CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Falubaz, Falubaz everywhere

dodany przezAgata Wyrwas 3 lutego 2017 2 komentarze

Nigdy wcześniej nie zawędrowałam do województwa lubuskiego. To ta część Polski, o której nigdy nie miałam zielonego (słowo jakże kluczowe) pojęcia. Nie oszukujmy się – przemysł nie kwitnie, turystyka nawet z Chrystusem też nie, winobranie nie jest całoroczne. Zawsze wiedziałam, że to województwo mające dwie stolice. Do jednej z nich – Zielonej Góry zapędziły mnie służbowe obowiązki. Podejścia były aż dwa – stąd możliwość sprawdzenia wszystkich miejscówek – CrossFit Zielona Góra, CrossFit Senshi oraz CrossFit 8k48.

Na pierwszy ogień – oraz powtórny trafiło Senshi. Zwyczajnie, podpasował mi grafik zajęć w dniu mojego przyjazdu. Senshi jest chyba najmniejszym z boxów, w jakim udało mi się być w kraju. Jego wielkość nie ogranicza jego możliwości. Wprost przeciwnie. Przestrzeń zagospodarowana w każdym centymetrze. Na wszystko znalazło się miejsce, łącznie z listwą umożliwiającą pracę nad zwinnością oraz chwytem. Chętnych zachęcam do zobaczenia praktycznego wykorzystania na profilu instagram Rafała Kaszy – jednego z czołowych zawodników biegów przeszkodowych/survival’owych w naszym Kraju, trenującego właśnie w Senshi.

Oprócz rewelacji wiszących nad sufitem, moje zaskoczenie wywołały tabliczki – każdy z uczestników zajęć miał możliwość ze skorzystania z takowej, by zapamiętać swoje wyniki i nie rozwalać magnezji po boxie. Sprytne, poczułam się jakbym znów była dzieckiem i dostała pudełeczko kolorowej kredy  Zajęcia prowadziła oczywiście Aneta – head coach. Już na początku rozmowy połączyły nas zbieżne poglądy dotyczące ostatniej edycji Rodeo. Aneta, podobnie jak ja zrezygnowała ze startu.

Na zajęciach, miałam możliwość pracy nad wybranym, elementem, który chcę poszlifować, w następnej części dwa WODy cichych morderców. Gimnastyka boli, ale o tym dane mi było się przekonać w Senshi ponownie. W ramach walki z własnymi słabościami – a niewątpliwie praca z ciężarem własnym do nich należy, dałam się namówić na kalistenikę. Tak głębokiego uczucia zmęczenia i satysfakcji po treningu dawno nie odczułam. Mimo godziny przekleństw pod nosem, jestem im niezwykle wdzięczna za to doświadczenie. To właśnie u nich po raz pierwszy w życiu zrobiłam Muscle up’a – z pomocą i wsparciem, ale jednak parokrotnie znalazłam się nad drążkiem, dobre dwa metry nad ziemią. Kosmos. Dla mnie to światełko w tunelu – wszystko siedzi w mojej głowie, a może stać się realne. Wystarczy zacząć chcieć. Właśnie w takich gestach Senshi realizuje swoje motto „The Best You Can Be”

Drugim z miejsc, do którego zawitałam w Zielonej był właśnie CrossFit Zielona Góra – pierwszy box w mieście. U nich, z premedytacją wybrałam się na zajęcia weightliftingu, prowadzone przez Przemka Łochowskiego – Trenera kadry makroregionalnej Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, zawodnika, a prywatnie brata jednej z najlepszych sztangistek w Polsce – Joanny Łochowskiej. Być w Zielonej i nie skorzystać z takiej okazji to ogromna strata. Zajęcia mnie nie rozczarowały. Przemek przez całe zajęcia zachowywał pełne zaangażowanie. Zostałam niemalże poprowadzona za rączkę – wytłumaczył mi wszystko od A do Z. Nie spodziewałam się  aż tak serdecznego traktowania.

Sam box, początkowo mnie odrzucił. Obecność siłowni za ścianą, nie do końca przekonywała mnie do niezależności tego miejsca. Obawiałam się przypadkowych ludzi. Po części jednak się pomyliłam. Fakt, obecność kur domowych, narzekających na pracę, męża i dzieci jest wszędzie, chociaż bardziej zrozumiała jest dla mnie na zajęciach fitness niż ciężarach. Niemniej, żaden box nie ma wpływu na swoich podopiecznych w stopniu większym, niż każdy chce na to pozwolić. Przestrzeń jest przyjazna, umiarkowanej wielkości. Co ciekawe, moją uwagę przyparła czarna, kredowa ściana z zapisanymi workoutami. Dla mnie sprawa całkiem motywująca. Po skończonych zajęciach pogadaliśmy chwilę, omawiając moje niedociągnięcia oraz elementy nad którymi powinnam się bardziej skupić. Wyszłam zatem z FTC bogatsza o nowe doświadczenia i cenne wskazówki.

