fbpx
O wszystkimOpinie

Filmowy rozstrzał gatunkowy

dodany przezKamil Timoszuk 14 stycznia 2014 0 Komentarzy

Nowy rok wraz z całkiem nowymi doznaniami przyniósł także nowe propozycje filmowe jakie możemy oglądać w naszych kinach. Co w tym jest jeszcze lepsze to fakt, że fani bardzo wielu gatunków znajdą coś dla siebie i nie będą mieli zbyt wielu powodów do narzekań. Bo nowe produkcje filmowe jak na razie są na dobrym poziomie.

W ciągu ostatnich kilkunastu dni nowego roku udało mi się trafić na salę kinową już parokrotnie. O dziwo jak na razie ani razu nie wychodziłem z kina niezadowolony, zniesmaczony czy jeszcze w inny sposób zdegustowany. Nie wiem czy po prostu miałem szczęście czy po prostu dobrych filmów w tej chwili jest pod dostatkiem. A na czym byłem?

Last Vegas

Na pierwszy ogień poszła komedia o wiele mówiącym tytule „Last Vegas”. Już sam fakt pojawienia się na pierwszym planie miasta Las Vegas nasuwa na myśl jednoznaczne skojarzenia. Bo jeśli światowa stolica hazardu i rozpusty to oczywiście musi być szybko, głośno, krzykliwie i generalnie „na bogato”. Najnowsza filmowa wariacja na temat tego miejsca pokazuje też, że może być też w tym odrobina klasy. Ba, nawet jej spora dawka. W głównej mierze dzieje się to za sprawą głównych, podstarzałych bohaterów, którzy wybierają się do tego miasta aby zaznać trochę przyjemności. W role główne wcielili się tacy aktorzy jak Kevin Kline, Morgan Freeman, Robert De Niro oraz Michael Douglas. Mieszanka iście wybuchowa pomimo wieku każdego z panów, którzy już do młodzieniaszków już raczej nie należą 😉 Nie przeszkadza im to jednak ani trochę w tym, aby film oglądało się po prostu znakomicie. Historia opowiadająca o grupie starych przyjaciół, którzy jadą do Vegas aby wyprawić jednemu z podróżników wieczór kawalerski to historia dość wyświechtana przez światowe kino. Jak jednak pokazuje ten film, jeśli jest ona dobrze zaserwowana to nic nie stoi na przeszkodzie aby obejrzeć ją jeszcze raz. Fala gagów, pomyłek i innych sytuacji sprawia, że widz siedzi w kinowym fotelu i się po prostu dobrze bawi. Tak jak bawiłem się ja i do czego was także zachęcam.

Z szalonej współczesnej Ameryki przeskakuję jednak do dawnej Japonii gdzie dzieje się akcja kolejnego z obejrzanych przeze mnie filmów.

47 Ronin

„47 Roninów” to opowieść o japońskich Samurajach, których legenda jest podobno znana i szanowana w tym kraju po dziś dzień. Kiedy oglądałem zwiastun tego filmu to wydawało mi się, że będzie to jedna z tych produkcji gdzie trup ściele się gęsto, krew leje się strumieniami, a zadaniem głównego bohatera będzie cos w rodzaju uratowania świata lub w najgorszym wypadku swojej ukochanej. Jak się okazało w rzeczywistości to nie mogłem mylić się bardziej. Oczywiście nie brakuje w tym filmie scen walki, czarów i tego typu sytuacji. Jednak to jest tylko dodatek do całej reszty, a dokładniej fabuły. Ona zaś skupia się na wydarzeniach mających miejsce w Japonii w tamtych odległych czasach kiedy samurajowie bronili swoich ziem. Jest to opowieść o ich zasadach, honorze i o tym, że to co dla nas jest karą to dal innego człowieka może być nagrodą. Jedna rzecz w tym filmie mnie trochę zastanawia i nie do końca ją rozumiem, a mianowicie wszelkiego rodzaju stworów, potworów czy innych smoków jakie pojawiają się w tej produkcji. Żeby nikt nie zrozumiał mnie źle, ogląda się to naprawdę przyjemnie tylko czasem można było odnieść wrażenie, że niektóre z nich są upchnięte w tym filmie na siłę. Czy więc warto wybrać się na ten film do kina? Myślę, że tak. O ile jednak widząc wcześniej trailer spodziewasz się krwawej jatki co drugą scenę. Wtedy daj sobie spokój albo idź na coś gdzie masz pewność, że właśnie takie sceny zobaczysz.

Biegnij chłopcze biegnij

„Biegnij chłopcze, biegnij” to kolejny film z cyklu w którym nasza rodzima produkcja filmowa czuje się jak ryba w wodzie. Filmów o wojnie, o okresie międzywojennym czy generalnie związanych z tą tematyką mamy już w historii niemal na pęczki. Nie przeszkadza to jednak nikomu aby kręcić kolejne z nich licząc na to, że kogoś to zainteresuje. Czy tak będzie w tym przypadku to nie wiem, ale będąc wczorajszego wieczora w kinie byłem sam ze swoją dziewczyną w pustej sali kinowej. Jak więc widać chyba ta tematyka powoli bo powoli ale jednak się już przejada. Obraz zaserwowany przez reżysera Pepe Danquarta tym razem opowiada małym żydowskim chłopcu, który podczas wojny traci swoich rodziców i musi sam sobie radzić w swojej wędrówce i ucieczce przed Niemcami. Na swojej drodze spotyka wielu ludzi, którzy zarówno mu pomagają jak i czasami są powodem jego nie małych kłopotów. Tak sobie teraz siedzę i zastanawiam się czy polecić komuś ten film czy raczej odradzić. Dochodzę do wniosku, że jest to kino specyficzne, które trzeba chyba naprawdę lubić aby móc w jakimś stopniu wczuć się w film aby go docenić. Mi osobiście parę scen się podobało, a parę bez żalu usunąłbym z tego filmu, bez większej straty dla całości tej produkcji moim zdaniem. Jeśli więc ktoś nie ma przesytu tego typu tematyką filmową to niech idzie na to do kina. Jeśli jednak waha się pomiędzy tym filmem a jakimś innym to jest chyba spora szansa, że ten drugi jest po prostu lepszy.