O wszystkimOdżywianieOpinie

I dziwno i fajno

dodany przezKamil Timoszuk 23 stycznia 2018 0 Komentarzy

Testy produktów to chyba najbardziej blogerska forma tekstu jaką wyhodowali przez wiele ostatnich lat sami twórcy internetowi. Przez wielu jest ona hejtowana tak z zasady. Jednak nie zmienia to faktu, który potwierdzi chyba większość twórców, że to się po prostu klika w internecie.

Idealnym dowodem potwierdzającym taki stan rzeczy są na przykład kanały na YouTube, które zajmują się sprawdzaniem/testowaniem różnego rodzaju produktów. Wiele z nich bije rekordy popularności liczoną w milionach wyświetleń. Dlaczego tak się dzieje? Moim zdaniem powodują to głównie trzy rzeczy. Pierwszą z nich jest ludzka ciekawość i chęć dowiedzenia się, czy dany produkt lub usługa jest warty czasu i pieniędzy. Jest to o tyle ważne, bo możemy czasem przeboleć kupno jakiegoś produktu spożywczego, który okazuje się paskudny. Jednak  wydanie kilkuset złotych na jakiś szajs elektroniczny czy ciuchowy przełknąć może być już trudniej. Dlatego oglądamy lub czytamy takie testy. A dlaczego kierujemy się w stronę jakichś blogerów czy vlogerów? Bo dosyć mocno uogólniając – ufamy im. Na pewno zdecydowanie bardziej ufamy im, aniżeli wielkim portalom internetowym, które teoretycznie robią to samo, choć jak pokazują badania, mają dosyć znacząco niższą wiarygodność w oczach potencjalnych konsumentów.

Tutaj więc powstaje dosyć zasadne według mnie pytanie – czy ufacie mi? Tutaj pewnie zaraz okaże się, że jest tyle opinii co ludzi, ale to jest do przewidzenia. Z drugiej strony z jakiegoś powodu tu jesteście i doczytaliście już ten tekst do tego momentu (brawo WY). Dlatego czas na kilka konkretów. A tym konkretem dziś będzie trochę moich wrażeń na temat zawartości paczki jaka dotarła do mnie ostatnio od IDC Polska. Firmy która zajmuje się dystrybucją produktów różnych marek skierowanych do „pasjonatów sportu”, jak sami o sobie piszą na stronie internetowej. Jeśli jakiś czas temu zresztą mogliście przeczytać TUTAJ tekst o tym jak działają tego typu firmy. Nie wiem czy ten tekst miał jakikolwiek wpływ na to, że odezwał się do mnie ktoś z ich centrali ale takie są fakty. Człowiek odpowiedzialny za kontakt ze mną poprosił o jakieś opinie na temat tego co mi wyślą. A ja nie widząc póki co żadnych przeszkód zgodziłem się. Tak więc do rzeczy.

Woda Jantar Champion

W przesyłce od IDC spodziewałem się różnych rzeczy. Jednak do głowy nigdy by mi nie przyszło, że komuś się będzie chciało wysyłać zwykłą wodę 🙂 Bo co można mądrego napisać o wodzie, która w swoim założeniu jest praktycznie bezsmakowa? Tak się jednak szczęśliwie składa, że mam pewne doświadczenie w tym temacie. Dlaczego? Ponieważ w momencie kiedy zmniejszono mi żołądek kilka lat temu, przez długi czas po operacji woda była praktycznie jedynym płynem jaki przyjmowałem. Dlatego też nieświadomie sprawdziłem pod względem smaku chyba wszystkie możliwe marki wody na rynku. Doszło nawet do tego, że gdyby swego czasu ktoś postawił przede mną 7-10 pustych szklanek, i do każdej z nich nalał inną wodę, to myślę że mógłbym się pokusić o odgadnięcie nazwy każdej z nich 🙂 Dzięki też temu wiem, że ta woda Jantar Champion w moim subiektywnym odczuciu jest po prostu dobra. Dobra pod takim względem, że jest praktycznie bezsmakowa, co nie jest powszechne. Nie pozostawia żadnego posmaku w ustach czego nie można też powiedzieć o wielu innych. Czy nawadnia lub gasi pragnienie lepiej od innych? Ja niczego takiego nie wyczułem. Poza tym mam wrażenie, że coraz więcej osób jest świadomych i zwraca uwagę na zmineralizowanie wody. W przypadku tej ten wskaźnik wynosi 803mg/l. Czy będzie to teraz moja ulubiona woda? Pewnie nie. A to głównie dlatego, że w sklepach spożywczych w jakich bywam jej po prostu nie ma.