Tydzień później, ponownie zawitałam w lubskiej stolicy. Postanowiłam znaleźć ostatnie z miejsc – 8k48. Wiedziałam, że to spory box, nie spodziewałam się jednak aż tak. Nie powiem, pierwsze wejście robi wrażenie. Mają rozmach! Od momentu wejścia do 8k48, wiem że ponad  800m2 to nie żart. Lubię tego typu miejsca – wysokie, dające poczucie nieograniczonej przestrzeni, stwarzającej warunki dosłownie do wszystkiego. Zostałam zaczarowana. Nawet dla kącik dla dzieciaków i strefę wypoczynku znalazło się miejsce. Bardziej zdziwiło mnie pytanie o kłódkę – szafki są nie zamykane, istnieje możliwość wypożyczenia kłódki. Poczułam się jak w jednej z sieciowych siłowni w warszawie, gdzie na zajęcia chodzi się z własnym alarmem. Co box to obyczaj.

W ramach walki z moimi słabościami, Zielona Góra ze mnie zakpiła – również i tutaj musiałam trafić na zajęcia stricte gimnastyczne. Początkowo poczułam się rozczarowana – liczyłam na solidny zapieprz, nie wkurzanie na samą siebie. Zajęcia przyniosły mi jednak dużo więcej niż oczekiwałam. Jako element techniczny – butterfly pull up wraz z progresją. Nigdy wcześniej nie próbowałam się podciągać w ten sposób, sama z resztą nie wierzyłam, że mi się uda. Prowadzący Zajęcia Radek Humiński, nie dał mi jednak odpuścić. Jestem mu za to wdzięczna. Pierwszy raz w życiu zrobiłam butterfly’a! Niby mała rzecz, a jednak cieszy ogromnie. Jak mawiają step by step. Pozostała część workoutu przyszła ciężko, jednak z niezwykłą motywacją, napędzaną własnym małym zwycięstwem.

Po skończonych zajęciach – dobre następne zajęcia przestałam z Radkiem, popychając zwyczajne pierdoły. Dzięki tej rozmowie, zrozumiałam z jak wielkim zaangażowaniem, a także ryzykiem powstało to miejsce. Box to niesamowita inwestycja, której profity odkładają się w czasie, bądź nie przychodzą w ogóle. Decydując się na miejsce tak ogromne, doskonale wyposażone postawił sobie wysoko poprzeczkę. Czy się udało? Moim zdaniem owszem  Swoje wnioski wysuwam po poczuciu rodzinnej, przyjemnej atmosfery wśród uczestników zajęć. Niby przestrzeń ogromna, a jednak zbliża ludzi.

Długo zbierałam się do napisania tego tekstu, w sposób najbardziej zgodny z moimi odczuciami tej relacji. O CrossFicie w Zielonej Górze mówi się w sposób bardzo dyplomatyczny. Niby wszystko jest w porządku, a jednak czuć, że coś wisi w powietrzu. Nie odczułam tego personalnie w żadnym z miejsc, jednak niechęć pomiędzy miejscami jest raczej zauważalna. Zaskakuje mnie to i dziwi jednocześnie w mieście Falubazu.

Skoro już o Falubazie mowa – myślę, że właśnie od niego powstał pomysł, by pierwszą literą województwa było właśnie F. Nie ważne, jaka jest prawda, moja teoria ma najwięcej sensu w świetle widzianego przeze mnie żużlowego szaleństwa, kto nie był, koniecznie niech sprawdzi!

Na koniec, z praktycznych informacji, spośród boxów zielonogórskich CrossFit 8k45 akceptuje karty Multisport, co niewątpliwie zachęca powrotu w czasie wyjazdów służbowych. W dwóch pozostałych miejscach koszt jednorazowego wejścia to kwota 20pln. Korona z głowy nie spadnie, wąż z kieszeni nie ucieknie.  W przypadku Senshi cieszy mnie także ich aktywność w social mediach. Widać, że ciągle pracują coś się u nich dzieje. W Zielonej i 8k45 jest raczej cisza.  Wszystko co nie żyje aktywnie  w mediach popada w otchłań zapomnienia. Podstawą dzisiejszego funkcjonowania jest społeczna aktywność – nie wiem jak wy, ale ja przy śniadaniu sprawdzam fejsa i zawsze cieszy patrzenie na styranych od rana ale szczęśliwych ludzi.