fbpx
CrossFitO wszystkim

Dla kogo jest rywalizacja?

dodany przezKamil Timoszuk 5 marca 2015 1 Komentarz

Zawody crossfitowe to prawdziwy temat rzeka. Można o nich opowiadać, pisać lub analizować je na różne sposoby. Rywalizacja podczas takiej imprezy to niby podobna praca jak w większości boxów każdego dnia, ale jednak trochę inaczej. Pytanie więc brzmi – czy aby na pewno taka zabawa jest dla każdego?

Od czasu weekendowych zawodów w Gdańsku minęło już trochę czasu. Jednak to właśnie podczas Cross Baltic Challenge, zrodził się pomysł na temat, który chcę dziś poruszyć. Nawet nie tyle zrodził, co bardziej przypomniał, ponieważ podobne wątpliwości nachodziły mnie już znacznie wcześniej. Pomysł na tekst wracał do mnie niemal za każdym razem, kiedy będąc na jakichś zawodach, obserwowałem pewien typ startujących zawodników. Zanim jednak będę pisał o innych, to może na początek zacznę od siebie.

Moja przygoda z CrossFitem zaczęła się chyba w najbardziej naturalny ze wszystkich możliwych sposobów. Otóż w miejscu gdzie trenowałem na zwykłej siłowni i zaczynałem od kompletnego zera, tworzyła się pewna grupa ludzi, która najpierw CrossFit poznawała, a później mówiąc wprost, jarała się nim jak szalona. Z biegiem czasu, kiedy moja forma i moje umiejętności pozwalały mi dołączyć do tych ludzi, wiedziałem że pewnego dnia będę chciał więcej. Będę chciał się na swój sposób sprawdzić. Na ten moment musiałem jednak trochę poczekać. Najpierw, zarówno ja, jak i bardziej ogarnięte ode mnie osoby, wiedziały że jeszcze nie mam na tyle dużych umiejętności, aby na coś takiego się porywać. Później zaś przeniosłem się do pierwszego na Podlasiu crossfitowego boxa, i to właśnie tam zaliczyłem swój zawodniczy debiut, podczas świetnych wewnętrznych zawodów. Następnie zaś chcąc spróbować się jeszcze raz, tym razem już na arenie ogólnopolskiej, mój wybór padł na łódzkie Gamesy. I uważam, że taka kolejność zawodniczych startów jest jak najbardziej prawidłowa. Dlaczego?

Wewnętrzne zawody w niemal każdym boxie, mają przede wszystkim jedną, ale ogromną przewagę nad wszystkimi innymi zawodami. Tą przewagą jest fakt, że workouty jakie są tam serwowane wszystkim uczestnikom, są wymyślane i przygotowywane przez trenerów, którzy widzą potencjalnych uczestników takich zawodów niemal codziennie. To właśnie ci trenerzy wiedzą co dana grupa osób jest w stanie wykonać podczas danej rywalizacji, a czego jeszcze nie są stanie ogarnąć. To sprawia, że na pierwszym miejscu postawione jest bezpieczeństwo wszystkich zawodników. A skoro jest bezpieczeństwo, to o prawdziwy fun i fajną rywalizację już na prawdę nie trudno. Jadąc natomiast gdzieś w Polskę na jakiekolwiek zawody, nigdy nie wiesz na co trafisz. I to jest w umie OK, bo jest to jeden ze smaczków crossfitowej rywalizacji podczas takich imprez. Jednak jest to w porządku tylko w przypadku osób, których poziom umiejętności predysponuje je do podejmowania prób wykonywania danych workoutów. Schody zaczynają się wtedy, kiedy na takie zawody trafia osoba niemal kompletnie zielona.

W takim przypadku nie jest to problem tylko tej osoby, która zostaje postawiona przed faktem wykonania czegoś, czego po prostu nie jest w stanie zrobić. Jest to także problem na przykład dla organizatorów, którzy nie muszą, ale często starają się w jakiś sposób pomóc takiej osobie. Tylko jak tu pomóc komuś, kto czegoś nie potrafi, a za chwilę ma to robić? W tej chwili przypominam sobie dokładnie dwie sytuacje, w których coś takiego miało miejsce na polskich zawodach. Jeden przykład pochodzi z 3City Cross Games, gdzie dwóch lub trzech bardzo młodych chłopaków, zostało postawionych przed faktem wykonywania workoutu ze sztangą, jaką ledwie co sobie zarzucali na barki. I z jednej strony widać było jak przy niektórych próbach blisko jest kontuzji, a z drugiej za plecami mieli oni tłum znajomych/kolegów/trenerów(?), którzy zachęcali ich do podejmowania wyzwań. Drugim przykładem jest sytuacja z kategorii Open Cross Baltic Challenge, kiedy to kilka zawodniczek już w pierwszym workoucie, nie było w stanie wysnatchować sztangi o wadze 30 kilogramów. Wtedy też organizatorzy niejako zmuszeni byli „wyskalować” im WOD-a, tak aby mogły one go wykonać, ale za cenę tego, że nie będą one klasyfikowane w generalnej klasyfikacji.

I tu pojawia się też pytanie – dlaczego takie osoby w ogóle porywają się na takie zawody? Czy jest to kwestia dużego ego i mniemania o sobie, które jak wiadomo nie tylko w CrossFicie, ale także i w życiu potrafi być zgubne? Gdzie są trenerzy takich osób w chwilach, kiedy podejmują one decyzje o wystartowaniu w takiej imprezie? Nie biorę pod uwagę już sytuacji, w której dany trener widząc aktualny poziom swojego podopiecznego, jeszcze zachęca go i dana osoba idzie na kompletny żywioł. Później zaś zawodnicy łapią kontuzje i często zrażają się do uprawiania jakiegokolwiek sportu, środowisko crossfitowe jeszcze bardziej przypina sobie samo łatkę wariatów, a ogólne środowisko ma polewkę z takich ludzi oglądając ich na YouTube w kolejnych kompilacjach sportowych faili.

Tak więc odpowiadając na tytułowe pytanie, można by powiedzieć, że rywalizacja podczas zawodów jest praktycznie dla każdego. Jednak każde zawody muszą być zdecydowanie dopasowane do poziomu startującego. Jeśli ten warunek nie jest zachowany, to jest to w mojej opinii prosta droga do wielu negatywnych zdarzeń, których tak na prawdę można by w prosty sposób uniknąć. Dlatego też zawody w których istnieją jakiekolwiek wcześniejsze eliminacje, zawsze będą w mojej, i pewnie nie tylko mojej, opinii stały wyżej w hierarchii niż crossfitowe imprezy masowe.