Amino Pro BCAA (gruszka/imbir)

Do spróbowania mnie tego specyfiku zachęciła głównie informacja na opakowaniu, która mówiła o zawartości kofeiny. A było to dla mnie o tyle istotne, że piłem to w okolicach 5 nad ranem, kiedy po jakichś 3 godzinach snu jechałem na zawody Battle Of Mokotów w Warszawie. Czy napój ten pomógł mi się rozbudzić? Niespecjalnie. Bardziej budził mnie jego smak, który był połączeniem gruszki i imbiru czyli dwóch niespecjalnie lubianych przeze mnie smaków (ze wskazaniem na gruszkę). Jest on lekko gazowany co można uznać za plus, jak i również to, że w 100ml zawiera on tylko 5 kalorii. Dla osób liczących ten wskaźnik może to być ważna informacja. Czy ja miałbym się ochotę napić tego raz jeszcze? Na pewno nie tego smaku. Jako fan cytrusów sprawdziłbym może limonkę, która jest w ofercie. Jednak z tym może być także problem, bo podobnie jak woda, nie jest on chyba dostępny w miejscach gdzie robię zakupy.

Masło z pieczonych migdałów Maslove

Cała paczka od IDC Polska w głównej mierze składała się z produktów do picia. Dlatego fajnym i trochę zabawnym urozmaiceniem, było dorzucenie tam masła orzechowego od Maslove. W tym przypadku w wersji z pieczonych migdałów. Ten kto śledzi tego bloga lub fanpage ten dobrze wie, że od dawna jest mi znana ta marka. Głównie z racji tego, że jej pomysłodawcą jest człowiek, którego znam kilka już lat z CrossFit Białystok. I dosyć zabawnym wydaje mi się fakt, że dostaję produkt prosto z Podlasia, w paczce gdzieś daleko z Polski, jako nowość 🙂 No stety/niestety ale Maslove już żadną nowością dla mnie nie jest, bo już dawno poznałem się na zajebistości tego produktu 😉 Dokładnie wiem z czego jest on robiony i to, że przy produkcji nie ma odstawianych żadnych wałków. Dlatego używam go regularnie. A jeśli do tego dodam fakt, że lubię wspierać „swoich ludzi”, to naturalnym też jest to, że po prostu wam je polecam bez żadnych oporów.

Kawa rozpuszczalna Angels Touch

Rozpakowując przesyłkę i wyjmując z niej kolejne produkty już na starcie wiedziałem, że z kilkoma będę miał problem. Jedną z takich rzeczy była kawa rozpuszczalna Angels Touch. Dlaczego miałem z nią problem? Głównie dlatego, że ja kawy nie piję pod żadną postacią. Nie lubię jej i generalnie nie potrzebuję. A skoro przez tyle lat udało mi się z tym jakoś żyć, to nawet ten produkt nie skłonił mnie do nawrócenia. Dlatego też dałem go do spróbowania kilku osobom z mojego otoczenia. Te zaś jednomyślnie przyznały, że jest w smaku jest OK ale rewolucji żadnej nie ma. Ja tylko mogę subiektywnie ocenić, że ma fajny orzechowy zapach. Nie wiem czy to będzie dla was w czymkolwiek pomocne ale tak jak ostrzegałem, kawa jest dla mnie jak piwo – może nie istnieć 🙂

Woda kokosowa Dr. CoCo / Protein Water

Zagadka za 100 punktów – który z tych 3 produktów ma w sobie najwięcej kokosa? 😉

Co innego z kokosem i wszelkimi pochodnymi tej rośliny. Kokosa samego w sobie uwielbiam i pod wieloma postaciami spożywam. Odkąd jednak weszła do Polski moda na picie czegoś takiego jak woda kokosowa to mam z nią problem. No po prostu mi nie leży bo w większości przypadków jest to mdły napój, który dla mnie osobiście ciężko przechodzi przez gardło. Nie inaczej było też i z tą wersją od Dr. CoCo. Jednak podobnie jak przy kawie dałem do wypicia ją dla osób, które także lubią kokosa pod różnymi postaciami, ale z wodą jeszcze nie mieli nic wspólnego. Czy po tym zetknięciu zostali jej fanami? Niech opowie o tym Agata, jedna z koleżanek, która ją piła.

Jeśli chodzi o moją opinię co do wody kokosowej to muszę najpierw przyznać, że jestem totalną dziewicą w tym temacie. Nigdy wcześniej nie próbowałam takiego specyfiku, w domu kokosów nie było 😀 Swoje spostrzeżenia podzielę na dwie grupy. To co na zewnątrz i to co w środku. Zatem jeśli chodzi o część wizualną, bardzo przypadła mi do gustu. Jest taka bardzo… kokosowa. Opakowanie estetyczne i przyjemne, również stylowe. Zawartość 500ml czyli w sam raz.

