fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Głośno, zimno i do domu daleko…

dodany przezKamil Timoszuk 27 kwietnia 2017 0 Komentarzy

Warszawa da się lubić. Podobno. Ja od wielu lat staram się w to nie tyle uwierzyć, co sprawdzić i się przekonać. Gdyby było inaczej, to bym tam nie jeździł tak często jak w ostatnim czasie. A jeśli przy okazji moich wyjazdów bywam czasami na jakiejś fajnej imprezie, to służy tylko na plus tego miasta.

Jednym z tych miejsc, które stara się regularnie organizować ogólnopolskie zawody, już od dłuższego czasu jest CrossFit Ursus. Box położony na zachodnim krańcu Warszawy, jest autorem w dalszym ciągu nowatorskiego projektu o nazwie Activplast No Limit Duel League. Jego nowatorskość polega w głównej mierze na systemie w jakim rozgrywane są te zawody. System pojedynków jeden na jednego, zaczerpnięty z zawodów strzeleckich, może się wydawać pomysłem, nomen omen chybionym, ale tylko pozornie. Zarówno dla osób startujących, jak i oglądających to z boku, takie rozwiązanie może mieć sporo zalet. Aczkolwiek po ostatniej edycji wydaje się, że jest potrzeba pewnych zmian. O tym jednak później.

Activplast No Limit Duel League to cykliczna dwudniowa impreza, odbywająca się przeważnie w CrossFit Ursus. Jednak finałowe rozgrywki z ostatniego weekendu, miały trochę inny przebieg. Wszystko to za sprawą mariażu NLDL z Orlen Warsaw Marathon, który także nawiedził stolicę w ostatnią niedzielę. Dokładniej rzecz biorąc z imprezą towarzyszącą maratonowi czyli Orlen Warsaw Games. Co to takiego? W dużym skrócie był to piknik sportowy na warszawskiej Agrykoli, gdzie w jednym miejscu zebrano wiele dyscyplin sportowych, które miały okazję zaprezentować się z jak najlepszej strony. Wśród nich znalazły się między innymi wszelkiej maści konkurencje lekkoatletyczne, bieganie, koszykówka, CrossFit, jazda na deskach różnego typu czy też… rzucanie gumiakiem 😉 I można się z tego śmiać, ale pewnie dla wielu ludzi takim samym absurdem jest CrossFit 🙂

GALERIA ZDJĘĆ Z PIERWSZEGO DNIA NLDL 2.3

Inną sprawą jest to, że planowanie imprez sportowych na świeżym powietrzu w Polsce w połowie kwietnia, to dość ryzykowne przedsięwzięcie. Nigdy wtedy nie wiadomo co się akurat trafi – czy słońce czy deszcz, czy temperatura bardziej wakacyjna czy może feryjna. Jak mocno było to karkołomne, pokazała chociażby noc przed zawodami, która w takim Białymstoku podczas mojego porannego wyjazdu przyniosła taką ulewę, jaką się rzadko widzi nawet latem. W Warszawie zaś w tym samym czasie, opadom deszczu towarzyszył tez potężny wiatr oraz opady gradu. Jak sobie przypomnę to, że jeszcze trochę ponad dwa tygodnie temu, podczas zawodów 3City Box Battle można się było niemal opalać, to uzmysławiam sobie jak bardzo prawdziwe jest powiedzenie „Kwiecień plecień bo przeplata, trochę zimy, trochę lata”. Podczas weekendowych zmagań pierwszego dnia NLDL niestety bliżej było do tej zimniejszej pory roku.

Jedną z największych zmian w stosunku do poprzednich edycji NLDL, było wprowadzenie dwóch kategorii – Beginners oraz Open. Do tej pory każdy kto przyjeżdżał na tak zwane fajty, startował w jednej kategorii ze wszystkimi. Z tej stawki była tylko automatycznie wydzielana klasyfikacja Masters oraz boxowa. Tym razem początkujące osoby mogły być raczej pewne tego, że nie przyjdzie im zmierzyć się w walce z kimś kto ma już bogate, jak na polskie warunki, doświadczenie. Przez to też jednak impreza zwiększyła się, że tak to nazwę objętościowo, a dokładniej rzecz biorąc czasowo. Czy to dobrze? Ja osobiście uważam, że nie. Sądząc po rozmowach z innymi ludźmi przebywającymi czy to na Agrykoli, czy to drugiego dnia w Ursusie, odczucia są także podobne.

