O wszystkimOpinie

Inwazja superbohaterów

dodany przezKamil Timoszuk 16 maja 2017 2 komentarze

Narobiło się ostatnio tych bohaterów co nie miara. Dokładniej rzecz biorąc to filmów opowiadających o suberbohaterach. Dawno nie było już takiego okresu, gdzie co chwilę wchodził film o tej tematyce. Z różnym skutkiem.

Nie jest żadną tajemnicą, że od kilku już dobrych lat lubię wypady do kina, aby obejrzeć na wielkim ekranie jakąś wielką rozpierduchę. Jeden wielki pokaz efektów specjalnych, do którego dorobiona jest w różny sposób jakaś historia. Opowieść, która czasami kupy się trzyma, a czasami nie. A właśnie do tego sprowadza się wiele (większość?) filmów o superbohaterach. Ostatnio nawet zastanawiałem się nad tym, czy warto takie filmy opisywać tutaj na blogu. Bo chwilami mam wrażenie, jakbym pisał za każdym razem prawie o tym samym. A po co męczyć się macie wy przy czytaniu i ja przy pisaniu? Dlatego dziś napiszę i połączę je w pewien telegraficzny skrót z jednym filmem, który według mnie zasługuje na to. Kto więc wypadł poza ten wyjątek?

Na pewno znalazł się tam „Kong. Wyspa Czaszki”. Jest to nie mniej nie więcej, ale kolejna odsłona opowieści o kultowym King Kongu. Mitycznym zwierzu/stworze, który w moim przekonaniu, przez długi czas był tym „złym”, którego trzeba unicestwić. Jak jednak uświadomiła mi ta najnowsza część, jest zupełnie odwrotnie. Długimi chwilami tego filmu, trzymałem kciuki za Konga aby powybijał ludzi, którzy władowali się bez zaproszenia na jego wyspę. Niestety trzeba jednak przyznać, że przy całym potencjale jaki niesie za sobą ta historia, to niestety sam film jej nie sprostał. Dlaczego? Dlatego, że po prostu jest on nudny. Zbyt wiele przestojów oraz zbyt płaskie i nic nie wnoszące do produkcji postaci, nie są w stanie być zamaskowane, przez całkiem fajne sceny walki oparte na dobrych efektach specjalnych. Film zawiera kilka scen, które warto było zobaczyć na dużym ekranie, ale nic poza tym. Dlatego też niespecjalnie czekam na kolejną odsłonę tego dzieła, która za jakiś czas na pewno nastąpi. Można to śmiało wywnioskować z drugiego zakończenia zawartego w tym filmie.

Drugim filmem jaki dziś przelecę po łebkach, to kinowa wersja kultowego serialu lat 90-tych czyli „Power Rangers”. Kiedy mówiłem znajomym, że wybieram się na coś takiego to większość z nich pukała się w głowę, albo patrzyła na mnie z wymownym politowaniem. I wiecie co? Ja się im wcale nie dziwię 🙂 Ja nawet siedząc już w kinowej sali nie byłem przekonany, że dobrze robię, a tym bardziej, że skazałem na ten seans bogu ducha winną koleżankę 😀 Teraz już wiem, że to pewnego rodzaju cud, że się do mnie jeszcze odzywa 😉 Nie wiem co mnie podkusiło aby iść na film o dzieciakach, którzy z jednej strony zostali wybrani na obrońców Ziemi, a z drugiej zostali skazani na latanie w kolorowych ciuszkach. Patrząc wstecz, naprawdę nie wiem co mnie skłoniło aby wybrać się na tę produkcję. Najpewniej chyba mój silny sentyment do lat 90-tych, czyli moich lat młodzieńczych. Jednak nawet ten sentyment nie jest na tyle silny aby zabić poczucie zmarnowanego czasu w kinie. Jedyna scena na jaką autentycznie się ucieszyłem, był to początkowy moment kiedy wszyscy Rangersi łączyli się w jednego robota. Tylko tyle. Koniec historii. Na szczęście tego filmu w większości kin już nie ma, a więc jesteście bezpieczni i raczej na niego nie traficie.

