fbpx
O wszystkimOpinie

Filmy których nie polecam

dodany przezKamil Timoszuk 26 września 2013 0 Komentarzy

Nie mam ostatnio szczęścia. Co podejście to klapa. Czasem aż strach podejmować kolejną próbę aby znowu się nie zawieść. Na szczęście taki stan nie może trwać wiecznie. Poza tym odnosi się on do sfery mojego życia związanej tylko z filmami i wypadami do kina w celu ich obejrzenia.

W ostatnim czasie niestety niemal każde wyjście do kina samemu lub ze znajomymi, kończy się fiaskiem. Fiaskiem w postaci filmu, który daleki jest od moich oczekiwań. Można by się jeszcze zastanawiać czy aby ja nie mam zbyt dużych wymagań ale o to bym się raczej nie podejrzewał. W końcu nie jestem żadnym zblazowanym do szpiku kości i mocno nadętym krytykiem filmowym. Ja jestem tylko zwykłym oglądaczem większości contentu jaki trafia do kin w moim mieście. Czy to jednak moja wina, że autorzy niektórych produkcji nie do końca się chyba przyłożyli do swojej pracy, a teraz inni muszą się męczyć oglądając ich „dzieła”? Ja ostatnio zawiodłem się na czterech filmach.

Wszystko zaczęło się od produkcji zwanej „Elizjum”.

Elizjum

Opowieść z nurtu science fiction, która miała swoisty potencjał w moim mniemaniu. Może nie na to, żeby być jakimś hitem i maszynką do zarabiania milionów zielonych banknotów. Jednak czymś więcej niż wyszło w rzeczywistości być powinno. Tak dla zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Jest to historia o sztucznie zbudowanej planecie, gdzie żyje się niemal jak w raju. Ludzie nie mają problemów, żyją w komfortowych warunkach i co najważniejsze na nic nie chorują. A gdy tylko któremuś z mieszkańców przydarzy się jakiś wirus to w bardzo prosty i przede wszystkim szybki sposób jest on leczony. I to jest całe meritum tego filmu. Ponieważ z ziemi gdzie panuje smród bród i ubóstwo jeden z mieszkańców stara się dostać na wymarzoną planetę. I niby jest dzięki temu jakaś akcja, niby film stara się trzymać napięcie ale za cholerę siedząc w kinie go nie czuć. Jedynym pozytywnym czynnikiem za jaki mogę pochwalić ten film to efekty specjalne w postaci wizualizacji owej cudownej planety. Niektóre ujęcia sprawiają, że samemu chciałoby się na owej planecie zamieszkać. Ale nie ma takiej możliwości aby coś takiego sprawiło, abym o tym filmie mówił dobrze. Szkoda zmarnowanego biletu do kina.

Kolejną moją małą porażką jest film „Jobs”.

Jobs

Kim był Steve Jobs chyba za bardzo tłumaczyć nie trzeba. Wielkim wizjonerem i twórcą potęgi amerykańskiej firmy Apple. Niemal od samego momentu jego śmierci było kwestią czasu kiedy powstanie jego filmowa biografia. Film na który na pewno czekali fani marki Apple, znani ze swego fanatyzmu w stosunku do produktów wypuszczanych przez tę firmę, dla mnie takim wydarzeniem nie był. Ja jestem wierny Androidowi 😉 Bardziej ciekawił mnie fakt jak uda się wcielić w tak ważną rolę dla Ashtona Kutchera, którego ja osobiście bardzo lubię za wiele filmów i seriali. Swoją drogą to właśnie Ashton znał się z tytułowym Jobsem i bardzo lubił, więc ta rola była dla niego bardzo ważna. Czy podołał jej? I tak i nie. Wszystko dlatego, że aktorsko źle nie było ale scenariusz filmu był taki, że nie do końca mógł on rozwinąć swe skrzydła. Co do samego filmu to bardziej moi znajomi niż ja (tak, posiadający iPady i iPhone’y 😉 ) mówili, że zostało pominiętych sporo ważnych faktów w tym filmie. A to już spory minus. A tak poza tym to film ten traktuję chyba tylko bardziej jako ciekawostkę niż coś co można polecać lub nie. Ten kto ma go obejrzeć to na pewno obejrzy, a reszta nic nie traci odpuszczając go sobie.