Po szybkim researchu w necie, muszę stwierdzić, że taka woda jest niezwykle popularna, a przy tym ogromnie zdrowa. Źródła podają, że woda kokosowa jest bogata w niezbędne dla organizmu składniki, tj.: magnez, potas, wapń, fosfor oraz witaminy B1, B2, B3, B5, B6 i C (nie wiem czy dokładnie w tej kolejności 😉 Jednak Dr Coco nie wskazuje takiej zawartości na opakowaniu testowanej wody. Przy takim smaku, lepiej jednak aby posiadała te wszystkie wartości 😉

Chodzi o to, że to zupełnie nie mój smak, nie można się na mnie gniewać gdyż nigdy nie byłam fanką wód smakowych. Ja raczej nie będę jej spożywać codziennie.

Tak więc chyba się zgadzamy w tym, że szału nie ma. Założę się jednak, że przynajmniej paru z was czytających ten tekst właśnie myśli sobie teraz – „Co oni pieprzą? Woda kokosowa jest spoko!” I być może dla Ciebie tak drogi czytelniku lub czytelniczko jest. Ja jednak nie wiem co musiało by się stać, aby u mnie mój pogląd się zmienił. Plusem jest jednak to, że Agata też wpadła na genialny pomysł na to jakim kawałkiem owa woda kokosowa mogła by się promować 😉

Na pewno mojego poglądu co do płynnego kokosa nie zmieni też Protein Water. Swoją drogą już w tym pierwszym zdaniu moim zdaniem są dwa przekłamania. Jedno na konsumencki plus, a drugie na minus. Jako korzyść uznałbym fakt, że kupując ten specyfik nie dostajemy zwykłej wody smakowej, a praktycznie shake białkowy. Wszystko za sprawą tego że w jednej butelce znajduje się 20 gram białka. Można by więc uznać, że jest to niezły zamiennik zwykłego białka w proszku, którego jednak już jednak z niczym mieszać. Oprócz samego białka jest tam kilka innych dobroci, które możecie sprawdzić na stronie producenta. Minusem jednak po raz kolejny jest smak tego napoju. Nie wiem jak wam ale zarówno kokos jak i mango teoretycznie kojarzą mi się dobrze. Jednak ten napój ma dwa uderzenia smaku – najpierw chemiczno-kokosowy, który przechodzi w coś jakby kwaśnego co pozostaje w ustach na dłużej. I niestety nie jest to przyjemne. Oprócz mnie potwierdziły to jeszcze dwie osoby, a więc uznaję, że nie mam jakichś zrytych kubków smakowych i coś chyba jest na rzeczy. Z drugiej strony można to potraktować ten napój jak lekarstwo – nie musi być to smaczne, ale ważne aby działało 😉

Baton Whey Brownie i ciastka Konopki

No dobra, było już narzekanie, a więc może warto by trochę napisać coś dobrego? Ale nie dlatego, że tak wypada czy czuję się zobowiązany, ale dlatego, że w tej paczce trafiłem na coś co zdecydowanie przypadło mi do gustu. Tym czymś były ciastka w dwóch postaciach. Pierwszą z nich był baton brownie firmy Dobry Squat (ewidentnie crossfitowa nazwa 😉 ), którego jak piszą sami twórcy największą zaletą jest zawartość białka. Oprócz tego składnika, są tam też daktyle oraz kakao. Co jednak ciekawe, po pierwszym ugryzieniu go miałem nieodparte wrażenie, że nie nie żadne brownie, a najzwyczajniej w świecie piernik. Na szczęście nie żadna tania podróbka, a taki z wyższej półki, niemal od Ojca Tadeusza z toruńskiej zakrystii. Do tego też producent zarzeka się, że do produkcji batonów używa takiego izolatu białka, dzięki któremu nawet osoby uczulone na laktozę nie będą miały z nią problemów. Jako, że ja takich problemów nie mam to nie potwierdzę tego. Za to sam baton ląduje na mojej prywatnej liście tego typu przekąsek, które w miarę dostępności może jeszcze kiedyś pojawią się w jadłospisie. Nie jest to może szczyt tej listy ale brakuje mu do niego stosunkowo niewiele 🙂

 

