O wszystkim

Deszczowy finisz „półmaratonu”

dodany przezKamil Timoszuk 23 września 2018 0 Komentarzy

Ostatnio chodzi za mną myśl, że jestem najgłupszym biegaczem. Nie najwolniejszym, nie najgorszym ale najgłupszym. Dlaczego? Ponieważ nie znam chyba innego osobnika, który biega i ma w sobie zarazem tyle sprzeczności co ja.

Zacznijmy może właśnie od tego, że nazywanie mnie przez innych, a już tym bardziej przez samego siebie biegaczem, jest grubym nadużyciem. Wielu prawdziwych biegaczy, którzy trenują regularnie, znają się na tym lub choćby interesują mogłoby się w tej chwili obrazić. To nie jest przypadek, że jednym z moich bardziej ulubionych hashtagów jakie używam w swoich social mediach jest #BieganieSsie. Dlaczego tak piszę? No bo kurde ssie i już 🙂

Fakty są jednak takie, że w tym roku nabiegałem się więcej niż prawdopodobnie kiedykolwiek wcześniej. I myślę tu zarówno o zwykłym codziennym bieganiu, jak i tym bardziej oficjalnym w imprezach masowych w Białymstoku. To pierwsze zawdzięczam w dużej mierze miejscu w jakim trenuję czyli CrossFit Białystok. W tym sezonie bieganie było bardzo częstą składową serwowanych treningów, z czego ja się akurat bardzo cieszę. Robię to na tyle mocno, że w pewnym momencie mając nawet na uwadze to, że sam nie znoszę biegać, to zaczęło mnie lekko irytować, kiedy ktoś od momentu zobaczenia na tablicy rozpisanego biegania, zaczynał po prostu jęczeć. Tym bardziej w przypadku, kiedy mówimy tu o bieganiu, że tak to ujmę crossfitowym, czyli przeważnie niezbyt długim i połączonym z innymi rzeczami do zrobienia. A jeśli do tego dodamy jeszcze kwestię tego, że w swoim głównym założeniu to właśnie sam CrossFit ma człowieka przygotowywać na takie wyzwania, to tym bardziej nie rozumiałem narzekań. Ale co kto lubi.

fot. Joanna Szubzda z Radia Białystok

Co śmieszniejsze, ja swojego ostatniego oficjalnego biegania podczas sztafety Ekiden, nie wspominam najlepiej. Pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy w związku z tamtym wydarzeniem, to słońce i lejący się żar z nieba. Bo to nie dystans, dla mnie wtedy rekordowy czyli ponad 7-kilometrowy, był problemem. To te cholerne ponad 30 stopni i duchota sprawiała, że odechciewało się to robić, nawet jeszcze przed startem. Ale skoro powiedziało się A, to trzeba było powiedzieć B. I jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy. Zresztą pisałem już o tym TUTAJ. Wtedy też być może na skutek jakiegoś udaru od tego słońca albo innej pomroczności jasnej, wpadłem na „genialny” pomysł pójścia o krok dalej i zapisania się tego samego dnia na jeszcze dłuży czyli 10-kilometrowy dystans. O czym ja wtedy myślałem? 😉

fot. Joanna Szubzda z Radia Białystok

Tu powstaje też bardziej zasadne pytanie o treści – dlaczego to zrobiłem? Po pierwsze – bo mogłem 🙂 Po drugie zaś chodziło chyba o to, aby po prostu podnieść sobie poprzeczkę i tak zwyczajnie po ludzku sprawdzić się. Czy dam radę, czy nie zrezygnuję z byle powodu, czy nie znajdę jakiejś wymówki aby tego nie dokonać. Na dodatek tak się też jeszcze złożyło, że w ostatnim czasie w moim życiu dzieje się tyle, że czasami nie wiadomo w co ręce włożyć. W efekcie tego termin „Szybkiej Dychy” wypadał akurat na sam koniec kilkunastodniowego maratonu zawodowego, a więc była to typowa truskawka na torcie 😉 Nikt jednak nie obiecywał że będzie łatwo. Bardziej chodzi mi o fakt, że w ostatnim okresie nawet brakuje mi trochę czasu na bardzo regularne trenowanie w boxie, a co dopiero mówić o jakichś przygotowaniach do samego biegu. Zresztą to co teraz napiszę zabrzmi pewnie jak bluźnierstwo, ale ja od samego początku wyszedłem z przekonaniem, że do ukończenia takiego dystansu wystarczą mi dwie moje czołowe aktywności czyli CrossFit oraz rower. I może ktoś uzna, że chrzanię głupoty, ale po dzisiejszym dniu uważam, że to autentycznie wystarczy.

