fbpx
O wszystkim

Gorzej było i klaskali

dodany przezKamil Timoszuk 24 września 2019 0 Komentarzy

Nie ma to jak być pełnym skrajności. I to od kilku już dobrych lat. Z jednej strony być mentalnym przeciwnikiem biegania, a z drugiej robić to stosunkowo regularnie. Co więcej – robić to z nieskrywaną specjalnie przyjemnością. Tak właśnie działam ja.

Jest pewien „wieszcz narodowy”, który już od dawna śpiewa pieśń, która idealnie oddaje moją sytuację w której się znalazłem ze swoim bieganiem. Już pierwsze słowa tego niewątpliwie podniosłego utworu lirycznego trafiają w punkt, bo brzmią one „jak do tego doszło nie wiem…” 😉 I serio, nie wiem kiedy to się stało, że gdy widzę że ruszyły zapisy do kolejnych imprez biegowych w Białymstoku, to nie zastanawiam się czy w ogóle pobiec, tylko bardziej nad tym czy nie mam innych planów na ten termin. A nawet jeśli mam, to zawsze przecież można je zmienić, prawda?

Zdjęcia z poczynań biegowych autorstwa nieocenionej Joanny Szubzdy z Radia Białystok

Ubiegły 2018 rok był tym rokiem, kiedy przebiegłem najwięcej w swoim życiu kilometrów w oficjalnych imprezach biegowych. To też sprawiło, że zaraz po przebiegnięciu ostatnich 10 kilometrów w ramach białostockiej Szybkiej Dychy, zapisałem się na półmaraton. Nie wiedząc jeszcze wtedy tak naprawdę z czym to się je. Dowiedziałem się jednak już na początku roku, kiedy udało mi się ukończyć swój pierwszy półmaraton. Popełniłem wtedy nawet tekst na jego temat. Czy planuję powtórkę z tego typu rozrywki? Nie wiem. Jak sobie przypomnę te mieszane uczucia zaraz po przekroczeniu linii mety, to nie wiem czy chciałbym do tego wracać. Z drugiej jednak strony dzięki temu biegowi, zakiełkował mi gdzieś w głowie pomysł na pełny maraton. To jednak na chwilę obecną bardzo odległa historia.

Jeśli kiedyś na poważnie zacznę rozważać pomysł ukończenia biegu na królewskim dystansie, to zdecydowanie muszę zacząć biegać regularnie. Nie chcę być jak masa ludzi, którzy zapisują się na taki dystans, a później praktycznie idą na długi kilkugodzinny spacer. Na końcu zaś otrzymują taki sam medal jak wszyscy ci prawdziwi biegacze, którzy skrupulatnie szykowali się czasami miesiącami czy nawet latami do podjęcia takiego wyzwania. Ja jednak jestem ze szkoły która mówi, że #AlboGruboAlboWcale. Póki co, to wszystko jednak tylko bardziej sfera marzeń, aniżeli realnych planów. Dlatego warto zejść na ziemię i zobaczyć w jakim się jest realnym punkcie z tym nieszczęsnym bieganiem.

W tym roku tak się złożyło, że podczas 9 edycji Białystok Biega mogłem wziąć udział zarówno na dystansie Nocnej Piątki jak i też Szybkiej Dychy. Jak więc pomyślałem, tak też i zrobiłem. W oczekiwaniu na imprezę udało mi się też namówić (bez stosunkowo dużych trudności) jeszcze kilka osób aby mi w tym potowarzyszyły. Bo jak powszechnie wiadomo „skoro masz robić głupie rzeczy, to przynajmniej rób je w dobrym towarzystwie” 😉 No i tak wyszło, że w sobotni wieczór stawiliśmy się we czwórkę na linii startu do Nocnej Piątki. W tym roku niestety wszystko wskazuje na to, że lato zawinie się z naszego kraju znacznie wcześniej niż przed 12 miesiącami, a tego wieczora było to czuć ewidentnie. To też pokazało jakim „pro biegaczem” jestem, kiedy stanąłem przed wyborem ubrania do biegania w takich warunkach. Z prędkością światła trafił mnie odwieczny problem, który mają przeważnie kobiety, a mianowicie „nie mam co na siebie włożyć” 😀 Serio, przez tych parę lat kiedy bieganie mimowolnie pojawiło się w moim życiu, nie dorobiłem się praktycznie żadnych ciuchów do tego przeznaczonych. I tu się pojawia mała podpowiedź do producentów lub dystrybutorów tego typu odzieży – jest taki jeden bloger do zagospodarowania w tym temacie… 😉 A tak całkiem serio, to już po rozgrzewce przed startem, że pomimo stosunkowo niskiej temperatury tego wieczora, nałożenie zwykłej koszulki i do tego bawełnianej bluzy z kapturem było jednak przesadą. Przegięciem, które czułem praktycznie od pierwszych kroków. Skończyłem zaś z mokrymi ciuchami, które po przebiegnięciu linii mety skutkowały tym, że bardzo szybko zrobiło mi się zimno. Jedynie czas poprawiony o prawie 3 minuty w stosunku do roku ubiegłego trochę mnie rozgrzał. Był to też dowód na to, że nie biegając specjalnie regularnie, wystarczy zrzucić kilkanaście kilogramów i bieganie jakby staje się przyjemniejsze 😉

