O wszystkimOpinie

Czy można lubić zło?

dodany przezKamil Timoszuk 6 sierpnia 2016 0 Komentarzy

Kiedy myślimy o filmach z superbohaterami, to niemal w ciemno możemy typować, że fabuła oprze się o walkę dobra ze złem. Na szczęście jednak zdarzają się w kinie takie pomysły i takie ich realizacje, które postanawiają wyjść z tego oklepanego kanonu. Takim przypadkiem jest wchodzący właśnie do kin Legion Samobójców.

Nowa produkcja wytwórni Warner Bros przedstawia nam historię ludzi, którzy w przypadku rozdzielenia ich po różnych filmach, śmiało by mogli grać pierwszoplanowe role jako ci „źli”. W tym jednak przypadku fabuła opiera się o dość karkołomny pomysł połączenia ich w zespół, który ma pomóc służbom specjalnym w walce z „prawdziwym złem” pod nieobecność Supermana. I tak naprawdę na tym można by zakończyć opowiadanie o fabule tego filmu. I to nie dlatego aby nie zdradzić jakichś szczegółów czyli nie spoilować. Nie, tu po prostu nie ma o czym więcej pisać.

Legion Samobójców plakat

Reżyserem i scenarzystą tego bądź co bądź bardzo efektownego widowiska, jest David Ayer, znany z takich produkcji jak na przykład Furia, Bogowie ulicy czy też Szybcy i wściekli. Człowiek, którego nazwisko dawało spore nadzieje na to, że wraz ze świetną i dającą pole do popisu historią, da nam efekt w postaci filmu, który będzie wspominany jeszcze bardzo długo. Niestety jednak, jak już wiemy w całym procesie produkcyjnym David Ayer nie dostał pełnej swobody od studia Warner Bros, które można odnieść wrażenie, że bardziej mu przeszkodziło niż pomogło. Dlatego też „Legion Samobójców” długimi momentami jest po prostu filmem słabym, który jak najbardziej zasługuje na swoiste potępienie. Dawno już bowiem w kinie nie było tak koncertowo zmarnowanego potencjału opowiadanej historii, okraszonej dłużyznami, brakiem logiki i chwilami głupotą. Chyba większość osób która widziała trailery zapowiadające film, spodziewała się znacznie bardziej brutalnego, mrocznego i szorstkiego filmu, niż ta ugrzeczniona wersja jaka finalnie wylądowała w kinach.

Czy jest to jednak film zły i zasługujący na potępienie tak jak to się dzieje od jakiegoś czasu na wielu portalach filmowych w internecie? Pomimo wszystko nie do końca. Ponieważ niemal za uszy wszystko do góry ciągną aktorzy, którzy są w wielu przypadkach najjaśniejszymi punkami tych dwóch godzin spędzonych w kinie. Ja osobiście szedłem na ten film głównie ze względu na kolejną rolę Willa Smitha, którego jestem oficjalnym fanem i przez to też daję sam sobie prawo do tego aby być nieobiektywnym 😉 W tym przypadku jego rola strzelca wyborowego o pseudonimie Deadshot, nie przejdzie raczej do kanonów światowego kina, ale na pewno też nie będzie argumentem przeciw temu aby wybrać się na ten film. Dla wielu osób pierwszoplanową postacią tej produkcji okazuje się jednak Harley Quinn grana przez Margot Robbie. Dziewczyna Jokera, która poprzez spotkanie na swej drodze swego wybranka staje się laską, która w jednej chwili uroczo się uśmiecha, by 3 sekundy później rozwalać komuś łeb kijem baseballowym. Sam Joker w tym filmie grany przez Jareda Leto, to po prostu porażka. Postać epizodyczna, która jest niemal bez ładu i składu na siłę i nie ma nawet sensu jej przyrównywać do poprzedników z filmów o Batmanie. Głównie dlatego by nie obrażać jego poprzedników. Poza tym w tym zbiorze różnych nazwijmy to specyficznych osobowości jest Croc czyli pół człowiek, pół krokodyl (UWIELBIAM!), dwulicowy i przebiegły Boomerang, który chyba nie muszę pisać jaką bronią się posługuje czy też Diablo, którego śmiało można nazywać człowiekiem pochodnią. Do tego jest jeszcze parę innych typów, którzy dają mieszankę wybuchową. Przynajmniej w teorii. W praktyce natomiast jest sporo momentów kiedy rzeczywiście fajnie to się wszystko zazębia ze sobą i niemal iskrzy. Chwilami jednak człowiek siedzący w kinie zadaje sobie pytanie „ile to jeszcze potrwa?”. Na szczęście tego drugiego jest znacznie mniej.

Harley Quinn

Mocną stroną tej produkcji jest także ścieżka dźwiękowa, która idealnie wpisuje się w to co widzimy na ekranie. TUTAJ możecie zobaczyć ją w całości, ale moim faworytem jest moment z kawałkiem starego dobrego Eminema. Pójdziecie na film to się o tym przekonacie 😉 Co by tu jeszcze zaliczyć do plusów tego filmu? Na pewno humor, którego nie jest może wiele, ale dziwne by też było to, że przy takim zlepku postaci o różnych charakterach, tego nie było wcale. Tutaj żartów jest sporo, i często są one trafione w punkt. Dlatego jeśli nie macie pomysłu przy czym można się rozerwać obecnie w kinie, to „Legion Samobójców” jest bardzo dobrym wyborem. Niezobowiązująca i nie zmuszająca do przesadnie intensywnego myślenia produkcja, powinna wielu osobom podejść jak złoto. Szkoda tylko, że z kina wychodziłem z niekomfortowym posmakiem w ustach zmarnowanego potencjału. Jak więc widać na załączonym obrazku, czasem warto uważać z oczekiwaniami.

P.S. Tradycyjnie zostańcie na napisy końcowe i na to co jest po nich 😉