O wszystkimOpinie

Filmowe wejście w nowy rok

dodany przezKamil Timoszuk 1 stycznia 2018 0 Komentarzy

Czy da się zrobić dobrą polską komedię bez Karolaka, Szyca czy innego Oświecińskiego? No a jak! Wystarczy fajny pomysł i nie robienie niczego na siłę, co jest częstą bolączką polskich produkcji. A gdy to się uda to dalej jest już przeważnie z górki.

Polskiej kinematografii można śmiało zarzucić wiele. Jestem jednak jedną z tych osób, która już od dłuższego czasu świadomie broni rodzimego przemysłu filmowego, bo wie, że jest on w stanie wyprodukować coś godnego uwagi. I to nie tylko od święta.

Po obejrzeniu pierwszy raz zwiastuna do tego filmu, byłem nastawiony do niego dwojako. Z jednej strony odniosłem wrażenie, że ten film może być czymś nowym i nie musi być koniecznie odgrzewanym kotletem. Z drugiej, kilka zawartych tam scen było na tyle kiczowatych, że można było mieć obawy o to, czy aby przypadkiem cała produkcja nie będzie tak samo przaśna. Jednak mając czas w na wyjście do kina postanowiłem, że „Gotowi na wszystko. Exterminator” będzie ostatnim filmem w 2017 roku jaki zobaczę. Teraz już wiem, że była to dobra decyzja, ponieważ zyskałem argument na to, aby przekonywać malkontentów którzy posiadają mózg do polskich filmów.

Tytułowy Extermiantor to nazwa zespołu metalowego, jaki tworzyła piątka głównych bohaterów w ich młodzieńczych czasach. Jednak jak to w życiu bywa, młodzieńcza pasja nie przetrwała próby czasu i zespół zawiesił swoją działalność. Ale do czasu… Do czasu kiedy pani burmistrz, która była w swoich młodzieńczych czasach fanką Extermiantora, wesprzeć go dotacją unijną jeśli tylko zespół się reaktywuje. W całej tej akcji zawarty był jednak haczyk w postaci narzucanego z góry repertuaru jaki zespół miałby grać. W wyniku tego panowie nie dość, że muszą odbudować zaniedbane relacje między sobą, to na dodatek muszą na swój sposób walczyć z „systemem”. O czym więc jest tak naprawdę ten film? Na pewno o szeroko rozumianej męskiej przyjaźni. Do tego też nieodłącznym wątkiem tego filmu jest wierność własnym ideałom i sposoby na radzenie sobie z nimi. O dziwo też, ten film nie jest do końca o muzyce, co może wydawać się niemal oczywiste po zobaczeniu zwiastuna.

z

Obsada aktorska w tym filmie moim zdaniem została dobrana świetnie. Główne role grają tam bowiem Paweł Domagała, Krzysztof Czeczot, Piotr Żurawski czy Piotr Rogucki. Do tego gra tam też Agnieszka Więdłocha z którą niemal każdy film jest lepszy 😉 Każdy z tych aktorów świetnie spisuje się w obsadzonej roli i u żadnego z nich nie widać, że coś jest robione na siłę lub z przymusu. Jest też kilka postaci, które mają swoje pojedyncze sceny, będące prawdziwymi wisienkami na torcie – patrz scena z panem od kiełbasy 😉 Kolejnym plusem tej produkcji to ścieżka dźwiękowa, która dobrze wpasowuje się w małomiejski klimat.

Tak więc jeśli potrzebujecie dobrze rozpocząć ten filmowy rok to ten film powinien to zapewnić. Powinien też sprawić, że nie będziecie wychodzić z kina zażenowani lub z poczuciem zmarnowanego czasu.

Jeśli ktoś jednak nie czuje potrzeby wychodzenia do kina, to siedząc w domowym zaciszu nie musi być skazany na głupawe seriale lecące w tradycyjnej telewizji. Odkąd pojawił się Netflix i jemu podobne platformy VOD, to oglądanie seriali stało się nie tylko prostsze ale i przyjemniejsze. Jedną z takich propozycji do spędzenia czasu niech będzie moje ostatnie odkrycie w postaci „Black Mirror”.

O tym serialu słyszałem już jakiś czas temu, ponieważ polecono mi go na Twitterze gdy zapytałem o jakiś dobry serial w który mogę się wkręcić. Jak się okazało, w jego przypadku to nie jest specjalnie trudne. Serial ogólnie rzecz biorąc opowiada o technologii, która w obecnych czasach ma na nas coraz większy wpływ. Często jednak technologia, która w swoim pierwotnym założeniu miała nam pomagać, bardzo komplikuje nasze i naszych bliskich życie. Dawno już nie miałem tak, że po skończonym odcinku zostawał we mnie swego rodzaju niepokój. Uczucie, które było najlepszym dowodem na to, że zawarte treści w tym serialu to nie jest jakaś wyssana z palca wizja reżysera, a jedynie podkolorowany obraz rzeczywistości która nas otacza. Tu i teraz.

Serial Netflixa jest też o tyle ciekawy i łatwy do oglądania, ponieważ kolejne jego odcinki nie są połączone ze sobą w żaden sposób. Każdy z nich to oddzielna historia mówiąca o odrębnym zagadnieniu. Od minionego piątku seria ta liczy sobie 4 sezony, gdzie każdy składa się z odpowiedniej liczby odcinków – 4, 4, 6, 6. Tak więc jak widać nie jest tego wiele, ale zdecydowanie wystarczy aby zrobić wrażenie i zarazem dać do myślenia.

Określenie „czysty sport” w obecnych czasach brzmi jak typowy oksymoron. Szczególnie jeśli mówimy o sporcie zawodowym za którym stoją wielkie pieniądze i wszystko to co się z nimi wiąże. Jest jednak pewna grupa ludzi, która jeszcze wierzy w to, że wspomaganie w sporcie stoi teraz niemal na porządku dziennym. I aby uświadomić tę grupę radziłbym obejrzeć prawdopodobnie najlepszy dokument Netflixa jaki widziałem w 2017 roku czyli „Ikar”.

Dokument przedstawia historię amatorskiego kolarza Bryana Fogela, który chce na własnej skórze przetestować to jak działa doping w sporcie. Wszystko to zaś nadzoruje z góry Grigory Rodchenkov – dyrektor rosyjskiego laboratorium antydopingowego. Dzięki takiemu zestawieniu film dzieli się niejako na dwie części. Pierwsza z nich pokazuje proces jaki przechodzi Bryan w celu osiągnięcia jak najlepszego wyniku w ważnym dla niego wyścigu. Dokument ukazuje kulisy przyjmowania niedozwolonych środków i to jak pomagają one w budowaniu wyników. Dzięki temu dostajemy też odpowiedź na to, czy doping w sporcie załatwia „wszystko” jak się wielu ludziom wydaje. Dzięki pojawieniu się w filmie Rosjanina, możemy zobaczyć jak bardzo skorumpowany i zepsuty jest system kontroli antydopingowych, nie tylko w Rosji ale także i na całym świecie. Rosja jednak jest tu postawiona za przykład kraju, która w tym temacie ma chyba największe „zasługi” od kilku już dziesięcioleci.

Po obejrzeniu tego niemal dwugodzinnego dokumentu, ostatnia decyzja o wykluczeniu Rosjan z zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pjongczang, wydaje się niemal naturalną koleją rzeczy. Po tym też filmie liczba osób wierzących w to, że czołowi sportowcy na świecie dochodzą do swoich wyników bez wspomagania, może mocno spaść.