O wszystkimOpinie

I śmieszno i straszno

dodany przezKamil Timoszuk 30 maja 2014 0 Komentarzy

Piątkowy wieczór rozpoczynający kolejny weekend, to bardzo dobry czas aby wybrać się samemu, lub też z kimś bliskim do kina. Zawsze jednak pozostaje ten trudny wybór filmu, który często jest powodem wielu kłótni i niezadowolenia jednej ze stron. Dlatego ja dziś postaram się trochę doradzić w tym temacie.

Tak się jakoś złożyło, że w ostatnim czasie miałem sporo wolnych wieczorów, które mniej lub bardziej przypadkowo spędzałem w kinie. Dzięki temu, udało mi się wyrobić swoją własną opinię, na temat wielu produkcji, które są obecnie do zobaczenia w salach kinowych całego kraju. Tak więc, jeśli ktoś nie może się zdecydować na jakiś film, to niech czyta dalej, a być może trochę mu się rozjaśni w głowie w tym temacie.

Sąsiedzi

„Sąsiedzi” to typowa amerykańska komedia, o pewnym konflikcie pokoleń. Konflikt polega na tym, że do spokojnej dzielnicy, gdzie życie nie tyle wolno płynie, co momentami po prostu przymiera, wprowadza się jedno z uniwersyteckich bractw. Już samo to, wydaje się być dobrym tematem na głupawą weekendową komedię. Ale żeby tego było mało, to owe bractwo, wraz ze swoim wodzem na czele, wpada konflikt z mieszkającym tuż obok nich małżeństwem. Małżeństwem, które z jednej strony czuje się trochę znudzone swoim codziennym życiem i chce jakiejś odmiany. Z drugiej jednak kiedy owa odmiana jest im niemal podstawiona pod nos, to okazuje się, że nie jest to takie fajne jak im się wydawało. Ot taka ironia losu. I od tej chwili zaczyna się ich niemal regularna walka o to, aby nowi lokatorzy jak najszybciej się wynieśli. Niby nic odkrywczego pomysłodawca tego filmu nie wymyślił, ale jednak potencjał na fajne kino jakiś był. Oglądając jednak film, muszę niestety stwierdzić, że był i się zmył. Jest to tym bardziej dziwne, że przed pójściem na seans, parę osób mi go polecało i nic nie wskazywało na taki rozwój wydarzeń. A jednak! Niemal przez całą projekcję filmu, nie mogłem pozbyć się tego wkurzającego wrażenia, że „już to gdzieś widziałem”. Poza tym, przez długi czas akcja nie należy do najszybszych, przez co film się niejako dłuży i człowiek momentami czeka tylko na to, aż w końcu coś zacznie się dziać. A gdy nawet już zaczyna to robić, to nie jest to specjalnie śmieszne. Tak więc moja rada przed wyborem tej pozycji w kinie jest taka – jeśli musicie to idźcie. Jednak jeśli macie inną opcję do wyboru, to jest sporo szans na to, że to co wybierzecie w zamian będzie znacznie lepsze.

Godzilla

Moje wyjście na najnowszą „Godzillę” było dla mnie dosyć specyficznym wyjściem. Dlaczego? Ponieważ może trudno w to uwierzyć, ale ta tegoroczna ekranizacja tej serii, jest moim pierwszym filmem z tym potworem w roli głównej jaki mam okazję zobaczyć w swoim życiu. W sumie nie wiem jak to się stało, biorąc pod uwagę moje zamiłowanie do kina, gdzie superbohaterowie latają na lewo i prawo, ale takie są niezaprzeczalne fakty. Nawet ta produkcja z przed chyba już kilkunastu lat, z której pamiętam jedynie fajny teledysk Puffa Daddyego, kiedy to chodził po zniszczonym kinie, jakoś mnie ominęła szerokim łukiem. Idąc na film o tym potworze wiedziałem tylko, że w kulturze dalekiego wschodu czyli przede wszystkim Japonii, Godzilla zajmuje naprawdę ważne miejsce. Jest ona tam chyba na samym czele swoistej hierarchii potworów/superbohaterów popkultury od wielu już lat. I tu muszę też od razu napisać o kolejnym moim dużym zaskoczeniu, polegającym na tym, że ta przerośnięta jaszczurka skrzyżowana z aligatorem i King Kongiem razem, nie występuje w roli atakującego ziemię i żyjących na niej ludzi, a obrońcą naszej rasy! Może to dziwne ale naprawdę o tym nie wiedziałem 🙂 Dlatego już dla samego choćby tego faktu, warto było się wybrać do kina. A czy film obronił się może swoim wykonaniem? Jak dla mnie tak. Zwiastun promujący tę produkcję zapowiadał już to, że film będzie utrzymany w mrocznym klimacie. Czasami jednak autorzy takich zabiegów idą tym samym na łatwiznę, i dzięki temu ukrywają głównych bohaterów, tak aby nie trzeba było włożyć więcej pracy w ich wykończenie. Dokładnie tak jak to było mocno widoczne w Pacific Rim. Tutaj jednak zarówno Godzillę jak i te dziwaczne potwory atakujące ziemian, można było nie raz i nie dwa zobaczyć w całej okazałości. Fakt, że trzeba trochę na to poczekać, ale moim zdaniem można to przypisać do zabiegu o nazwie „budowa napięcia w filmie”. O fabule nie ma co zbytnio pisać bo niemal zawsze jest ona taka sama czyli walka dobra ze złem, gdzie z góry można spokojnie zakładać, która frakcja wygra. Nie przeszkadza to jednak zupełnie aby oglądać z przyjemnością tę mroczną opowieść, do czego mocno zachęcam.

