O wszystkimOpinie

Filmy trzymające się ziemi

dodany przezKamil Timoszuk 13 sierpnia 2017 0 Komentarzy

Długie letnie weekendy większość osób spędza poza domem, na łonie natury i robiąc różne przeważnie przyjemne rzeczy. Ja zaś siedząc przed domem w tym samym czasie i korzystając z pierwszego od dawna dnia, kiedy da się swobodnie oddychać, napiszę wam kilka słów o filmach jakie ostatnio widziałem.

Okres letni to ten czas w roku kiedy producenci filmowi są bardzo płodni jeśli chodzi o wypuszczanie pozycji, które mają się stać potencjalnymi hitami. Bo to właśnie wtedy typowy Kowalski chce iść do kina i zwyczajnie odpocząć lub się po prostu odmóżdżyć. A że przy tym niektóre wytwórnie filmowe zarobią krocie? Tako już właśnie działa. Ja zresztą także ostatnio dołożyłem się do zysku nadspodziewanie wielu produkcji filmowych, jakie weszły na ekrany polskich kin.

Jednak gdy wypisałem sobie na kartce te wszystkie tytuły, to od razu niemal wiedziałem, że nie o każdym z nich będę pisał jakoś specjalnie szeroko. Z jednej strony kilka z nich widziałem już jakiś czas temu. A skoro po takim czasie niewiele zapadło mi z nich w pamięć to znaczy, że chyba nie są warte większej uwagi. Poza tym mamy długi weekend, a więc i tak będzie cudem jeśli ktoś przebrnie przez wszystko co mam dziś do przekazania 🙂 A więc lecimy!

Na start filmy o których według mnie nie ma co pisać za wiele. Gdzie przy jednym z nich wcale się nie zdziwię, jeśli kilka osób się oburzy. Mam tu na myśli produkcję o nazwie „Król Artur: Legenda Miecza”. Reżyser Guy Ritchie zapodaje nam baśniowy obraz z niemal pogranicza Władcy Pierścieni, w którym umieszcza tytułowego Króla Artura. Człowieka który jest ewidentną ikoną angielskiej popkultury. Dzięki sprawnemu montażowi niczym z teledysków lub innym zabiegom artystycznym tę produkcję nie można nazwać złą. Jednak to nie jest film do którego będę jeszcze kiedykolwiek wracał, a więc nie czuję, że zasługuje on na polecenie. Podobnie jak i drugi z pierwszej dwójki czyli najnowsza odsłona Transformers. Tutaj to już kompletnie nie wiem o co chodziło twórcom. Chyba tylko o to aby w jak najkrótszym czasie upchnąć do filmu jak najwięcej efektów specjalnych. Nawet dla mnie czyli dla fana superbohaterów i tego typu kina, to co zobaczyłem w tym filmie to było za dużo. Tak więc jeśli ktoś ma na przykład niedobór kina akcji z efektami, to niech śmiało ogląda – wystarczy mu to na kilkanaście kolejnych miesięcy. Minimum.

Kolejną dwójką jaką bym poniekąd zestawił dziś obok siebie będzie „Baby Driver” oraz „W starym, dobrym stylu”. Pierwszy z nich to opowieść o młodym chłopaku, który pracuje jako kierowca dla pewnego mafioza. Ensel Igort, który wciela się w główną rolę, jest jednak kierowcą specyficznym. Małomówny, skupiony na sobie, swojej robocie i muzyce. Z czasem jednak zostaje też zaciągnięty do akcji, która nie ma prawa się udać. Jeszcze większym niepowodzeniem zaś jest to, że na tym niepowodzeniu oprócz niego mogą ucierpieć bliskie mu osoby. Sam film jest fajnie skonstruowaną opowieścią o tematyce, która już w kinie występowała nie raz. Jednak w tym przypadku szczególnie montaż, który jest dość teledyskowy oraz ścieżka dźwiękowa sprawia, że film ten ogląda się na prawdę świetnie. Na początku tylko miałem pewien zgrzyt śledząc tę akcję, ponieważ główny aktor grający głównego bohatera, dla mnie chyba już na zawsze będzie się kojarzył z filmem „Gwiazd naszych wina”, który nijak ma się do tego co można było zobaczyć tutaj. Wyraziste postaci, szybka akcja i położenie odpowiedniego nacisku na odpowiednie akcenty w wybranych momentach sprawia, że nie czułem podczas seansu, że coś z tym filmem jest nie tak.