Pierwszego dnia jednak ten fakt nie był tak bardzo mocno odczuwalny, ponieważ jeśli ktoś szukał dodatkowych rozrywek niż same zawody, to gdzie się nie obejrzał i poszedł, to miał coś ciekawego. Mnie na przykład oprócz samych crossfitowych zawodów, ciekawił turniej koszykarski oraz towarzyszący mu pokaz umiejętności Lipka. Dokładniej rzecz biorąc Rafała Lipińskiego, który jest wielokrotnym mistrzem świata we wsadach i generalnie uznaną marką w tej specjalności. Wystarczyło tylko kilka chwil i kilka jego próbek umiejętności, aby docenić to co ten człowiek potrafi. A potrafi wiele. Na mnie, czyli na kimś kto z basketem jest już ponad 20 lat i dla kogo Lipek nie jest żadnym nołnejmem zrobiło to wrażenie. Duże wrażenie.

Jako ciekawostkę okołopokazową można było zobaczyć to, że w ramach rozgrzewki Rafał między innymi roluje się lub stosuje ćwiczenia na bosu. Jeszcze kilka dobrych lat temu, takie metody nie były zbyt powszechnie stosowane w tym świecie. Jak jednak widać na załączonym obrazku, wszystko idzie ku lepszemu 😉

Wracając jednak do samych zawodów. Podczas pierwszego dnia NLDL wszyscy mieli do wykonania dwa workouty oraz pojedynek zerowy. Pojedynek, który upoważniał danego zawodnika do wzięcia udziału w niedzielnej części imprezy. Na start obie kategorie otrzymały takie zestawy.

Jednym z minusów organizacji imprezy tego typu na otwartej przestrzeni jest oprócz zimna, także nierówna powierzchnia. Ta którą zastali zawodnicy na Agrykoli najgorsza nie była, choć do ideału jej trochę brakowało. Widać było to po zawodnikach, którzy gdy stanęli w nieodpowiednim miejscu, potrafili niemal tańczyć ze sztangą przy thrusterach. Kiedy poprawili sobie miejsce ten problem automatycznie znikał. Przy workoucie numer dwa, a szczególnie w jego drugiej części, kwestia podłogi była jeszcze ważniejsza.

Pomimo tego, że panował okrutny ziąb, to przez cały czas trwania imprezy przy barierkach odgradzających zawodników od widowni stała grupa kibiców wspierających zawodników. Na finałowe zmagania Activplast No Limit Duel League pofatygował się nawet Kenny prosto z South Park 🙂 Informacja dla wszystkich martwiących się o jego zdrowie – Tym razem przeżył 😉

Ja przyznaję się bez bicia, że pierwszego dnia oprócz samych zawodów, starałem się obejrzeć jak najwięcej imprez na Agrykoli i tym samym NLDL była tylko swoistym dodatkiem. Poza tym, przebywanie dłuższy czas w strefie crossfitowej, groziło dwoma rzeczami – albo mocnym przemarźnięciem, albo ogłuchnięciem. To drugie mogło nastąpić za sprawą tego, że zawody odbywały się tuż przed główną sceną całej imprezy, gdzie co chwila coś się działo. A to następował pokaz tańca lub innego sportu, a to byli witani kolejni celebryci, a to jakiś artysta wydzierał się ze sceny. I to wszystko przy głośnej i nieustającej muzyce. A w przypadku kiedy od siebie swoje rytmy dorzucał jeszcze DJ prowadzący zawody, to na dłuższą metę było to bardzo męczące. Nikt jednak nie obiecywał, że będzie lekko i przyjemnie 😉

GALERIA ZDJĘĆ Z DRUGIEGO DNIA NLDL 2.3

W fajtach zerowych w większości stworzonych par po eliminacjach, wygrywały osoby wyżej rozstawione i to one spotkały się w niedzielny poranek na warszawskim Ursusie. System rozgrywania finałowej części zawodów przez ostatnie edycje, w dużej mierze dzięki sugestiom startujących, uległ małym modyfikacjom. Jedną z głównych była ta, na podstawie której wydłużono pojedynki z jednej do dwóch i trzech minut. W dalszym ciągu utrzymany został element zaskoczenia w postaci losowania pojedynków tuż przed ich startem. Jako, że w pierwszych rundach rywalizacja toczy się do dwóch zwycięstw, to zawodnicy mają prawdziwą okazję aby się zmęczyć. A jeśli ktoś ma jeszcze trochę szczęścia i trafi mu się dogrywka, to pojedynek może trwać bardzo długo i być bardzo męczący. Tak jak to było w jednej z par, kiedy to panowie podczas 8 minut walki łącznie, wykonali prawie 120 burpee box jump.

2 minutowy AMRAP z 30 burpees box jump. A jako że była potrzebna druga dogrywka to panowie w ciągu 8 minut wykonali prawie 120 BBJ.

