CrossFitO wszystkimZawody & Eventy

Czy wszystko jest już jasne?

dodany przezKamil Timoszuk 28 maja 2018 0 Komentarzy

Niby jeszcze nic nie wiadomo, a do ostatecznych rozstrzygnięć jest jakby bliżej. Taki wniosek jest chyba całkiem celny jeśli chodzi o CrossFit Regionals, po dwóch z trzech do tej pory rozegranych imprez.

Pierwszym i najważniejszym wydarzeniem jeśli chodzi o tegoroczne Regionalsy z polskiego punktu widzenia, były to oczywiście wydarzenia w Berlinie. Historyczne CrossFit Regionals w których wzięła udział rekordowa ilość Polaków. Jednak jak się okazało, nie tylko z tego względu warto było śledzić tę imprezę. Impreza w Niemczech była już tą historyczną na dobrych kilka tygodni przed startem, kiedy okazało się, że będą to pierwsze w historii Regionalsy, na które wyprzedał się komplet biletów. Nie wszystkim było to na rękę, a szczególnie tym, którzy lekko przysnęli z ogarnięciem tej jakże podstawowej sprawy. Tak, w tej chwili pisze o sobie 😉 Czy jednak żałuję, że nie wybrałem się za wszelką cenę do Berlina w tym roku? Nie, i to z kilku powodów.

Pierwszym powodem było przede wszystkim to, że zostając w Białymstoku widziałem znacznie więcej i trochę lepiej za pomocą transmisji online, aniżeli ujrzałbym na samej hali. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że impreza oglądana na żywo w miejscu jej rozgrywania w większości przypadków bije na głowę transmisję. Ale jak się nie ma co się lubi… 😉 Poza tym będąc w Berlinie, nie mógłbym być w Białymstoku w niedzielne popołudnie, gdzie też działy się fajne rzeczy 🙂

Wracając jednak do Berlina to ten zaczął się dość nieszczęśliwie. Mam tu na myśli Marcina Szybaja i jego kontuzję, która już na samym starcie wyeliminowała go z walki o czołowe pozycje, po które jak sam twierdził przyjechał do Berlina. Patrząc na to jednak z boku, to zdecydowanie należą mu się brawa. Głównie za rozsądek w tym całym szaleństwie. Nie jest bowiem łatwo odpuścić coś, na co się pracowało tak długo i tak ciężko. Nie sztuką też było nałykać się leków przeciwbólowych, nawstrzykiwać blokerów czy urządzić inne czary mary, które by tylko pozwoliły dotrwać do końca przy jednoczesnym pogłębieniu kontuzji. Bo nawet jeśli by dzięki temu udało się wylądować w topowej 5 kosztem zdrowia, to czysto hipotetyczna decyzja o późniejszej rezygnacji z wyjazdu do USA z powodu poważnej kontuzji, byłaby po stokroć trudniejsza  – i do podjęcia i późniejszego przetrawienia. A za rok też będzie szansa.

Swoją szansę za to mieli dwa inni reprezentanci z naszego kraju. Gabi Migała i Bronisław Olenkowicz do ostatnich chwil Regionalsów bili się o wyjazd do USA. Konia z rzędem temu, kto pomimo wielkiej sympatii jaką darzę tę dwójkę ludzi, spodziewał się takiego rozwoju sytuacji. Szczególnie w przypadku Bronka, który już workout pierwszy miał niespecjalnie udany mówiąc bardzo oględnie (39 miejsce). Jednak Dzik z Olsztyna nie raz udowodnił, że potrafi się rozkręcać z workoutu na workout, z dnia na dzień. Tak też było w Berlinie, gdzie w pozostałych 5 workoutach, tylko raz wypadł on za czołową 10-tkę. Przed decydującym startem w niedzielę u wielu osób tliła się jeszcze nadzieja na to, że może jakimś cudem uda się wyrwać te Gamesy, co byłoby fenomenalnym wydarzeniem. Tym razem trochę zabrakło, ale to raczej nie było ostatnie słowo Bronka w tym temacie 🙂

Podobnie jak i w przypadku Gabi Migały, której także niewiele zabrakło aby wrócić tam gdzie już była czyli na Gamesy. Tym razem jednak w dorosłej wersji. Słuchając jednak komentatorów amerykańskich mówiących o 19-letniej Krakowiance, śmiało można stwierdzić, że Gabi jest już rozpoznawalna nie tylko w Polsce. To nawet całkiem przyjemne, kiedy ktoś z drugiego końca świata opowiada o Polce w wielu superlatywach. Widać jednak ewidentnie, że Gabi na swoją coraz to mocniejszą pozycję ciężko pracuje. Progres jaki poczyniła ta dziewczyna jest nie do podważenia. Biorąc też pod uwagę jej wiek i potencjał jaki w niej drzemie, to można być chyba spokojnym o jej powrót do Berlina czy inne miejsce w Europie jakie wymyśli sobie w przyszłych latach Dave Castro.

