fbpx
O wszystkimOpinie

Dobre kino po przerwie

dodany przezKamil Timoszuk 6 kwietnia 2014 0 Komentarzy

Brakowało mi tego, zdecydowanie. Wizyty w kinie to dla mnie czas, kiedy mogę się oderwać od życia poza salą kinową i skupić się tylko na tym co mi w danej chwili lata przed oczami. A zdarzają się filmy, gdzie niemal ich sensem jest to, żeby praktycznie non stop coś latało, wybuchało i generalnie robiło zamieszanie.

Jednym z takich filmów jest ten jaki byłem w mijającym już tygodniu.

Kapitan Ameryka

„Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” to kolejna z ekranizacji komiksowej serii Marvela. Już na samym początku opisu tego filmu zderzam się jednak z pewnym problemem. Mianowicie z tym, jak tu opisać film, który dla wielu ludzi może wydawać się tak podobny do całej reszty Batmanów, Supermanów czy innych Iron Manów. Już nie raz musiałem odbyć rozmowę, w której chciałem przekonać drugą stronę, że na takie filmy czasem naprawdę warto chodzić. Dlaczego? Bo oferują one niemal zawsze jeden niezaprzeczalny atut – dobrą zabawę. Nawet dla ludzi, którzy z komiksami Marvela nigdy przenigdy nie mieli nic wspólnego, a samo zjawisko komiksów kojarzą jako dziecinadę. Te filmy czasami potrafią jednak to zmienić. Tym bardziej, jeśli trafia się tak dobra produkcja jak właśnie tegoroczny Kapitan Ameryka. Z tego co zdążyłem już sobie o nim poczytać, to według wielu „fachowców”, ten film to najlepsza ekranizacja komiksowej opowieści w historii. Czy aby na pewno? Ja osobiście tak daleko bym się nie posunął w swojej ocenie. Jednak głownie dlatego, że generalnie nie jestem wielkim fanem postaci Kapitana Ameryki. Wyżej od niego w mojej prywatnej hierarchii stoją tacy super bohaterowie jak Iron Man czy Hulk. Nie zmienia to jednak faktu, że Kapitan obronił się tym co ze sobą zaprezentował.

Fabuła drugiej części dość nierozerwalnie wiąże się z tym, co miało miejsce w części pierwszej. Tytułowy bohater po udanej akcji, zostaje przeniesiony do lat obecnych i to w takich realiach musi się zmagać z nowymi problemami. A tych jak zwykle w opowieściach Marvela nie brakuje, no bo jakże by inaczej 🙂 Tymi są między innymi, ogólnie rzecz ujmując, pewne przekręty rządowe oraz w późniejszym etapie filmu tytułowy przeciwnik czyli Zimowy żołnierz. To sprawia, że akcja filmu dzieje się naprawdę szybko i czasu na nudę podczas oglądania praktycznie nie ma. Dominują tu oczywiście wszelkiego rodzaju walki, pościgi, wybuchy, a to wszystko okraszone jest typowym dla Amerykanów patosem. Na szczęście proporcje tych wszystkich składników zostały dobrane w ten sposób, że widz raczej nie czuje przesytu, a konsumuje tę filmowa produkcję ze smakiem.

Jeśli chciałbym się do czegoś przyczepić to na pewno znalazłbym dwie rzeczy. Pierwsza z nich to efekty 3D, a właściwie ich brak. Chodząc na tego typu filmy, zawsze wychodzę z założenia, że przy takich produkcjach efekty 3D to niemal nieodłączny element. W tym Kapitanie Ameryce jednak autorzy nie za bardzo się postarali i poszli po najmniejszej linii oporu. Tym samym widz, który płaci pełną i wcale nie małą cenę za bilet, dostaje praktycznie to samo co w wersji 2D. Drugim minusem zaś był fakt napisów. Pierwszy raz mi się zdarzyło abym irytował się podczas seansu filmowego na to jak przetłumaczony jest film, albo na to jakie literówki są w napisach. Pomimo, że staram się oglądać filmy nie korzystając z tej formy, to czasami wzrok automatycznie na nie sam zjeżdża. A kiedy tak się działo podczas tego seansu, to moje oczy były ranione co chwila literówkami, jakie się nie zdarzają nawet przy napisach robionych przez „amatorów” i ściąganych z internetu do seriali. Kuriozum był też fakt, że przez długi czas w napisach wyświetlanych do filmu zamiast literki Ś na ekranie w zastępstwie pojawiał się jakiś dziwny znaczek. Tak czy inaczej ten fakt nie był w stanie zmarnować mi dobrej zabawy w kinie podczas oglądania tego filmu do czego i wszystkich niezdecydowanych zachęcam.

Drugim filmem jaki obejrzałem na dużym ekranie po dłuższej przerwie, była zupełnie inna historia.

Nauka spadania

„Nauka spadania” to film, który niemal wszędzie reklamuje się jako komedia. Ja pamiętając, jak przez mgłę ale jednak, trailer tej produkcji, postanowiłem zaryzykować i go obejrzeć. I pomimo, że moim zdaniem to kompletnie nie jest komedia, to naprawdę trafiłem na bardzo fajne kino. Kino, które opowiada o dziwnym spotkaniu 4 ludzi z różnych światów, którzy jednej sylwestrowej nocy chcą popełnić akt tchórzostwa zwany samobójstwem. Jednak akcja toczy się w ten sposób, że owe spotkanie na dachu wieżowca, kończy się zawarciem paktu przez grupę obcych sobie ludzi. Pakt ten ma na celu przełożenie wykonania tegoż samobójstwa do 14 lutego, o ile w życiu bohaterów nic się do tego czasu nie zmieni. Czy się zmienia? To trzeba już zobaczyć samemu. Mi jednak bardzo spodobała się konstrukcja tego filmu, która polega na opowiedzeniu tej samej historii z pozycji każdego z głównych bohaterów z osobna. Pokazanie sytuacji, w których człowiek jest tak bezsilny, że niemal tym samym zmuszony do popełnienia czynu ostatecznego, to bardzo ciekawy materiał. Sceny zabawne mieszają się ze scenami, które z niektórych widzów będą potrafić wycisnąć nawet łzy. Mnie na przykład film ten sprowokował aby pomyśleć przez chwilę, o złych rzeczach jakie działy się w moim życiu wiele lat temu. O tym, że na szczęście nigdy nie posunąłem się do tego, aby uciec od wszelkich problemów w najbardziej tchórzliwy sposób jaki zna tylko człowiek. Lubię jednak, kiedy produkcje filmowe zmuszają mnie do różnego rodzaju przemyśleń. A „Nauka spadania” takim filmem zdecydowanie jest.