Opublikowany przez KamilTimoszuk.pl Niedziela, 23 kwietnia 2017

Im bliżej było końca rywalizacji i zapełniania się turniejowych drabinek, tym coraz jaśniejsze stawało się to, kto będzie walczyć o czołowe miejsca. Aby jednak sięgnąć po najwyższy stopień podium trzeba było się zmierzyć z kolejną nowością przyszykowaną przez organizatorów. Jak co edycję, tak i tym razem, na finalistów czekała niespodzianka. We wcześniejszych odsłonach było to chodzenie po linie wzdłuż boxa, peg board czy też skakanie przez ścianę. Tym razem wszystko rozbiło się o skakankę, a dokładniej tak zwane heavy double unders. Widząc przy ogłoszeniu finałowego workoutu to ćwiczenie myślałem, że zawodnicy będą podskakiwać mając przyczepione do siebie jakieś obciążenie w postaci plate’a lub kettla. Nic jednak bardziej mylnego. Tym razem Dominik Górski wraz z ekipą przyszykowali specyficzną skakankę, w postaci liny do wspinania, która w tym przypadku pełniła nietypową funkcję.

Jak pokazała praktyka – nie taki diabeł straszny. Zarówno panie jak i panowie radzili sobie z tym ćwiczeniem całkiem dobrze. Do tego też najlepsi musieli chodzić na rękach czy dźwigać kolejne sztangi w różny sposób. W wyniku tego poznaliśmy laureatów trzeciej finałowej edycji Activplast No Limit Duel League. Podia poszczególnych kategorii wyglądały tak:

Beginners – Kobiety

1. Joanna Nastaj-Leszczyńska (CrossFit Z16)
2. Beata Skupień (Forma Częstochowa)
3. Martyna Radkiewicz (CrossFit Dziki)

Beginners – Mężczyźni

1. Paweł Różniata (Boat City CrossFit)
2. Bartłomiej Caruk (CrossHouse)
3. Damian Krzosek (CF Radom)

Open – Kobiety

1. Agnieszka Borucka (CrossFit ELEKTROMOC)
2. Małgorzata Sadowska (CrossFit Genius)
3. Magdalena Żemek (CrossFit Wilanów)

Open – Mężczyźni

1. Mateusz Słabiak (Formownia)
2. Mariusz Skierski (CrossFit Ursynów)
3. Arkadiusz Radecki (CrossFit Dock)

System fajtów nie ukrywam, że spodobał mi się od pierwszego razu kiedy miałem okazję go zobaczyć na własne oczy. Jednak po ostatniej edycji w której dodano jeszcze jedną kategorię, mam jedno zastrzeżenie. Mianowicie to, że zawody w chwili obecnej są zbyt rozciągnięte w czasie. Co mam tu na myśli? Mianowicie to, że niedzielny event wystartował w okolicach 9:30 rano, a gdy wychodziłem z boxa i była w tym samym czasie robiona fotka grupowa, na zegarku widniała 20:30. 11 długich godzin spędzonych w boxie, może tak samo dać w kość zawodnikom jak i wszystkim tym, którzy by chcieli śledzić tę rywalizację. Jednak jadąc na lotnisko po zawodach, z ust osoby, która mnie odwoziła (dzięki Marcin!) padł ciekawy pomysł skrócenia tego. W jaki sposób? W taki aby w jednym czasie odbywał się nie jeden, a dwa pojedynki. Miejsca w CrossFit Ursus nie brakuje (szczególnie teraz po dodaniu jeszcze jednej sali), sprzętu także, ekipa sędziowska jest, a więc może warto by rozważyć taki pomysł w przyszłości? Oczywiście nie skróci to automatycznie zawodów o połowę do niecałych 6 godzin, ale czysto teoretycznie powinno trochę nadać tempa temu wydarzeniu. A do tego chyba żaden z zawodników nie będzie mieć pretensji o to, że tuż obok jego bezpośredniego rywala stoi jeszcze dwóch innych z drugiej kategorii.

Co by jednak nie mówić to NLDL to jedne z tych zawodów, które warto zobaczyć lub wziąć w nich udział przynajmniej raz. Może ta formula komuś pasować, a komuś nie. Trzeba jej jednak oddać to, że stara się ona wyjść poza utarte już ścieżki, i próbuje wprowadzić coś nowego. Cała druga edycja, nad którą miałem okazję patronować medialnie, daje nadzieje na to, że jeśli nastąpi jej kontynuacja to warto dać jej kredyt zaufania. A szczególnie w przypadku tego, gdy szuka się czegoś niekonwencjonalnego na crossfitowych zawodach.