niemal dwukrotnie noga, wielki krwiak oraz dokuczający przeszywający ból przy stawianiu każdego kroku to cena jaką już częściowo zapłaciłem ale jeszcze nadal płacę. W pewnym stopniu za zbyt małą koncentrację bo przecież nie do końca za sam brak umiejętności. Jak widać na moim przykładzie nauka potrafi boleć, dosłownie 😉

Jednak, żeby tego było mało już na samym początku tegorocznego zimowego sezonu przyplątała się do mnie choroba. Coś na wzór grypopodobny ale robię wszystko żeby cholerstwo się nie zadomowiło u mnie na długo. Postaram się zrobić wszystko aby nie powtórzyć sytuacji sprzed roku, kiedy to niemal bite dwa miesiące łaziłem z niedoleczonym przeziębieniem. Otwarcie jednak przyznaję, że w kuracji na pewno nie pomogło sobotnio-niedzielne wyjście ze znajomymi do miasta. Czasem są jednak sytuacje w których po prostu trzeba, i to była taka sytuacja. Dziś jednak zbieram tego żniwo w postaci kataru jak wodospad, kaszlu jak u starego gruźlika, bolących zatok przy każdym schyleniu się oraz temperatury wykraczającej poza standardową skalę.

Taka sytuacja pozwala mi jednak na coś co zdarza się w ciągu roku bardzo rzadko. Mianowicie w normalnych okolicznościach w ciągu całego roku herbaty nie piję praktycznie wcale. Bo nie jestem fanem tego napoju. Jednak kiedy czuję się tak jak teraz, sam z chęcią sobie robię taką jak lubię i w czym lubię. A zdecydowanie tu na pierwszy plan wysuwają się kubki „typu wiadro” biorąc pod uwagę ich pojemność 🙂

Kubki Chicago New Yrok

Chyba nie muszę pisać skąd je sobie kiedyś przywiozłem 😉

Coś w tym jest, że herbata z kubka smakuje znacznie lepiej niż na przykład ze szklanki. Nie wiem dlaczego ale tak to po prostu działa. Poza tym połączenie herbaty, cytryny oraz lekarstw liczę, że w najbliższym czasie postawi mnie na nogi.

Kubek leki

Nie chciałbym na dobre się rozłożyć i odpuszczać sobie kolejnych treningów tak jak dziś to zrobiłem za namową mojego rozsądku. Poza tym obecna sytuacja zmusza mnie też chyba do tego, żeby powoli też przesiadać się z roweru do komunikacji miejskiej. To dopiero może mnie zaboleć. Teraz dokładnie widzę ile czasu pozwalał mi zaoszczędzić rower. No ale cóż, nie mam chyba innego wyjścia. Zresztą zima w Polsce trwa zaledwie pół roku więc jakoś to zleci 😉

Tak więc jak widać przeżywam teraz małą kumulację zdrowotnych komplikacji ale walczę. Jako, że złego diabli nie biorą to chyba mogę spać spokojnie.