Oczywiście mam tu na myśli przebiegnięcie, a nie przedreptanie lub przejście, w ogólnie dobrym tempie dla zwykłego śmiertelnika. Nie mówię tu o ludziach, których jak głosił oficjalny przewodnik po tej imprezie, miano witać na mecie po mniej więcej pół godzinie od startu. Moje założenia na tak zwaną „Szybką Dychę” początkowo były dwa – spróbować jakimś cudem złamać barierę godziny oraz ani razu się nie zatrzymać. Pierwszy z planów im bliżej biegu był w mojej głowie coraz mniej realny. I tak też się finalnie stało, bo mój czas po biegu to 1 godzina, 5 minut i 33 sekundy. Czy jestem zawiedziony? W żadnym wypadku! Może dlatego, że ani razu podczas biegu się nie zatrzymałem, a nawet nie pojawiła się taka myśl w głowie. A może też dlatego, że uczciwie muszę przyznać, że nie do końca na taki „prywatny sukces” zasłużyłem, nie robiąc żadnych przygotowań do tego biegu. Na pewno jednak nie żałuję tego spędzonego czasu, bo jest kilka rzeczy które na pewno zapamiętam.

fot. Joanna Szubzda z Radia Białystok

Jedną z tych sytuacji jest pogoda. Tak jak upał był znakiem rozpoznawczym tegorocznej sztafety Ekiden, tak ta dyszka będzie zapamiętana jako ta pochmurna, deszczowa i dosyć zimna. Przynajmniej przez pierwszy kilometr czy dwa, bo później było już wszystko jedno 😉 Ale biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, to zdecydowanie wolę taką aurę niż tę kiedy nie wiesz czy dobiegniesz do mety z wysuszenia. Do tego też trasa na szczęście nie zakładała kilkukrotnego biegania jakiegoś kółka, a prowadziła przez spora część miasta. Sądząc po tym jak wyludniony było tego poranka Białystok, to być może tym razem można będzie uniknąć pretensji o to, że „biegacze blokują miasto”. Z tego biegania na pewno warte zapamiętania było towarzystwo dzięki któremu biegło się na pewno przyjemniej, a jestem się w stanie też założyć, że szybciej 🙂 Pierwszą z członkiń tego teamu była Agata, koleżanka z boxa, która dzień, a w sumie to kilka godzin wcześniej machnęła „Nocną Piątkę”. Jakieś 80 procent trasy biegliśmy wspólnie, dzięki czemu mi było raźniej, bo nie musiałem wymyślać sobie tematów do rozmowy z samym sobą 🙂 Do tego też przyczyniła się druga osoba warta odnotowania, a mianowicie pan z pomocy medycznej, który towarzyszył nam na rowerze także przez większość trasy. Krótkie ale treściwe wymiany zdań były zdecydowanie pomocne 🙂

A więc podsumowując zrobiłem dziś swoją życiówkę. Bo tak trzeba chyba nazwać uzyskany wynik na dystansie, który pokonałem pierwszy raz w życiu. Tym samym mogę powiedzieć z przymrużeniem oka, że w tym roku mam już na koncie „oficjalny półmaraton” – 5km, 7,125km i dziś 10km 😉 Każdy z tych biegów został jednak zrobiony w sposób, którego nie polecam zdecydowanie nikomu 🙂 Tak sobie jednak teraz siedzę i myślę nad tym, że jeszcze wczoraj powiedziałbym, że dzisiejsze 10 kilometrów biegnę po raz trzeci – pierwszy, ostatni i nigdy w życiu 😀 Dziś jednak już tak nie napiszę… Nie wiem dlaczego, po co i za jakie grzechy, ale z nieznanych mi powodów dziś zapaliła mi się dosłownie w trakcie biegu lampka przy pomyśle półmaratonu… Więc zasadnym wydaje się to aby zadać jedno proste pytanie – co poszło nie tak? 😉