Swoją drogą to jak świetny ruch transferowy wykonał krakowski crossfitowy  BP2 Team, pokazała niemiecka impreza. To niedługo przed jej startem udało się podpisać umowę z niewiele starszą od Gabi, pochodzącą z Węgier, 21-letnią Laurą Horvath. Ta zaś dostała takiego wiatru w żagle, że z rozpędu niemal wzięła te Regionalsy kończąc je na 2 miejscu. Tuż za Annie Thorisdottir, do wyprzedzenia której zabrakło jej zaledwie 5 punktów. Jeśli kiedyś dziewczyny zdecydują się startować w zawodach teamowych razem, to za jakiś czas może być prawdziwa maszynka do zwycięstw. I oby tak właśnie było!

Kilka lat temu, kiedy CrossFit w Europie zaczynał zataczać coraz szersze kręgi, dziwnym trafem brakowało mi zawodników ze wschodu naszego kontynentu. Wydawało mi się niemal naturalne to, że mający takie tradycje czy to gimnastyczne czy tym bardziej ciężarowe region, nie ma jeszcze zawodników w czołówce. Zdarzyło mi się nawet popełnić na ten temat z jeden czy dwa teksty swego czasu. Głupio to w sumie trochę pisać, ale patrząc na to co wydarzyło się Berlinie to tak jakby miałem rację. Dlaczego? Ponieważ do Madison w tym roku jedzie aż dwóch Rosjan. Roman Khernnikov oraz Andrey Ganin to te osoby, które piszą historię CrossFitu w Rosji. Szczególny przypadek to pierwszy z nich, który jeszcze rok temu zajął on w światowej klasyfikacji Open 793 miejsce. W tym roku zaś wywalczył awans do USA z pierwszego miejsca w Niemczech! Oczywiście „eksperci od wszystkiego” już zdążyli mu przypiąć łatkę koksiarza, sterydziarza innego -arza. Łatwo się jednak wypisuje takie opinie siedząc przed komputerem czy też trzymając telefon w dłoni. Znacznie ciężej wykonuje się pracę jaką ten człowiek wykonał, bo to że to zrobił nie ulega ŻADNEJ wątpliwości. Nie ma bowiem takiego towaru na świecie, który by sprawił taki progres bez włożonej tytanicznej pracy. Zresztą ten jak i ogólnie sport zawodowy jest przecież taki czysty… 😀 Łatwo jest jednak komuś wbijać szpile tak po prostu, co nie?

Podobną dobrą robotę jak się okazało w miniony weekend włożyli przez ostatnich 12 miesięcy główni żelaźni faworyci do końcowego sukcesu prosto z USA. Mam tu na myśli oczywiście Mata Frasera i zespół CrossFit Mayhem z niezniszczalnym Richem Froningiem. Ten pierwszy w swoim regionie zaliczył tylko jedna wpadkę przez cały weekend. O ile wpadką można nazwać zajęcie 9 miejsca w pierwszym workoucie. Musiało to jednak ambitnego Mata wkurzyć, bo kolejnych 5 wygranych treningów nie pozostawiło złudzeń, że w tym roku znowu będziemy oglądać na Gamesach wyścig po drugie miejsce. Walka o zwycięstwo w rywalizacji zespołowej zaś będzie o tyle ciekawe, że możemy być świadkami swoistego bratobójczego pojedynku. Dlaczego? Ponieważ po zmianach struktur tej rywalizacji i zmniejszenia liczby zawodników w zespołach, faworyzowany box CrossFit Mayhem wystawił w tym roku dwa swoje zespoły – CrossFit Mayhem Freedom oraz CrossFit Mayhem Independence. Ten pierwszy mający w swoim składzie Ryśka wygrał 4 z 6 workoutów, a w dwóch pozostałych zajął „zaledwie” drugie miejsce. Indepedence zaś sukcesywnie zbierał punkty, co pozwoliło mu na uplasowanie się na 4 miejscu w Central Region. Wiadomym jest więc, że to za wcześnie jeszcze aby cokolwiek wyrokować, ale jest szansa na to, że jedyną niewiadomą jaka została przed Gamesami w Madison jest to, która z pań stanie na najwyższym stopniu podium.