Znalezienie się tego filmu w tym zestawieniu może kilku z was dziwić, ale z mojego punktu widzenia, to się po prostu trzyma kupy. Bo czy postaci z serii „Szybcy i Wściekli” nie są od kilku już dobrych części bardziej superbohaterami, aniżeli realnymi postaciami? W ósmej części tego filmowego tasiemca, nic się bowiem nie zmienia. Ciągle jest dużo, głośno oraz szybko. Napakowani panowie i piękne kobiety za kierownicami luksusowych bryczek pomykający gdzieś po świecie w imię „wyższej idei”, że tak powiem. W tej części nawet sam główny bohater grany przez Vina Diesela, jest jedną z tych opowieści, która będzie wyróżniać ten film od jego poprzedników. Dzieje się tak za sprawą tego, że z kilku powodów, odwraca się on od swoich przyjaciół i rodziny i działa na ich szkodę. Dalej jednak nie można było się ustrzec absurdów logicznych czy przekoloryzowania wielu sytuacji. No chyba, że dla kogoś ściganie się samochodów z łodzią podwodną, czy też jazda jednego z bohaterów na drzwiach po lodzie jest czymś normalnym. To w takiej sytuacji sorry. Z drugiej jednak strony, scena w samolocie, kiedy to inny z bohaterów wybija całą załogę, trzymając w ręku nosidełko z dzieckiem po prostu robi robotę. Robotę godną superbohatera z najlepszych filmów Marvela. I pomimo tego, że w tej serii filmów nie zobaczymy już raczej nic nowego lub odkrywczego, to wiem, że ja na pewno na 9 czy 10 odsłonie opowieści o tych superbohaterach na pewno się zjawię. Bo po prostu ją lubię.

Z tego całego nawału filmów na szczęście też były takie, których nie będę chciał jak najszybciej zapomnieć, a wręcz przeciwnie. Takim filmem na pewno będzie „Logan: Wolverine”. To w jakim stylu pożegnano tego bohatera tego uniwersum, powinno być instrukcją dla każdego, kto w przyszłości zabierze się za podobną historię. Ostatnia odsłona opowieści o szalonym naukowcu jest tak klimatyczna, że na tym polu zjada praktycznie całą swoją konkurencję. Jest to też niezbity dowód na to, że w filmie o danym superbohaterze nie trzeba używać niezliczonej ilości efektów specjalnych, wybuchów czy innych ozdobników, aby zaciekawić i przykuć widza do wydarzeń na ekranie. Logan to opowieść o wyniszczonym przez życie mutancie, który swoje lata świetności ma już dawno za sobą. Jednak postanawia on ostatni raz stawić czoła przestępcom wobec wyższej sprawy. Na dodaniu kategorii R czyli filmu dla dorosłych, ta produkcja tylko zyskała, ponieważ główny bohater mógł się prawdziwie wyszaleć siekając swoich przeciwników. Co jednak ciekawe, bardziej brutalne od głównego bohatera były dzieci, które w tym filmie odgrywają bardzo ważną rolę. Świat który jest kreowany na postapokaliptyczną krainę, spina to wszystko w całość i dodaje smaczku wielu scenom. To wszystko natomiast sprawia, że Logan stał się jednym z topowych filmów produkcji Marvela, a sam główny bohater pożegnał się z tą serią z prawdziwą klasą.

Takim też oto sposobem dotarłem dziś do filmu ostatniego w tej wyliczance ale na pewno nie najgorszego. Ba! Powiedziałbym nawet, że jest to jeden z lepszych filmów jakie widziałem ostatnimi czasy. I to nawet nie trzymając się kurczowo superbohaterskiego klimatu. Jednak druga odsłona kapitalnych „Strażników Galaktyki” według mnie świetną robotę nie tylko dla siebie, ale także generalnie dla tego typu kina.

Zanim w kinach pojawił się pierwszy film o tej dziwacznej bandzie, o istnieniu tego komiksu wiedzieli praktycznie tylko najbardziej zagorzali fani Marvela. Jednak pierwszy film to było najlepsza rzecz jaka mogła się stać dla tej produkcji. Cały świat usłyszał wtedy o Star-Lordzie, Rockecie czy też Groocie. Usłyszał i praktycznie w większości zaczął uwielbiać. I być może dlatego przed wypuszczeniem drugiej części tej opowieści, towarzyszyło tak wiele niepokojów dotyczących tego – Czy uda się przeskoczyć przez tak wysoko zawieszoną poprzeczkę? Według mnie udało się to BARDZO sprawnie. Na tyle sprawnie, że można śmiało mówić o tym, że druga odsłona Strażników jest lepsza niż pierwsza. Co się na to składa? W moim odczuciu są to trzy rzeczy – głębia, humor oraz mały Groot.

Głębia bohaterów to coś z czego nie słyną filmy science fiction. Dlatego fajnym odskokiem jest to, co dostajemy w tym temacie w drugiej części. Otrzymujemy bowiem tak rozbudowane charakterologicznie i emocjonalnie postaci, jak to tylko moim zdaniem w takim filmie możliwe. Każdy z bohaterów to coś więcej niż oszołom ganiający z bronią i zarzynający kolejne potwory. Są to żywe postaci mające swoje wady i zalety, humory lub fazy. Odkrywanie kolejnych ich warstw (jak cebula, jakby powiedział Shrek 😉 ) dzieje się czasem kosztem przydługich dialogów. Są one jednak na tyle nieirytujące, że na dłuższą metę w niczym nie przeszkadzają. Są nawet chwilami fajnymi przerywnikami pomiędzy kolejnymi dynamicznymi scenami.