X-Men

„X-Men: Przeszłość, która nadejdzie” to kolejna odsłona cyklu o zmutowanych ludziach, którzy wyróżniają się w społeczeństwie wieloma dziwnymi, jak na nasze ludzkie standardy, umiejętnościami. Siłą tego filmu, jak można było się domyślić już ze zwiastunów, tym razem jest to, że to nie Wolverine jest jego głównym bohaterem. Pomimo tego, że odgrywa on znaczącą rolę dla losów całej opowieści, to tym razem akcja toczy się bardziej dookoła Raven/Mystique. Co też jest bardzo fajne, ludzie którzy nie są specjalnie w temacie bohaterów Marvela, mogą zobaczyć kilka innych postaci z tej serii, które jeszcze nie dorobiły się swoich oddzielnych filmów. Piszę jeszcze, bo wcale bym się nie zdziwił, gdyby parę postaci doczekało się takiego obrotu zdarzeń. Wszystko to dlatego, że Marvel w ostatnim czasie przyznał się do tego, że ma już zaplanowane swoje filmy do… 2028 roku! Nie powiem, żebym się specjalnie martwił z tego powodu 😉 W końcu te małe epilogi, wyświetlane po napisach końcowych każdego z ich filmów, muszą mieć kiedyś jakąś kontynuację 🙂 Wracając jednak jeszcze do tegorocznego X-Men’a, to ten film w moim odczuciu, bardzo fajnie pokazuje i niejako systematyzuje w logiczną całość całą tę serię. Nie dość, że poznajemy za jednym zamachem kilku bohaterów, to do tego dowiadujemy się skąd oni są i dlaczego tacy są. Dla każdego kto śledzi te filmy od początku, jest to spory smaczek. Jednak zarówno fani jak i przypadkowi widzowie mogą spokojnie iść na tę produkcję do kina. W piątkowy czy sobotni wieczór na pewno się nie zawiodą, bo dostaną potężny kawał świetnej rozrywki na wielkim ekranie.

KINÓWKI.pl

Jeśli jednak komuś potrzeba cięższego kina to i w tym temacie mogę coś zaproponować. „Karuzela” to nowy film reżysera Roberta Wichrowskiego. Mnie osobiście do jego obejrzenia zachęciły dwie rzeczy – ciekawy zwiastun oraz osoba Mikołaja Roznerskiego, który niebawem będzie gwiazdą polskiego kina. Dla wielu ludzi przeszkodą nie do przeskoczenia będzie już sam fakt, że jest to polskie kino, które raczej nie cieszy się specjalnym wzięciem w naszym własnym kraju. To też pokazała frekwencja na sali podczas wczorajszego wieczornego seansu, kiedy to oprócz mnie, film oglądała jeszcze 3-osobowa grupka gimnazjalistów i jakaś parka. Trochę słabo. Z drugiej jednak strony czy ten film zasługuje na to aby zobaczyło go większe grono? W kinie raczej chyba nie, ale w domu, jeśli mamy chwilę to nie będzie to stracony w 100% czas jeśli go sobie włączymy. Sam film opowiada o czwórce ludzi powiązanych ze sobą rodzinnie w różny sposób. Efektem tych powiązań są dwie pary z których jedna ma dziecko. I niestety przez większość filmu człowiek czeka na to, aż w końcu akcja nabierze jakiegoś tempa, lub choćby trochę posunie się do przodu. A jako, że idzie to momentami dość opornie, to i nuda chwilami dopada człowieka. Nawet pomimo tego, że w filmie autor starał się przemycić ukradkiem takie wartości jak przyjaźń, miłość oraz honor. To jednak nie ratuje tej produkcji od rychłego zapomnienia. Mogło by jeszcze na pewno uratować to, że akcja potoczyłaby się znacznie szybciej, tak jak w samej końcówce, która jest naprawdę mocna. Ale zaraz kiedy człowiek ma nadzieję, że to właśnie teraz będzie to, co wywoła w nim jakieś większe emocje, to na ekranie pokazują się napisy końcowe. WTF?! Nie tego się spodziewałem i nie na to czekałem. Tak więc jak ktoś ma silną wolę, to niech idzie i sam to zobaczy. A jeśli nie, to niech czeka na kolejne moje teksty ostrzegające poniekąd przed takimi „hitami”.