Ciastka Konopki to nic innego jak ciastka owsiane, które wiele osób starających się trzymać czystą michę, samodzielnie robi w domu. To nie jest jednak w żaden sposób żaden zarzut w ich stronę. Wręcz przeciwnie, bo będąc głodnym po spędzeniu całego dnia w CrossFit Mokotów, u mnie weszły w drodze powrotnej jak złe 😉 Ich plusem na pewno jest to, że nie są mdłe oraz wysuszone na wiór, przez co jedząc je nie ma się wrażenia jakby się jadło sieczkę z dodatkami. A to już coś, i to nawet nawet całkiem duże coś. Szkoda tylko, że po zapowiedziach zawartości konopi w tych wypiekach, nie da się tego później odczuć na sobie. Nie następują przez to żadne odloty, żadne halucynacje, po prostu nic… Trochę smuteczek 😉

Łyk zdrowia i Pan Jałowiec

Jako, że zacząłem dzisiejszy tekst od czegoś płynnego, tak i też skończę. Skończę jednak czymś znacznie ciekawszym i zdecydowanie smaczniejszym niż woda. O Łyku Zdrowia dowiedziałem się i czytałem już jakiś czas temu, ponieważ gdzieś w internecie kilka razy przewinęła mi się jego reklama. Pisząc w skrócie jest to zawarta w małej butelce (50ml) bomba witaminowa. Mi trafiła się taka sporządzona z cytryny, imbiru oraz miodu czyli coś w moim guście. Specyfik ten nie zawiera żadnego cukru ani konserwantów, ale producent ostrzega jednak przed mocnym smakiem. I cholera, rzeczywiście ma rację, bo ten niepozorny mix daje kopa. W pierwszej chwili chciałem go wziąć „na raz” ale ciekawość jego smaku wygrała i wziąłem mniejszy łyk. I rzeczywiście jest strzał każdego smaku z tych składników. I nawet jeśli dodacie taką mieszankę do herbaty w ogromnym kubku, to i tak będzie ona w nim dominująca. Trzeba też sobie jednak odpowiedzieć na pytanie czy 63 złote za 9 takich buteleczek to cena warta rozważenia. Decyzję zostawiam wam.

W przeciwieństwie do chyba najlepszej rzeczy jaką IDC Polska podesłało mi do sprawdzenia. Tym czymś jest napój o fajnej nazwie Pan Jałowiec z żurawiną. Widząc tę butelkę po raz pierwszy, byłem przekonany, że to jakaś pochodna piwa. Tym bardziej, że już na samej butelce producent pisze o zawartości jako „napoju gazowanym z owocami jałowca i szyszkami chmielu”. Jak dla osoby, która podobnie jak kawy piwa nie tyle nie pije co wręcz nie znosi, nie było to specjalnie zachęcające. Jednak z czystego obowiązku i ludzkiej przyzwoitości spróbowałem tego i nie owijając w bawełnę… jestem zachwycony! Jakie to jest cholernie dobre! Nie wiem czy tylko ja tak miałem, ale ewidentnie smak tego napoju ma wiele płaszczyzn i każda z nich jest ciekawa. Sam w sobie Pan Jałowiec jest słodki, a może bardziej słodkawy. Jednak nie w takim stopniu jak na przykład Coca Cola, która zrywa beret już od pierwszego strzału gazu, cukru i reszty chemii. Tutaj wszystko jest jakby bardziej stonowane, ale przez to i przyjemniejsze. Napój nie zawiera alkoholu, a zawartość cukru jest na przyzwoitym poziomie i wynosi 9g na 100ml. To daje niecałe 150 kalorii na butelkę czyli znośnie.

Problem z Panem Jałowcem polega na tym, że pije się go aż za dobrze! 🙂 Pierwotnie planowałem zrobić tak, że jedną butelkę wypiję podczas pisania tego tekstu, a drugą dam komuś do sprawdzenia i porównania naszych odczuć. Niestety jednak nie było takiej opcji i w ciągu dwóch wieczorów sam wciągnąłem obydwie butelki. Sorry, taka sytuacja 😉 I tu pojawia się ten sam problem co w przypadku paru innych produktów z tej listy, a mianowicie jego dostępność. Może ja niedokładnie rozglądam się po sklepach, może jest to dostępne tylko w jakichś wybranych miejscach, ale kompletnie takiego napoju nie kojarzę ze sklepowych półek. A szkoda, bo ewidentnie od czasu do czasu bym go ewidentnie wciągnął. Do czego i was zdecydowanie zachęcam bo jak dla mnie to po prostu hit tej paczki.

Pomimo tego, że wszystkie wymienione produkty są trudno dostępne w sklepach stacjonarnych, to jeśli jesteście zainteresowani możecie udać się pod adres LegalneProdukty.pl i tam coś nabyć w ramach testu.