Trzeci z dzisiejszych filmów to produkcja z którą mam chyba największy kłopot. Wszystko za sprawą bardzo sprzecznych opinii jakie miałem po wyjściu z kina i dopytaniu o wrażenia swoich znajomych.

To jest koniec

„To już jest koniec” to komedia w typowo amerykańskim stylu. I to takim najbardziej dosadnym, bezkompromisowym i walącym żarte między oczy. Pierwszym skojarzeniem jakie przychodzi mi to głowy kiedy chcę odszukać w niej jakiś podobny obraz to zdecydowanie Scary Movie. Z tym, że wtedy była to parodia filmów spod znaku horroru, a tym razem autorzy postanowili się poznęcać nad kinem katastroficznym. O dziwo akcję osadzono w Los Angeles, a nie Nowym Jorku jak to zwykle bywa. Tym razem Wielkie Jabłko dostało chwile wytchnienia i nikt go nie atakuje i niszczy. Za to Los Angeles dopadają jakieś stwory, które wyłażą z powstałej w ziemi dziurze. Dzięki temu grupa znajomych zmuszona jest współdziałać razem będąc uwięziona w jednym z domów. To daje całe pole do popisu dla twórców, którzy starają się rozbawić widza na parę sposobów. Czy to im się udaje? Czasami tak ale nie jest to typ kina, a nawet komedii, który lubię. Ganiający po domu potwór z penisem do kolan i chcący dorwać swoja ofiarę już mnie nie śmieszy tak jak być może to robił parę lat temu. Z drugiej strony ostatnia dobra komedią jaka oglądałem przed To już jest koniec byli Millerowie. I jest duża szansa na to, że to oni postawili mi tak wysoko poprzeczkę, że ten film do niej się nawet nie zbliżył. Oddać mu jednak trzeba to, że po pierwsze to zupełnie inny rodzaj humoru. Po drugie zaś ostatnia scena filmu i powrót najlepszego boysbandu na świecie daje radę 😉 Chciałem tu wrzucić ten fragment ale myślę sobie, że nie będę psuł nikomu zabawy jeśli jednak zdecyduje się na obejrzenie tego. W przeciwieństwie do moich znajomych, którym film bardzo się podobał, dla mnie jest to pozycja z cyklu „do obejrzenia i zapomnienia”.

Na koniec został mały hardcore. Niestety mały bo myślałem, a nawet chyba liczyłem, że ten film da ognia. A z tego ognia ledwo parę iskierek poszło. Chodzi o rodzimą produkcję „W imię…”.

W imie

Opowieść o księdzu, który gdzieś na jakimś bliżej nie określonym wygwizdowiu prowadzi swego rodzaju dom dla trudnej młodzieży. No i tak go prowadzi, że w końcu z jednym z tych podopiecznych zaczynają go łączyć bliższe stosunki. Bardzo bliskie, powiedziałbym nawet bardziej dosadnie, że dogłębne. Jednak ten fakt, może to dziwne ale dla mnie nie jest żadnym zaskoczeniem. Idąc na film wiedziałem jaka jest jego tematyka ale liczyłem, że temat homoseksualizmu w kościele zostanie bardziej rozwinięty. Może to kogoś oburzać ale to żadna tajemnica, że taki temat istnieje ale dla mnie nie. Tak samo jak zresztą jest z alkoholizmem, który także jest poruszany w filmie, hazardem czy na przykład faktem, że księża są częstymi klientami domów publicznych zwanych burdelami. Takie są fakty i to żadna tajemnica. Film jednak jest tak nakręcony jakby miał trzymać w napięciu do momentu, kiedy ksiądz z podopiecznym pójdą ze sobą do łóżka. Żeby jeszcze ten fakt nastąpił w pierwszych 20-30 minutach to OK, ale nie na samym końcu. Bitch please! I w taki właśnie sposób zmarnowano potencjał filmu, który mógł odkryć znacznie więcej kulisów tego szemranego towarzystwa wzajemnej adoracji jakim jest kościół. Jeśli więc ktoś jeszcze liczył, że warto zobaczyć ten film to ja mogę tylko dodać, żeby pozbył się złudzeń.

Tak jak i ja zaczynam to robić w kontekście moich własnych oczekiwań na jakiś naprawdę dobry film na jaki trafię w najbliższym czasie w kinie.