Co by też nie mówić o obu filmach tej serii, to oba one mają bardzo mocny argument w postaci humoru. Humoru, którego w takiej ilości nie znajdziecie w żadnym z innych filmów Marvela, ale chyba też nie tylko. Humoru, który chwilami jest mocno kiczowaty (Pac-Man? David Hasselhoff?), a czasami po prostu suchy. Ale liczba żartów trafionych w punkt, czy też sytuacyjnych, jest niebagatelnie większa, niż tych kompletnie nietrafionych. Naprawdę nie przypominam sobie drugiego tak pozytywnego filmu o tej tematyce. Fajnym zabiegiem jest to, że niemal każda z postaci od czasu do czasu potrafi zarzucić jakimś tekstem, lub sprowokować jakąś zabawną sytuację. Przez to też nie da się odczuć przesytu jakiegoś bohatera, który pełni w filmie rolę typowego błazna. Do tego miana zbliża się chwilami Drax, ale robi to z typowym dla siebie „wyczuciem słonia”, co ma swój niebagatelny urok.

A skoro już o uroku mowa… Jeśli widzieliście pierwszą część tej opowieści to na pewno kojarzycie Groota. Najbardziej niebanalną, a zarazem przez to zapadającą w pamięć postać takiego kina moim zdaniem. Drzewo, które przez cały film mówi tylko jedną kwestię „I am Groot” i gra ją Vin Diesel. Dla osoby, która tego nie widziała pewnie brzmi to jak jakiś paździerz, ale po zobaczeniu tego filmu wszystko staje się jaśniejsze 🙂

W drugiej części Vin po raz kolejny jest drzewem, ale tym razem młodym, a wręcz dziecinnym jeśli można to tak nazwać. Jednak ta postać, to coś czego w tym filmie nie da się po prostu nie lubić. Niemal za każdym jednym razem, kiedy na głównym ekranie pojawia się Baby Groot, u większości widzów na kinowej sali pojawia się po prostu uśmiech. A to jest prawdziwy dar i moc jakiej nie ma żaden z superbohaterów. Co więcej, kojarzycie kota ze Shreka i jego memowo błagalne oczy? Według mnie jest szansa, że Baby Groot jest w stanie przejąć tę działkę świata memów.

Poza tym fabuła tego filmu sprawia, że nawet przeciwnicy naszej zgranej paczki, mają swoje cechy, które składają się na ciekawe charaktery. Świetnym tego przykładem jest Yondu, który dostaje scenę jaką może mu pozazdrościć wielu innych, zarówno pozytywnych jak i negatywnych bohaterów. To wszystko dzieje się w takt rytmów które pozornie kompletnie nie pasują do tej stylistyki kina. Pierwsza część jednak przetarła na tyle szlaki, że tutaj nie było już żadnych obaw, że coś pod tym kątem będzie nie tak. Wiele osób śmiało może traktować ten film jako jeden, długi teledysk.

Tak więc zbierając to wszystko razem dochodzę do wniosku, że to jest film iście uniwersalny. Głównie dlatego, że z jednej strony może on trafić do osób, dla których pozycje Marvela to niemal chleb powszedni. Z drugiej jednak już wiem, że jeśli będę chciał kogoś zachęcić do tego typu kina, to zdecydowanie będę polecał aby zaczął on swoją przygodę właśnie od tej serii. Jest ona na tyle lekkostrawna dla postronnego widza, aby stwierdzić czy ten rodzaj kina komuś podchodzi czy nie. Tak więc jeśli chcecie sprawdzić na własnej skórze to kino, to idźcie śmiało. Ja zdecydowanie wybiorę się raz jeszcze, bo chcę zobaczyć tę kosmiczną opowieść tak jak na to ona zasługuje – na dużym ekranie.

  • Od kiedy science-fiction NIE słynie z głębokich bohaterów? Fakt, trudno tego szukać w superbohaterskim kinie, ale… to właśnie SF jest tym poważniejszym i głębszym odłamem fantastyki! Wystarczy wziąć na tapet choćby „Ex Machinę”, „The Expanse”, czy nawet „Interstellar”… Nawet „Star Trekowi” nie brakuje czasem głębi. Superbohaterowie to tylko mały (choć przez prostotę przekazu najpopularniejszy) odłamek tego gatunku.

    • Oczywiście zgadzam się co do fantastyki. Jednak jak sama zauważyłaś, cytowany przez ciebie fragment odnosił się do filmów w których póki co bogatych bohaterów jak na lekarstwo. Autorzy filmów póki co wolą skupiać się na efektach i wybuchach. Ale jak pokazują te nieliczne wyjątki można inaczej, co daje nadzieję na przyszłość 🙂