Tak samo było podczas sobotniego wypadu do kina na komedię „W starym, dobrym stylu”. Opowieść o trzech mężczyznach, którzy po wielu latach pracy w fabryce dowiadują się, że nie otrzymają należnych im emerytur. Jako, że jednak na głupich nie trafiło, panowie postanawiają odebrać to na co zapracowali, poprzez napad na bank. W rolach głównych wystąpili Morgan Freeman, Michael Caine oraz Alan Arkin. I to trio zdecydowanie daje radę w takiej tematyce. To oni i ich często specyficzne poczucie humoru trzyma ten film. I oczywiście, tego typu komedia nie może być niemal z zasady czymś epickim i czymś do czego się będzie wracać jeszcze wiele razy przez wiele lat. Jednak na sobotni wieczór wpasowała się świetnie.

Na sam koniec zaś zostawiłem sobie dwa filmy, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie zdecydowanie największe wrażenie. Jednak sprawiły to w taki sposób w jaki się tego kompletnie nie spodziewałem. Bo czego można się spodziewać po produkcji typu „Dunkierka” czy też „Spider-Man: Homecoming”? Na pewno nie tego, że zarówno jeden jak i drugi film będzie po prostu… nienachalny. Sam się dziwię, że to piszę. Jednak uważam, że zarówno film przedstawiający kawałek europejskiej historii oraz kolejną odsłonę opowiadania o człowieku pająku, zyskał tylko na tym, że ktoś nie próbował tam robić czegoś na siłę. A nie ma co ukrywać, że obie z tych produkcji były idealnym polem do popisu dla fachowców od efektów specjalnych. Nie tym razem jednak. Ten fakt nabiera jeszcze większego wydźwięku jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Dunkierkę reżyserował Christopher Nolan. Ktoś u kogo jeśli spojrzy się w dorobek filmowy, to śmiało można stwierdzić, że nie idzie tym tropem. Tymczasem jednak czasem warto zejść z wytyczonej wcześniej ścieżki aby stworzyć takie dzieło. Dunkierka to opowieść o wojnie, bohaterstwie, walce, ideach. O czymś co w tamtych czasach było na porządku dziennym. Może też dlatego ten film, pomimo, że pod względem fabuły nie może nikogo specjalnie zaskoczyć, to zostaje jeszcze w głowie na dłuższy czas.

Jedną z głównych tez jaką dostaje młodociany Spider-Man w nowej odsłonie od swojego „przełożonego” w osobie Iron-Mana to ta, aby „trzymał się ziemi”. Jednak te radę wzięli sobie także do serca twórcy tej części z Jonem Watsem i 4 innym scenarzystami na czele. Wszystko bowiem dlatego, że nie odlecieli oni fabularnie, a wrócili bardziej do korzeni czyli tego, że Spider-Man tak naprawdę jest młodym chłopakiem, który poza tym, że ma fajny kostium i chce pomagać ludziom, to jest także chodzącym do szkoły nastolatkiem i kocha się w najładniejszej dziewczynie w szkole. Tom Holland nie wydawał mi się na początku dobrym wyborem jeśli chodzi o odtwórcę postaci człowieka pająka. Seans w kinie przekonał mnie jednak do tego, że udźwignął on tę rolę i to nawet w całkiem zgrabnym stylu. Podobnie jak jego główny antagonista grany przez Michaela Keatona. Tu także nie próbowano się silić na jakiegoś kolejnego supermocarnego przeciwnika, a wystarczył facet z krwi i kości, który tym co robi, chce zapewnić byt swojej rodzinie. A że Pajączek w tym mu zarówno usilnie jak i tez nieświadomie przeszkadza, no to cóż 😉 Zresztą końcówka filmu ze swoistym zwrotem akcji, dopełnia tylko ten obraz świetnego komiksowego kina, które nie zawsze musi być okraszone pierdyliardem wybuchów. Oczywiście, nie oznacza to że w tym filmie tego nie ma. Jednak nie szukając daleko, w takich Transformersach jest tego z 10 razy więcej. I właśnie dlatego ten minimalizm ma tak duży wydźwięk, który ja szczerze i mocno propsuję. Kto jeszcze tego filmu nie widział to szczerze zachęcam.