Niecałe 12 godzin później, trzeba było ustawić się na starcie do dwa raz dłuższego dystansu czyli Szybkiej Dychy. Swoją drogą to jeszcze jakiś czas temu nazwa tego biegu brzmiała dla mnie jak eufemizm. I w sumie niewiele się od tego czasu zmieniło 🙂 No ale skoro już się zdecydowałem to trzeba było zasuwać. Tym razem nauczony doświadczeniem, ubrany trochę lżej niż podczas wieczornych pląsów. I pod tym kątem tym razem trafiłem w dziesiątkę. Pochmurna pogoda sprzyjała tego dnia biegaczom, którzy przemierzyli miasto w swoim tempie. Na trasie udało mi się nawet spotkać paru znajomych, których nie widziałem już daaawno 🙂 Jak widać więc – bieganie zbliża ludzi 😉 W tym miejscu też ślę pozdrowienia dla trzech nieznajomych, którzy podczas biegu podbiegali do mnie i z własnej nieprzymuszonej woli chwalili tego bloga. Było to tak samo miłe co i zaskakujące, dlatego tym bardziej sorry, jeśli nie odpowiedziałem nic konstruktywnego. Ja podczas biegania jestem zdecydowanie mało kontaktowy. Tym bardziej, że tegoroczny dystans 10 kilometrów mnie na swój sposób zaskoczył. Głównie dlatego, że nie spodziewałem się tego, że zwykłe 5 kilometrów 12 godzin wcześniej, może mieć taki wpływ na 10 kilometrów dnia następnego. Mam tu na myśli to zjawisko, kiedy „nogi nie niosą”, a cały czujesz się jak wóz z węglem. Żeby tego było mało, to na trasie trzykrotnie musiałem się zatrzymać i zawiązywać od nowa buty, które też niespecjalnie chciały współpracować. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w swojej „biegowej karierze” ale miało swoje skutki. Tymi skutkami było zejście z końcowego czasu o 4 minuty w stosunku do 2018 roku, ale nie złamanie po raz pierwszy w życiu godziny na 10 kilometrów. Przez to też jest i niedosyt.

Jak jednak głosi tytułowe hasło – „gorzej było i klaskali” 😉 Jednym słowem nie ma co narzekać, skoro bez specjalnych przygotowań czy treningów pod bieganie i tak udało się zrobić to lepiej niż 12 miesięcy wcześniej. Co fajniejsze udało się to zrobić w gronie wyjątkowych osób ze swoją dziewczyną, dla której był to 10-kilometrowy debiut, na czele. Tak więc ten czas i te doświadczenie to najlepsza nagroda tak spędzonego wrześniowego czasu. A cała reszta czyli rekordy i czasy czyli osiągnięciami, które tak naprawdę nikogo nie obchodzą, to tylko dodatek. I wydaje mi się, że to jest najzdrowsze podejście do tematu biegania. Podejście które u mnie na przestrzeni lat ewoluuje. Czy w dobrą stronę? Mi to pasuje, a więc raczej tak. Czy planuję jeszcze jakieś starty biegowe? Maraton pozostaje póki co w sferze marzeń, a cała reszta będzie zwykłym spontanem do którego każdego zachęcam. Bez względu na to czy lubi ten rodzaj aktywności. Czasem warto jest się postawić w sytuacji tak samo nowej, co czasem i niekomfortowej. Po to aby móc skolekcjonować jakieś nowe wrażenia i doświadczenia, które znowu zafundowała Fundacja Białystok Biega 😉